Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Share Week Andrzeja Tucholskiego

Witam Was i niestety w dzisiejszym odcinku nie mam żadnych dobrych fików ani nawet czytadeł (aczkolwiek czytam właśnie bardzo obiecującą krzyżówkę Teen Titansów z Avengersami i mam nadzieję, że się nie zepsuje, dzięki czemu będę mogła ją Wam zaprezentować :) ). Mam natomiast łańcuszek. Jako ze nigdy łańcuszków nie wrzucam, to mam nadzieję, że tym razem mi wybaczycie.
Łańcuszek ten jest stworzony przez widocznego w temacie posta Andrzeja Tucholskiego, który jest dość znanym blogerem lifestyle’owym i trochę coachowym (aczkolwiek jego coaching należy do raczej sensownych, w przeciwieństwie do większości). Generalnie polecam, zwłaszcza że ma on bardzo dobry gust kulturalny i często można w jego tekstach wyłuskać polecenia bardzo dobrych gier/książek/seriali. Łańcuszek natomiast niniejszy ma na celu popularyzację dobrych blogów. Ot, blogerzy polecają innych blogerów. Ma niezły zasięg, bo w szczytowej formie brało w nim udział kilkuset autorów/kilkaset autorek. Zwykle wygrywają tam blogi właśnie lifestyle’owe, coachowe i dotyczące zarządzania blogami i innymi formami komunikacji w sieci. Tak więc wykorzystam okazję, żeby wrzucić tam swoje trzy grosze z zupełnie innych dziedzin, może akurat coś się przebije :). Zasada jest taka, że polecam u siebie trzy blogi ważne w moim życiu w jednym poście, a później Wy idziecie nabić wejścia najpierw im, żeby sprawdzić, co to ja polecam, a później Andrzejowi sprawdzając, kto wygrał ;). Znaczy, jeśli chcecie :D.
Do rzeczy:

Węglowy Szowinista – blog o nauce. Pojawiają się tam ciekawostki z rozwoju nauki na świecie (zwłaszcza z podboju kosmosu), a także polemiki z różnymi antynaukowymi tendencjami pojawiającymi się na internecie. Wpisy zwykle bogate w źródła. Czasami zdarzają się tam trochę subiektywne ujęcia tematu, ale i tak warto zaglądać, bo wówczas pojawiają się interesujące dyskusje w komentarzach obalające tezy Węglowego.

Czytanki Anki – blog o książkach. Można powiedzieć, że jest mnóstwo blogów o książkach, więc jakie znaczenie wielkie dla życia może mieć kolejny? Ale ja twierdzę, że może, jeśli promuje naprawdę dobre książki. W końcu to książki kształtują nas (jeśli czytamy oczywiście :) ). Anna pisze też dość krótko (nie to, co ja), sensownie i przyjemnie. Polecam.

Półeczka z książkami – kolejny blog o książkach, tym razem dla dzieci. Też bardzo ważna sprawa, bo warto mieć jakieś wsparcie w kształtowaniu naszego potomstwa, a co się może przydać bardziej niż dobra książka? No, dobry serial, film, gra…. no ale książka też się bardzo przydaje :).

No to tyle, do zobaczenia mam nadzieję z okazji recenzji jakiegoś dobrego fika :)

Czytadło Thor #01

Ostatnimi czasy coś mamy wysyp przyzwoitych czytadełek. Szkoda, że w ciągu dalszym nie ma nic naprawdę godnego polecenia wszystkim, ale na bezrybiu i rak ryba, zwłaszcza że czytadełka te wcale nie są złe, wręcz przeciwnie, bardzo przyjemne.

W dzisiejszym odcinku mamy czytadło z Thora (i trochę z Avengersów) skoncentrowane na Lokim i pisane głównie dla zwolenników teorii, że Loki jest naprawdę Dobrą Osobą, aby podsunąć im odpowiednie argumenty (opowiadanie tworzone jeszcze przed Infinity War i Thor Ragnarok, więc zadanie ambitne). Historia przedstawiona w tym czytadle jest całkiem dobra i nawet ja kiwałam z uznaniem głową nad tym, jaki pomysł miała autorka na życiową historię i motywacje Lokiego, a jakąś jego fanką nie byłam nigdy i nie jestem. Tak więc bardzo polecam fanom Rogatego Niedokońcazłego Bóstwa Nordyckiego, inni też mogą spróbować, bo historia dość ciekawa, jeśli przełknięcie fakt, że Loki jest tu zdecydowanie postacią pozytywną. Zdecydowanie natomiast nie jest to opowieść dla fanów Odyna czy Thora – Odyn jest tu zdecydowanie przedstawiony jako postać okrutna i bezwzględna, a Thor niestety jest po prostu tępy, ślepy i naiwny, co mocno razi.

Jak pisałam historia jest sensownie obmyślona, wsparta różnymi argumentami na podstawie kanonu i ciekawymi interpretacjami różnych rzeczy niejasnych w filmach. Trzeba jednak zaznaczyć, że autorka widziała niestety tylko część filmów, więc momentami pewnie się to jednak, mimo wysiłków, rozjeżdża z oficjalną wersją (sama nie widziałam wielu, więc trudno mi ocenić ;) ). Dużym minusem, za co fik ten ląduje w czytadłach, jest fakt, że momentami Nikoru-chan cierpi na olbrzymi słowotok. Zwłaszcza jest to widoczne między dwudziestym a trzydziestym rozdziałem. Generalnie jest to opowiadanie z założenia pełne wewnętrznych rozkmin i monologów i samo w sobie nie jest niczym złym – ok, jeśli nie lubicie, jak się akcja bardzo ciągnie, bo co chwilę mamy opisy tego, co się dzieje w głowach poszczególnych bohaterów, to nie jest to opowiastka dla Was, ale samo w sobie nie jest to wadą, po prostu taki typ prozy. Tyle że Autorka momentami naprawdę z tym przesadza i mówię to ja, osoba bardzo odporna na rozwlekłość. Miejsami ma się wrażenie, że Nikoru uwielbia powtarzać to samo na kilka różnych sposobów, jakby do nas nie dotarło za pierwszym razem, a już zwłaszcza uwielbia przypominać o tym, że Loki był źle traktowany za stosowanie seidr (po dziesięciu razach naprawdę wszyscy to pamiętają, nie trzeba ponownie! ;) ). Zwłaszcza w okolicach 25ego rozdziału jest to niemalże nie do zniesienia, nawet dla mnie, ale na szczęście trzyma nas przy czytaniu chęć poznania ciekawej jednak historii. Na szczęście po kilku rozdziałach kryzysu trochę się poprawia ;). Ku mojemu żalowi historia nie jest ukończona, a szkoda, bo chciałoby się ją dalej czytać. Mimo braku zakończenia i tak w sumie polecam, bo warto zobaczyć, jak można ciekawie zinterpretować Lokiego. Opowiadanie ma mnóstwo favów, więc nie jestem odosobniona w pozytywnej ocenie :).

https://www.fanfiction.net/s/8178555/1/Lost-Creatures

Czytadełka z Doktora Strange’a #01

Niedawno odkryłam, że Peleryna Lewitacji ma swoją osobowość (tak, pasowałoby w końcu obejrzeć te wszystkie filmy zamiast opierać całą swoją wiedzę i manię avengersową tylko na podstawie memów i obrazków na Pintereście ;) ), czego efektem była fascynacja relacją pomiędzy Strangem a jego bardzo samodzielnym elementem garderoby, czego z kolei efektem stało się znalezienie dwóch bardzo przyjemnych króciuteńkich czytadełek, a w zasadzie tylko scenek z życia naszego zacnego doktora i jego antycznej płachty fruwającego materiału. Scenki są krótkie i przeurocze, szczególnie jeśli ktoś ma aktualnie fazę na Strange’a. Co więcej napisane przez Polkę/Polaka, co jest miłą odmianą, choć niestety nie po polsku, więc w ciągu dalszym będziemy mieć tu strumień fików anglojęzycznych (uczcie się, drogie dziecka, tego języka, bo tyle Was omija ;) ).

https://www.fanfiction.net/s/12944818/1/A-Study-in-Red – tu mamy małe odświeżanie Peleryny (na jej życzenie)

https://www.fanfiction.net/s/12924221/1/No-Cloak – a tu mamy Doktora mającego nadzieję na spokojne popołudnie spędzone z książką i herbatą, natomiast niekoniecznie spędzone na koncentrowaniu się, by nie patrzeć w dół ;)

Czytadło ze Spidermana #01

Znów czytadełko, jakżeby inaczej… tym razem bardzo miła i ciepła historia ze Spidermana (konkretnie filmu Spiderman 2) o jednej z osób, którą młody Pająk uratował w pociągu i która miała okazję zobaczyć jego twarz.

Czytadło, jak sama nazwa wskazuje, wybitne nie jest, ale jest całkiem dobrze napisane, nawet wciągające i bardzo rozgrzewające serducho. Ot, historyjka o tym, jak ktoś chce się odwdzięczyć biednemu studentowi za uratowanie życia. Bardzo miła i relaksująca.
https://www.fanfiction.net/s/2093771/5/Just-a-Face-On-a-Train

Nota bene, ma jakieś kosmiczne ilości favów…

Czytadło Batman #01

Dziś znów tylko czytadło – tym razem skoncentrowane na Jokerze, ostatnimi czasy niemalże bożyszczu tłumów po ostatnim filmie.

Czytadełko krótkie i przedstawiające różne historie, które Joker opowiada o tym, skąd wziął się jego ikoniczny „uśmiech”. Niby proste, ale dobrze napisane. Warte uwagi, jeśli stęskniliśmy się za czymś o tej właśnie postaci. Może końcówka jedynie nie do końca w stylu Jokera, choć w sumie… któż go tam wie ;).

https://www.fanfiction.net/s/4553412/1/Know-This-by-Heart

Podsumowanie noworoczne 2019

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! …albo może i nie wszystkiego, bo się wiadomo gdzie poprzewraca, no ale zdrowia, spokoju, kasy trochę i przede wszystkim dobrej fanfikcji!

Jak wiadomo stałym Czytelnikom, na początku każdego roku wrzucam duży wpis offtopikowy dotyczący rzeczy kulturalnych, z którymi zapoznałam się w tym roku i które były najlepsze w swoim rodzaju. Przypominam, że niekoniecznie są to tytuły wydane w tym roku (ba, chyba wręcz nigdy się nie zdarzyło, żebym była z czymś na bieżąco ;)), a te, które akurat ja ugryzłam w tym okresie. Tak więc do rzeczy:

Książka roku – „Dziedzictwo” Christophera Paoliniego

Bardziej znana z tytułu pierwszego tomu, czyli „Eragona”. Zdania wśród moich znajomych są podzielone – jedni są zachwyceni, drudzy nie rozumieją, skąd taka popularność. Jak dla mnie jest to jedna z najlepszych książek młodzieżowych, jakie czytałam (o dziesięć głów bijąca na ten przykład „Mroczne materie”). Fakt faktem, że główna oś fabularna jest schematyczna do bólu – wyobraźcie sobie najbardziej typowe fantasy, jakie da się wyobrazić – o tym właśnie jest „Dziedzictwo”. Niemniej poza tym jest świetnie. Fabuła mimo schematyczności wciągająca; momentami dość zaskakująca, bo jednak Paolini stara się utrzymywać w miarę możności realizm, więc ludzie rzeczywiście giną w walkach ;); pojawiają się różne wartościowe rozkminy – np. świetnie przedstawiony (szkoda tylko, że zarzucony) motyw weganizmu czy niemal nigdy nie pojawiający się gdzie indziej problem przeciwników Dobrych Bohaterów, którzy nie są tylko szarą masą do zabijania i ktoś pamięta, że to też są ludzie (!!!); jest fajna dbałość o szczegóły – nie przyłapałam autora na żadnej wtopie, żadnym wysysaniu z palca szczegółów technicznych, takich jak budowa łuku czy posługiwanie się mieczem, codzienne problemy też bardzo realistyczne (jazda na oklep na smoku to czysta przyjemność chyba tylko w bajkach 3D ;) ). Można się przyczepić, że miejscami akcja idzie wolno i jest sporo rozkmin, ale mi to tam akurat nie przeszkadzało, zwłaszcza że między spokojniejszymi fragmentami przewijają się pełne akcji. Polecam :).

Komiks roku – „Saga” Briana K. Vaughana

W tym roku mało czytałam komiksów, więc konkurencji dużej nie było. Z tego, co było, najbardziej wciągająca (przynajmniej przez czas jakiś, bo komiks długi) była właśnie „Saga”. Komiks ten to w sumie typowa historia antywojenna, z dość typową fabułą główną – kobieta i mężczyzna z dwóch stron okopów zakochują się w sobie i robią dziecko, budząc tym nienawiść wszystkich (fraternizacja z wrogiem wszak). Co jest nietypowe to dość szalona sceneria – rzecz dzieje się w przyszłości w alternatywnym wszechświecie pełnym najdziwniejszych ras z różnych planet. Poza tym świat jest dość realistyczny – pełen seksu, przemocy, władzy i żądzy pieniądza, bezsensownych śmierci, bezwzględny, skomplikowany w swej polityce i splatających się bądź krzyżujących motywacjach. Nie jest to może tytuł wyjątkowo ambitny, ale wciąż na dobrym, nienaiwnym poziomie i wciąga niezmiernie przez jakiś czas, zanim zaczyna się robić odrobinę wtórny, więc warto rzucić okiem na pierwsze tomy.

Film roku – „Dzień świra” Marka Koterskiego

Podejrzewam, że pewnie nikomu przedstawiać nie należy, ale jeśli jednak, to gorąco polecam tę niezmiernie zgorzkniałą tragikomedię o życiu przeciętnego Polaka, któremu w życiu wyszło dość mocno przeciętnie, żeby wręcz nie powiedzieć, że nie wyszło wcale. Świetne dialogi, świetne monologi, świetne spostrzeżenia, świetna analiza życia wielu spośród nas. Tak trafnego filmu dawno nie widziałam, aż dziw, że nie ma nagród międzynarodowych.

Serial roku – „The Walking Dead” Franka Darabonta

Serial znany chyba wszystkim. Wylądował tu trochę z braku laku, jako że praktycznie nie oglądałam w tym roku seriali, co nie znaczy bynajmniej, że jest zły. Jest to idealna historia o apokalipsie zombie – z wszystkimi problemami codziennymi i moralnymi, z jakimi w takiej sytuacji stykają się ludzie walczący o przetrwanie. No, okej, może podejrzanie dużo mają amunicji, co jest zauważalnym mankamentem w tej niby starającej się być realistyczną fabule ;). Jest wciągająco, są dobre, trudne do rozstrzygnięcia pytania natury etycznej, są interesujące postaci (Shane!). Czasem zdarzają się mimo wszystko nierealistyczne sytuacje, ale da się je przełknąć. Ostrzegam jedynie, że obejrzałam tylko dwa sezony, nie gwarantuję, co tam potem się dzieje :).

Gra roku – „Vampire The Masquerade: Bloodlines”, Troika Games

Jedna z gier uratowanych przez fanów, jako że w momencie wydania była niegrywalna ponoć i, jeśli Niebo istnieje, nie wątpię, że zostaną tam wynagrodzeni, bo to jedna z najlepszych gier RPG, w jakie grałam. Historia ma miejsce we współczesnym Los Angeles (i okolicach) i jest dość mrocznorealistyczna. Główny bohater zostaje przemieniony w wampira i natychmiast zostaje wciągnięty w wir brutalnej, bezwględnej i pełnej fałszu wampirzej polityki, niestety jako stosunkowo mało znaczący i nie wart większej uwagi pionek. Oczywiście, jak to w grach, szybko poprawiamy swoją pozycję, niemniej koniec końców okazuje się, że gra trzyma się jednak twardo realizmu, w myśl którego w życiu nie jest łatwo i mimo naszych wysiłków bardzo łatwo możemy wylądować z zakończeniem będącym nie tylko końcem gry, ale i końcem życia naszego bohatera. Tak więc klimat ponury, nie wiadomo, komu można ufać, nie wiadomo, jakie decyzje są dobre i dość konkretnie nieraz trzeba się zastanowić, czy ważniejsze jest dobro i życie własne czy kogoś innego. Bardzo dobrym elementem jest dość duży wybór ras wampirów, które w paru przypadkach nie są tylko kosmetycznymi zmianami typu czy będę lepiej stosował magię czy lepiej machał mieczem, ale mają olbrzymi wpływ na całą grę (swoją drogą polecam nie zaczynać od Malkaviana ani Nosferatu – to są rasy raczej na ponowne zagranie w grę na zupełnie inny sposób; ponadto jeśli ktoś jest z deczka upośledzony w gry, to wybór Brujah jest strzałem w dziesiątkę – władujcie kupę punktów w siłę i defensywę i będziecie szli jak nóż przez masło nawet przez najcięższych bossów). Nie ma tylko romansów. Przykro mi. Za to wielki szacunek za dopracowanie całego mnóstwa dialogów.

Wystawa roku – wystawa minerałów i skamieniałości na Uniwersytecie Białostockim

W tym roku jakoś żadna wystawa mnie wybitnie nie zachwyciła. Obiektywnie chyba najlepsza jest wyżej wymieniona, jako że zrobiła wrażenie nawet na mnie, co już mnóstwo tego typu wystaw widziałam w życiu. Tym bardziej więc polecam, jeśli nie widzieliście ich zbyt wiele, a chcecie zobaczyć w jednym miejscu naprawdę dużą kolekcję pięknych kamieni. Niestety część poświęcona zwierzętom i roślinom nie jest już zbyt porywająca, ale za to sam Uniwersytet dość przyjemny. Warto, jeśli będziecie w Białymstoku się nudzić :).

Utwór roku – „Halo” cover Ane Brun

Niby nic nadzwyczajnego, a ma w sobie to coś.

Restauracja roku – Samos, Wrocław

Z wyglądu raczej bar niż restauracja, ale jedzenie jest tam pyszne (przynajmniej w części lokalu, która jest nazwana pierogarnią) – polecam zwłaszcza łososia na czarnym makaronie i najlepsze we Wrocławiu pierogi z kapustą.

No to jeszcze raz udanego roku i wielu dobrych utworów!

Czytadło z Supermana #01

Trochę spóźniony wpis okolicznościowy – czyli czytadełko z motywem Świąt Bożego Narodzenia :). Mam nadzieję, że owe święta minęły Wam w miarę przyjemnie, a ewentualne scysje z rodziną zrekompensowały udane prezenty czy tam smaczne żarcie :). A jeśli ich nie obchodzicie, tam mam chociaż nadzieję, że po prostu spędziliście miłe parę dni wolnego :).

Czytadełko jest z Supermana (czy raczej Shadowa, choć tego starego superbohatera mało kto pamięta). To w sumie bardzo klasyczna, schematyczna wręcz historyjka rodem z komiksu o panach w trykotach z niezwykłymi zdolnościami. Tak więc mamy superbohaterów oczywiście, mamy Głównego Złego i jego Złowieszczy Plan Zawładnięcia Światem, mamy Damę w Opresji, mamy śledzenie (choć nie pościg, trzeba przyznać) „za tamtym wozem”;), ataki, strzelaniny, mamy w końcu niemalże zwycięstwo Złego Z Przeszłości, Który Tak Naprawdę Pociągał Za Sznurki, by nagle i niespodziewanie jednak Dobro zwyciężyło z udziałem osoby, której byśmy się zupełnie nie spodziewali. A, i jest oczywiście ślub i zasłużona emerytura. Czyli to wszystko, co mają klasyczne przygodowe historie. No i oczywiście jest Boże Narodzenie, bo w końcu to świąteczny wpis.
A o co konkretnie chodzi? Ciotka Lois wychodzi za mąż za miliardera, który tak naprawdę jest znanym bohaterem walczącym ze złem, Shadowem i z tej okazji przyjeżdża na Święta do Metropolis. Do Metropolis przyjeżdża również Lex Luthor, bynajmniej nie w celach matrymonialnych. Za to wylatuje Superman (też na Święta, do Smallville). Sytuacja więc robi się ciekawa.
Nie martwcie się nieznajomością Shadowa, wprowadzenie jest dobrze wplecione w historię, jasne i przyjemne. Cała historyjka jest klasyczna, w paru momentach może naiwnawa czy po prostu mało realistyczna, ale w sumie przyjemna w odbiorze i nawet stosunkowo wciągająca (no, końcówka sprawia wrażenie napisanej ewidentnie na szybko i szkoda). Nic wybitnego, ale można sobie odświeżyć, jak kiedyś pisano przygodówki i w sumie dość przyjemnie się czyta, jeśli kogoś nie rażą te klimaty :).

Link tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/8421991/1/A-SHADOWY-CHRISTMAS

Dancing with Demons, Naruto

Dziś mamy fik z Naruta w analizie. To jeden z tych utworów, przy których się trochę wahałam, czy nie wrzucić go jednak do czytadeł, bo w sumie nie jest to utwór wybitny, wiele wnoszący i ma swoje wady, niemniej jednak po zastanowieniu uznałam, że jednak jest na tyle dobrze napisany, że byłoby to trochę krzywdzące. W końcu nie każdy dobry fanfik musi być zaraz dziełem sztuki głęboko analizującym problemy egzystencjalne i inną tam metafizykę.

Zatem mamy opowieść niby ze świata Naruta. Czemu niby? Ponieważ po prawdzie jest to dość mocno alternatywne uniwersum. W zasadzie większość czasu ma się wrażenie, że to bardziej oryginalny utwór autora/ki, przybrany w szaty Naruta niż po prostu alternatywna wersja historii blondyna kochającego ramen. Dla wielkich fanów Naruta pewnie będzie to minus (choć sądząc po komentarzach pod historią wielu fanom to nie przeszkadza wcale); dla osób, które są do niego chłodno czy negatywnie nastawione może być to plusem, zwłaszcza jeśli lubią bardziej krwawe i poważne klimaty.

Jaka dokładnie jest ta mocno różniąca się od oryginału historia? Naruto jako niemowlak, w którym już zapieczętowano Lisa o Dziewięciu Ogonach zostaje porwany, ale ninja, który tego dokonuje, nie ma zbyt wiele szczęścia. Napada na niego wataha demonów, dla których staje się smakowitym posiłkiem; sam Naruto zostaje natomiast oszczędzony ze względu na zaklętego w sobie Kyuubi. Chłopiec zostaje wychowany przez pomniejsze demony, jego pieczęć praktycznie zanika, a on sam szybko przechodzi przemianę, która czyni go bliższym Lisowi niż człowiekowi, co zresztą nie jest dla niego niczym strasznym, bo czuje się tylko i wyłącznie demonem, a ludzie stanowią dla niego posiłek, tudzież źródło błyskotek, które lubi. Przychodzi jednak dzień, w którym z powodu pewnych wydarzeń decyduje się wśród swojej strawy zamieszkać…

Widać zatem, że historia bardzo odbiega od wydarzeń z mangi. Naruto (tu zwany Sunnym, które to imię dostał od demonów) ma całkowicie inny charakter od swego pierwowzoru – co, moim zdaniem, mimo wszystkiego – czyli wychowania i wpływu Lisa – jest wadą, gdyż wszystko wszystkim, ale wciąż to powinien być NARUTO. Tu mamy wrażenie jednak, że widzimy zupełnie inną osobę nie mającą wiele wspólnego z wesołym blondynem z mangi (choć trzeba przyznać, że nawet tu jest bardzo przywiązany do swoich przyjaciół, więc jakieś tam pojedyncze cechy charakteru się ostały) – Naruto/Sunny jest bardziej wyrachowany, chłodniejszy, empatia u niego istnieje tylko w stosunku do przyjaciół. Ponadto o oryginalności historii stanowi też wielość postaci stworzonych przez autora – wszystkie demony (poza Kyuubi i Shukaku) są od początku do końca wykreowane zupełnie niezależnie od mangi; co więcej nie są tylko postaciami w tle, ale pełnią ważne role w historii – równie ważne, co postaci z oryginału. To jeszcze bardziej sprawia, iż mamy wrażenie obcowania z oryginalną opowieścią pod przykrywką fanfika. Podobnie jest z całym demonicznym światem – jeśli dobrze się orientuję, to wszystkie – dość dokładnie doprecyzowane – cechy i zwyczaje demonów również są autorskim wytworem, a zajmują kluczową część tej historii. Poza tym ogólny klimat jest o wiele cięższy, poważniejszy, bardziej realistyczny. Zupełnie zapomina się, że to Naruto.
Problemem dla niektórych może być to, że to jedna z Historii o Potworze. Nie czytałam ich zbyt wiele, więc nie jestem w stanie określić, czy jest bardzo wtórna, ale to jedna z narracji przedstawionych od strony drapieżcy polującego na ludzi. Autor nie da nam zapomnieć, że Naruto jest tu demonem, dla którego ludzie to pożywienie i to bardzo smaczne, w związku z tym nie bardzo nimi się przejmuje (poza, jak już mówiłam, nielicznymi przyjaciółmi). Trzeba się czegoś szybko nauczyć? To unieszkodliwiamy człowieka łamiąc mu kończyny, po czym na żywca wyjadamy mu mózg. Ktoś nam przeszkadza? Zabijamy. Ktoś nas irytuje? Też najchętniej byśmy zabili, ale nie zawsze się da ;). Tak więc jest tu sporo nieprzyjemnych scen, stosy trupów i całe mnóstwo krwi. Wciąż jednak nie jest to bezsensowne epatowanie brutalnością (choć uczciwie mówiąc, czasem jest niebezpiecznie blisko) – wszystko ma swój sens z perspektywy zwyczajów i sposobu myślenia demonów. Równoważone jest również tym, że Naruto (czy raczej Sunny) mimo wszystko jednak tworzy więzi z niektórymi ludźmi, nie przestając jednak być tym, czym jest, czyli drapieżcą. Jeśli lubicie opowieści pisane z perspektywy Potwora, to jest to dobra historia, natomiast jeśli nie odpowiada Wam zupełnie taki pomysł czy po prostu przeczytaliście już ich mnóstwo, to może niekoniecznie jest to coś dla Was.
Momentami pojawiają się pewne nielogiczności i brak realizmu (oczywiście w granicach świata ninja i chakry ;) ), ale jest ich mało – fanfik jest raczej pisany poważnie i w sposób dość przemyślany. Naruto mimo swoich demonicznych umiejętności i olbrzymiej ilości chakry wciąż jest jeszcze nienajlepiej przeszkolonym dzieciakiem, więc nie jest tak, że wszystko idzie mu z płatka. Przeciwnicy są bardzo silni, inteligentni, więc nieraz potyczki kończą się trupami osób, które podejrzewalibyśmy o to, że będą żyć długo i szczęśliwie. Sami ludzie też niezawsze są bezwolnymi ofiarami demonów, potrafią się bronić. Autor(ka) nie pomija również różnych drobnych problemów, jakie może mieć człowiek wychowany w lesie w życiu codziennym w ludzkiej społeczności. Widać, że zastanawia się nad tym, co pisze i zazwyczaj nie podporządkowuje realizmu swoim zamierzeniom fabularnym (zazwyczaj ;) ). Można mieć pewne zarzuty co do spójności psychologicznej Naruta – w historii tej jest wciąż dzieckiem (w ostatnim rozdziale ma dopiero 12 lat), ale autor jakby nie do końca był zdecydowany co do jego wewnętrznego wieku. Nieraz zdarzają się chłopcu nad wyraz poważne rozważania, spostrzeżenia, analizy i wnioski, które nijak nie pasują do dziecka. Czasem jednak jest podkreślane, że jest wciąż dziecinny. Czasem jest chłodny i wyrachowany, a kiedy indziej bardzo targają nim emocje i rzuca się w wir różnych spraw (najczęściej walk) bez jakiegokolwiek zastanowienia się. Teoretycznie wydaje mi się, że byłoby to wszystko do połączenia, ale jednak gdzieś brakuje czegoś sensownie spajającego ten złożony charakter w logiczną całość. Niemniej nie można wykluczyć również faktu, że to zapieczętowany Kyuubi może wpływać jakoś na Naruta myślenie i postrzeganie. W końcu mamy tu dziecko i pradawnego demona w jednym.
Przede wszystkim jednak historia ta po prostu wciąga. Jest ciekawie, zwroty akcji niespodziewane, interakcje Naruta z ludźmi interesujące, reakcje innych na niego też fascynują; chce się czytać i dowiedzieć, jak się to wszystko skończy i jak koniec końców ukształtuje się charakter głównego bohatera oraz jakie decyzje będzie podejmował. …i czy w ogóle przeżyje, bo w sumie jest to tego typu fik, że nie można sobie za nic dać ręki obciąć ;). Tak więc mimo wad trudno się od niego oderwać. Ma mnóstwo fanów, więc nie jestem odosobniona w takich wnioskach :). Polecam zatem, jeśli lubicie opowieści o Potworach czy innych Drapieżcach czy po prostu dużo trupów, krwi i kanibalizmu oprawionego w dość sensowną historię :).

A, i no tak, oczywiście, fik jest nieukończony, więc koniec końców nie dowiecie się, co z Naruta (Sunny’ego) wyrośnie. Ech.

Linka:

https://www.fanfiction.net/s/3227295/1/Dancing-with-Demons

Czytadło z Final Fantasy VII #01

Wrzucam znowu krótkiego czytadeła w te pustki na blogu moim, które mi poczynił internet tym brakiem dobrych fików swoim. Tym razem czytadeł jest ze starej gry Final Fantasy VII, która dla części (w tym mnie) była Pierwszym Kontaktem z Grą, Która Ma Rozbudowaną Fabułę, w związku z tym zajmuje poczesne miejsce w sercach wielu.

Czytadeł jak czytadeł, krótka scenka z Cloudem i Zackiem, a co jest bardzo ciekawe w nim (i dlatego tu ląduje), to fakt, że widzimy ją oczami najzwyklejszych żołnierzy ShinRa, tych, których całymi tabunami zabijamy w grze ;). Nic wybitnego, motyw w sumie niezbyt unikalny, ale wciąż bardzo dobry.

https://www.fanfiction.net/s/3830170/1/Bright-Eyed-Boys

Zbieżność tematyczna z faktem, że wszyscy teraz gadają o remake’u FFVII przypadkowa. A Wy czekacie na niego czy nie bardzo?

Czytadło ze Świata Dysku #01

Znów nic prawie nie mam, ale lepsze prawie niż nic. Dziś króciutkie, smutne czytadełko ze Świata Dysku (konkretnie cyklu o Strażnikach), które w sumie nic nie wnosi, ale ma w sobie coś.

https://www.fanfiction.net/s/4522030/1/He-Nearly-Went

To tyle.

Na pociechę dodam, że niedługo idę do nowej, lepiej płatnej pracy, więc może więcej czasu będę mogła poświęcać blogowi zamiast dorabiać na bokach :).

Post Navigation

Czasopismo Lege Artis

Prawie wszystko, co chcieliście wiedzieć o prawie -- i nie tylko

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać