Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Star Trek 2009 Czytadełko #05

Mta, nie ukrywajmy, znowu trochę zapchajdziura – króciutkie czytadełko o charakterze humorystycznoromantycznym (z naciskiem na to drugie). W sumie przyjemne, jeśli lubi się Star Treka i romansidła. Linka:

https://www.fanfiction.net/s/5084949/1/Three-People-Captain-Kirk-Did-Not-Sleep-With

I postaram się poprawić w końcu i wrzucić coś z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że jeśli w końcu uda mi się znaleźć lepszą pracę, w związku z czym nie będę już sobie zajmować głowy dokwalifikowaniem się i znalezieniem lepszej pracy, to będę czytać więcej i wrzucać więcej :).

Reklamy

Czytadło ze Star Trek 2009 #04

Za górami, za lasami żyła sobie Aśka z bloga Dobra Fanfikcja i łudziła się, że pewnego pięknego czasu będzie na jej blogu przynajmniej chociaż minimum bodaj raz w miesiącu wpis. Pewien piękny czas póki co nie nadszedł, ale nadeszło czytadełko ku zapchaniu pustek.

Czytadełko, jak nadmienia tytuł wpisu, jest na bazie serialu Star Trek z 2009 roku i jest króciutkim jednostrzałem opisującym sytuację bezpośrednio po niesubordynowanych wyczynach Kirka, w ramach których dowodził on statkiem Enterprise, a konkretnie rozmowę tegoż z komandorem Pike’iem. W sumie nie ma w tym czytadełku nic wybitnie wyróżniającego, ale jest napisane dobrze i ludziom, którym zawsze za mało fików startrekowych polecam. iwcaleniejesttakżetopróbazagłuszeniawyrzutówsumieniazpowodumałejilościwpisów

Język angielski, linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/5104111/1/A-Captain-s-Regrets

Życzę Wszystkim udanej majówki (nawet takim, co pracują, jak ja)

Czytadło z Herkulesa #01

A dziś wrzucam kolejne czytadełko – tym razem z dawno już chyba zapomnianego uniwersum serialu „Herkules”. Ktoś poza mną pamięta przygody sympatycznego siłacza (jakoś tak mniej kontrowersyjnego niż w oryginalnym micie ;) ) i jego pomocnika Jolaosa? Na pewno ktoś z Was się znajdzie w tym gronie. A jeśli jeszcze ma ochotę na krótkie czytadełko z gatunku takich, w których niewiele się dzieje, a ważna jest atmosfera (w tym wypadku przyjaźni między dwoma bohaterami), to można sobie przypomnieć ów serial poniższym fanfikiem:

https://www.fanfiction.net/s/1004468/1/Norse-by-Norsewest-Revisited

Jak mówię, niewiele tam się dzieje, ale jest coś w atmosferze, co przykuwa uwagę i mimo wszystko pozostaje w pamięci. Albo może to tylko ja :). Tak czy siak w te zimowe lutowe wieczory, wśród zgiełku i hałasu beznadziejnych narracji fanfikowych, lepszy rydz niż nic :).

Czytadełko ze Star Wars #01

Dziś kolejna „sezonówka”, jak to mawiają w moim miejscu pracy, czyli kolejny wpis okolicznościowy, razem tym związany z jakże lubianym i niekontrowersyjnym świętem świętego Walentego :). Stwierdziłam, że może takie sezonowe wpisy bardziej mnie zmuszą do regularnych publikacji moich wystukań na klawiaturze dotyczących fanfikcji. Choć, wiadomo, jeśli nie znajdę niczego przyzwoitego na necie, to cudów nie wymyślę.

Na szczęście jednak udało się coś znaleźć na tę okazję, choć jest to czytadełko bardziej niż nie wiadomo jak ambitny i poważny fanfik. Ma swoje potknięcia i słabości, niemniej jest na tyle dobrze i ciekawie napisane, że można poczytać i przymknąć na nie oko, przynajmniej jeśli ma się ochotę na przyjemny i dość lekki romans.

Akcja toczy się w alternatywnym uniwersum Star Wars wokół popularnej w fikcji pary – czyli Darth Vadera i Padme Amidali. Odejście od oryginału – o ile dobrze się orientuję, a orientuję się umiarkowanie, bo filmy oglądałam dość dawno i akurat mnie nie utopiły w miłości do tej serii – polega na fakcie, że Anakin zostaje Lordem Vaderem znacznie wcześniej, zanim poznaje Padme, i oboje spotykają się, gdy Palpatine jest już imperatorem dążącym do wytępienia rebeliantów. Palpatine doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że senator Amidala należy do buntowników i obmyśla wcale niegłupi plan osadzenia Padme pod bezpośrednią opieką swego jakże czułego i pełnego empatii Dziedzica Tronu, który ma doprowadzić ją do osłabienia psychicznego i, prędzej czy później, potknięcia, którym udowodni swoją przynależność do rebelii, a z drugiej strony zamiesza trochę w szeregach przeciwnika, który może zacząć podejrzewać Amidalę o załamanie się, współpracę i dekonspirację jej przyjaciół. Jak się wszyscy domyślają, plan ma skutki oczywiste natury stosunkowo romantycznej.

Mimo że są słabe momenty, typowe zwroty akcji czy pewne (na szczęście niezbyt wielkie) naiwności, jak to w czytadłach romansowych, generalny poziom jest całkiem niezły i czyta się dobrze. Padme nie razi głupotą (choć są momenty czasem, gdy podejmuje dość nieuzasadnione decyzje), choć niestety nieraz spędza cały rozdział na rozważaniach, które można streścić w jednym akapicie ;)), Vader jest sobą, a nawet wręcz mroczniejszy i groźniejszy niż w oryginale, jest wciągająco, są sceny seksu, na Walentynki jak najbardziej fanowie i fanki Star Warsów mogą poczytać.

Język angielski i linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/9621350/1/Eros-Turannos

Zastrzegam, że przeczytałam dopiero kilkanaście rozdziałów (z sześćdziesięciu!), więc nie ręczę za to, co dzieje się później, aczkolwiek mam nadzieję, że poziom fanfikcjowania tego fanfika nie spada w dalszych rozdziałach. Popularnością też się cieszy ogromną, więc nie jestem sama w dość pozytywnej ocenie tego opowiadanka, aczkolwiek wiecie dobrze, jak to z tą popularnością bywa (przeczytałam już kilka opowiadań romansowych ze Star Warsów o znacznie większej popularności, co wcale im nie przeszkodziło w byciu bardzo kiepskimi ;) ).

 

EDIT

Niestety, okazało się z czasem, że poziom powoli, ale stabilnie się obniża i coraz więcej czasu zajmują rozważania iście z kiepskiego romansu, a coraz mniej ciekawe, w miarę realistyczne rozdziały. No cóż. A zapowiadało się przyzwoicie… :(. Ja dałam sobie spokój w połowie, jeśli ktoś doczyta dalej i stwierdzi, że jednak warto, niech da znać :).

Podsumowanie roku 2017

Skończył się nam stary 2017 rok, nadszedł nowy 2018, a z nim tradycyjne podsumowanie kulturalne minionego roku na moim blogu. Jak już wspominałam rok temu, mimo iż niby jest to podsumowanie minionego roku, to tak naprawdę jest to toplista rzeczy, z którymi JA zapoznałam się w ubiegłym roku, a nie takich, które zostały wydane w tym roku. Zatem może być i tak (i raczej będzie, znając moje tempo zapoznawania się z osiągnięciami kulturalnymi), że znajdą się tu utwory wydane 10 czy 15 lat temu.

…i tak po prawdzie, jak naszkicowałam sobie w umyśle swym, co chcę tu wrzucić, to wyszła lista klasyków, które prawie wszyscy znają… no cóż, pocieszam się, że skoro istnieję ja, która dopiero się z nimi w tym roku zapoznałam, to może istnieją i inne rodzynki, które jakimś cudem tych tytułów/nazw nie znają…. No nic, jakby nie było, to i tak zaczynamy :):

Blog roku – Rybie udka

Blog traktujący o komiksach (głównie superbohaterskich) i książkach sci-fi i fantasy, który odwiedzam co jakiś czas już od kilku lat. W tym roku jednak zaskarbił sobie wyjątkowo moją wdzięczność, albowiem w końcu przeczytałam „Młot” i „Zabójczy żart”, które polecał. Warto było :).

Książka roku – „Młot”, K. J. Parker

Ten rok wyjątkowo mi obrodził w dobre książki, w efekcie czego ciężko było wybrać tę jedną, zwłaszcza jeśli porównuje się tytuły z różnych gatunków. Koniec końców wygrał „Młot” Parkera, gdyż niemal wszystkie elementy, których oczekuję w książce są w tym tytule dopieszczone – tj. jest wciągająco, jest realistycznie, są i rozważania moralne poważne. Jedyna wada, która niezmiennie niezmiernie mnie irytuje to niestabilny punkt widzenia narratora. Ewentualnie kogoś może drażnić też, że autor sprawia wrażenie, jakby nie mógł zdecydować się, jaką książkę pisze… Przygodową? Kryminał? Psychologiczną? Coś jeszcze innego? Mnie tam nie przeszkadzało, i tak nie lubię ani nie umiem szufladkować książek. Tak czy siak polecam.

Komiks roku – „Zabójczy żart”, Alan Moore, Brian Bolland

Klasyka klasyków. Ludziom czytającym komiksy nawet nie ma sensu polecać. Ludziom nie czytającym komiksów powiem tyle, że to jeden z najważniejszych tomów Batmana przedstawiający historię Jokera. Z mojego punktu widzenia wart uwagi przede wszystkim ze względu na genialny monolog Jokera dający wgląd w to, jak może wyglądać świat szaleńca „od wewnątrz”.

Film roku – „Biała wstążka”, Michael Haneke

Film, którego zapewne (znowu) nie trzeba przedstawiać kinomanom, aczkolwiek recenzje są rozbieżne i często widzę zarzuty wtórności. Powiem szczerze, że filmów oglądam mało, Hanekego obejrzałam pierwszy, więc problemu nie widzę. Zwłaszcza że filmów o smętnej ludzkiej naturze nigdy nie jest za mało, a przynajmniej takie jest moje zdanie. Ja zatem polecam, jeśli tylko chcecie wciągający i równocześnie przygnębiający film o tym, jak ponure potrafią być (i często są) interakcje międzyludzkie, zwłaszcza w małych, zamkniętych społecznościach.

Serial roku – „Breaking Bad”

Tak, tak, znam tylko jedną osobę, która tego nie widziała i zapewne jest jedyną osobą na świecie. Jeśli jednak jest Was więcej i macie ochotę na coś wciągającego i przygnębiającego (bo „Biała wstążka” to było za mało), to polecam szczerze, przynajmniej pierwszy sezon (bo na razie tyle obejrzałam). Co mnie zaskakuje tylko, to ogromna popularność tego serialu. Jest realistyczny. Jest przygnębiający. Nie bardzo jest to połączenie cieszące się wzięciem mas… a jednak. Ktoś mi to wyjaśni? Społeczeństwo ma przebłyski dojrzałości między „Zmierzchem” a Grayem?

Gra roku – Dragon Age Origins, BioWare

To w ogóle jest mój utwór roku w ogólności i uzależnienie roku i miłość roku i jak to tam jeszcze nazwiecie. I tradycyjnie klasyk klasyków. Jeśli jednak nie gracie w gry i nie znacie tego tytułu, to może warto zacząć właśnie od niego? Przynajmniej jeśli chcecie bardzo dobrą historię, z bardzo szerokim wachlarzem wyborów, z których część jest wcale nieoczywista moralnie, z wciągającymi romansami, interesującymi bohaterami, no i niezbyt trudną (jeśli ja dałam radę, co tutoriala w Mass Effect nie jestem w stanie przejść, to każdy da radę), to zdecydowanie bardzo niezmiernie niesamowicie gorąco z całego serca POLECAM! Chyba że macie alergię na fantasy. Choć myślę, że nawet z alergią na fantasy warto choć troszkę spróbować (wówczas szczególnie polecam zacząć grę, pomimo Waszej alergii na elfy, właśnie elfem, ale nie magiem czy dalijskim, ale koniecznie miejskim).

Album roku – Undertale, Toby Fox

Przyznam, że jakoś ubogi był ten rok w albumy. Z tych nielicznych, które przesłuchałam, ścieżka dźwiękowa do gry Undertale była jedyną, która pozostała mi na dłużej w pamięci ze względu na mój wielki sentyment do muzyki ze starych gier, tj. gier stworzonych na NESa, SNESa czy wczesnego PSXa. Autor Undertale ewidentnie jest wielkim miłośnikiem tejże, gdyż w swoich utworach doskonale oddaje nastrój tamtych gier, perfekcyjnie wychwytując charakterystyczne dlań motywy i doskonale przywołując atmosferę tamtych lat. Prywatnie szczególnie uwielbiam utwory Heartache i ASGORE :).

Utwór roku – ‚Sing me to sleep’ Marshmello remix

O ile albumów ciekawych było mało, o tyle pojedynczych kawałków więcej. Po długich trudach wybrałam po prostu ten utwór, którego słuchałam najwięcej razy. Polecam szczerze, bo gitara elektryczna jest tam cudowna (co prawda ja się nie znam, ale co tam, słucha się świetnie :) )

Wystawa roku – Najpiękniejsza szopka, Muzeum Etnograficzne we Wrocku

Oj, było tych wystaw ciekawych w tym roku całkiem sporo… koniec końców wybrałam szopki robione przez dzieci, bo mimo wszystko jednak nieskończona pomysłowość dzieciaków (a pewnie i rodziców trochę też ;) ) jest nie do przebicia przez żadnego, najbardziej nawet twórczego artystę :). Poza tym zawsze to pozytywny akcent. Wystawa organizowana jest co roku, ale nie gwarantuję, czy co roku jest równie ciekawa, bo, wiadomo, eksponaty się zmieniają :). …chyba ;).

Deviant roku – https://bowenbonsai.deviantart.com/gallery/

Przepiękne minidrzewka bonsai wykonane z drutu

Restauracja roku – „Bułka z masłem” na Włodkowica we Wrocku

Trochę tytuł dostaje na kredyt, bo byłam tam tylko raz i to na raptem przystawce (która była olbrzymia nota bene, jak na przystawkę) i drinku, ale oba były przepyszne. Ilość pozytywnych opnii na Google Maps też raczej sugeruje, że warto się wybrać. Tu wstawiam też niedokońcakryptoalenapewnoreklamę bloga, którego autorka mnie wyciągnęła do tej restauracji – http://pearlsvision.blogspot.com/

Przepis roku – łagodny żurek

Bardzo prosty przepis. Czyli taki, jakie uwielbiam :). Do przeczytania na https://www.przyslijprzepis.pl/przepis/delikatny-zurek-z-jajkiem

PS:

Żarełko roku – pierożki z grzybami z Bacówki :)

Alkohol roku – każda Soplica smakowa <3 ;)

PS2

Jak ktoś już dotarł aż tak daleko, to życzę świetnego kolejnego roku! Jak najmniej problemów, wsparcia w nich i jak najwięcej przyjemnych chwil (w tym spędzonych na fajnej fanfikcji poznanej dzięki mnie :) ), a także pinionszkuf, oczywista rzecz

Świąteczny post 2017

Witam znowu serdecznie czy inne tam dzień dobry bardzo, jeśli kogoś „witam” razi niezmiernie (choć w tym kontekście wydaje mi się poprawne, ponieważ to Wy zawitaliście w te progi, by czytać poniższe wypociny). Poniżej będzie spóźniony odrobinę post świąteczny (aczkolwiek Święta się niby jeszcze nie skończyły, więc powiedzmy, że zdążyłam dobiec na przystanek w ostatniej chwili), więc Czytelników, którzy czują obrzydzenie czy naruszenie ich uczuć religijnych tą tematyką uprasza się o wpadnięcie tu na Nowy Rok, ewentualnie zostawienie sugestii dotyczących innych Świąt, które powinny zostać nadmienione na blogu, by nie było, że katolicka i pseudokatolicka, a także byłokatolicka, a teraz już tylko tradycyjna większość dyskryminuje kogoś ;).

Tak więc primo: udanej resztki Świąt Wam życzę, czy to w duchu religijnym czy w duchu przyjemnej tradycji, z dala od kłótni, za to bardzo blisko przyjemnego wypoczynku, co byście poszli do swych zadań codziennych zregenerowani, a nie wykończeni (tak, wiem, łatwo mi, singlowi bezdzietnemu, z bardzo małą rodziną, mówić ;) ). Pozdrawiam również uczniów i innych studentów, co do żadnych zadań póki co nie wracają (kiedyś i Wam się dobre skończy :P ).

Secundo, poza ogólnymi życzeniami stwierdziłam, że w duchu świątecznym złożę również imienne życzenia szczególnie zaprzyjaźnionym (czy przynajmniej tak przeze mnie postrzeganym ;) ) blogom, czyli:

Artysta nie posiada ciała , którego to bloga Autorka jest na tyle miła, by skrobnąć czasem jakiś komentarz, a który to blog jest świetnie napisanym blogiem o wszystkim i o niczym, z dużą ilością bardzo praktycznych porad życiowych (zwłaszcza przepisy polecam!)

Pogderanki wachmistrzowe – niezmiernie ciekawy blog o historii Polski (zwłaszcza polskiej wojskowości), napisany staropolskim językiem przez człowieka o ogromnej wiedzy z tej dziedziny, który nie tylko z niezmierną życzliwością zawsze odpisuje na liczne komentarze na swoim blogu, ale i nawet wpadł tutaj napisać mi życzenia :)

Węglowy szowinista – tym razem niezmiernie ciekawy blog o nauce, pełen zarówno interesujących ciekawostek, tekstów obalających mity, świeżych newsów za świata odkryć, jak i recenzji wartych uwagi książek. Wspieram go na Patronite niewielką kwotą, co i Wam polecam, bo naprawdę warto!

Tertio, z okazji tej pięknej od miesiąca siedziałam w fikach z motywami świątecznymi, żeby klimatycznie coś tu wrzucić odpowiedniego, ale oczywiście szukajcie, a i tak guzik znajdziecie, innymi słowy nic na poziomie niestety nie przeczytałam. Nawet nic nie było na absolutnym antypoziomie, co można by jako dowcip wrzucić. Tak więc logiczny i smętny wniosek z tego, że nic nowego dla Was nie mam i zwalam winę na kiepski poziom morza wypocin netowych :(.

Quarto, ponieważ nic nowego nie znalazłam, to pozostaje mi tylko przypomnieć co ciekawego z motywami świątecznymi już się było pojawiło w długiej i ubogiej historii tego bloga:

Dla każdego gwiazda – trzecia część znanego cyklu Slytheriniada, traktująca w ogólności o interakcji pewnej sierotki ślizgońskiej i internetowej wersji Snape’a (tzn. Snape’a w takiej wersji, w jakiej przedstawia go internet, to jest klimatycznego, inteligentnego, sarkastycznego, dobrego człowieka, czyli nie do końca jak w oryginale… ;) ), a w szczególności w tym opowiadaniu o Świętach tejże sierotki w Hogwarcie. Przyznaję, że lukru świątecznego, słodkokwaśnego jest tu dość dużo, co nie każdemu przypadnie do gustu, ale przyjemnej świątecznej atmosfery też sporo i humoru niezłego

Ad Astra Per Aspera – niedawno wspominane przeze mnie bardzo przytulne, cieplutkie i pogodne romansidełko ze Spockiem i Kirkiem w roli głównej. I atmosferą i faktem, że w jednym rozdziale prym wiodą Święta u Kirka w domu bardzo pasuje do czytania z czekoladą gorącą przy choince (chyba że jest to ultrakatolicka choinka zakazująca czytania homoseksualnych romansów :( )

Quinto: postwigilijny offtop. Jeśli nie będzie się Wam chciało robić uszków w przyszłym roku, to gorąco polecam pierożki z grzybami z Bacówki. PRZEPYSZNE. Również polecam morszczuka w cieście, którego kupiłam w Stokrotce (aczkolwiek chyba jestem jedyną osobą na świecie, której się nie chciało samodzielnie usmażyć ryby na Wigilię :D. Na niewielkie usprawiedliwienie dodam, że Wigilię spędzałam sama i jeszcze byłam w pracy prawie do 15ej ;) ). Offtop nie jest sponsorowany przez Bacówkę ani Stokrotkę (a w sumie szkoda, bo kasa się przydałaby po świętach ;) )

No to tyle na dziś. Dalej będę szukać dobrych fików, ale sami widzicie, jak ciężko z tym… Na pociechę, niedługo będzie tradycyjny noworoczny offtop :).

Czytadło ze Star Treka 2009 #03

Znów nie było mnie tu dwa miesiące. Stwierdzam ów fakt z najwyższym zażenowaniem dodatkowo zakrapianym wyraźnym nieukontentowaniem z moich osiągnięć w dziedzinie blogowania. I nawet nie bardzo jest to czym usprawiedliwić… Cóż, przynajmniej wciąż nie jest to smętny poziom pisania raz na kwartał. Niemniej pamiętam o Was i brnę sobie powoli przez różne kwiatki wyrosłe na żyznej glebie fantazji początkujących pisarzy.

Póki co, to nie mam nadal niczego wybitnego, więc będziemy musieli poprzestać na kolejnym czytadle (w dodatku kolejnym ze Star Treka), które zatrzymało mnie na tyle, by chciało mi się czytać do końca. Czytadełko jest na podstawie serialu z 2009 roku, a jego akcja zaczyna się w Akademii, po wesołej działalności Nerona.

Pierwsze rozdziały opisują podnoszenie się Akademii po ciosie, jakim była utrata dużej części kadry profesorskiej, w czym czynny udział bierze James T. Kirk; następne zabierają nas na kilka pierwszych misji Enterprise pod nowym dowództwem wyżej wspomnianego młodego kapitana. Całość obserwujemy oczami Spocka i w teorii jest to kolejny spirk (czyli romans między owym Wolkanem a jego dowódcą). Czemu w teorii? Bo w praktyce przez dobre trzy czwarte historii nie dzieje się tam zupełnie nic romansowego, no może poza bardzo rzadkimi pojedynczymi myślami Spocka, zresztą iście wolkańsko powściągliwymi. Romans rozkręca się dopiero w kilku ostatnich rozdziałach, a i tu obywa się bez żadnych scen seksu. Tak więc mimo iż zamierzeniem autorki była opowieść o miłości pomiędzy oboma panami, to w praktyce wyszła jej typowa przygodowa opowiastka, wykorzystująca wszystkie dobrze znane nam chwyty z seriali przygodowych – ataki w niespodziewanych momentach (najczęściej tych cichych i pogodnych, żeby był większy szok i smutek ;) ), chytre intrygi arcywrogów Kirka, pełne akcji misje, dramatyczne sceny umierania-ale-jednak-nie-do-końca kluczowych charakterów itp itd. Jest też trochę przyzwoitego, a w kilku momentach nawet i bardzo dobrego humoru, jest trochę przesadnie rozdramatyzowanych (w akcji, nie zachowaniach bohaterów) czy zakrawających na podniosłość scen, trochę nieśmiertelnego kiczu w momentach okołośmiertelnych i co prawda nie jest to zdecydowanie nic wybitnego, ale w swojej kategorii czytadełka przygodowego jest napisane mocno wciągająco i nie razi jakąś koszmarną naiwnością. Ludzie liczący na dobry romans raczej się zawiodą, aczkolwiek jego zaletą jest to, że jego największą wadą jest, że prawie go nie ma ;) (autorka chyba podświadomie wyczuwała swoje ciągoty do Wielkiego Romantycznego Kiczu, więc ograniczała się, jak mogła, zatem efekt jest całkiem do przeżycia).

Tak więc można przeczytać, jeśli jest się fanem Kirka bądź Spocka bądź Star Treka w ogólności i chciałoby się z czymś tam nowym zapoznać z tego fandomu czy po prostu rozerwać się nad typowo przygodowym, pełnym akcji czytadełkiem.

Język jest angielski, rozdziałów 25 i linka poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/5344838/1/Atlas

Swoją drogą, fanfik ten cieszy się NIESAMOWITĄ wręcz popularnością na FFnet, mając prawie pięć tysięcy uwielbień, co jak na ten portal jest liczbą ogromną. W sumie to dziwi mnie to, bo aż TAK wybitny nie jest. Ale z drugiej strony przynajmniej nie jest tragiczny (a jak wiadomo, takie „50 twarzy Greya” też się cieszy ogromną popularnością… tak więc gustów ludzi biez wodki nie razbieriosz).

PS Już całkowitym offtopem, jeśli chcecie słodki niekanoniczny komiks spirkowy, to bardzo prosię:

neetols.tumblr.com/post/160880083698/prequel-a-prequel-to-whatever-this-is-pre

(link sobie skopiujcie, bo jak wstawiam działający, to mi całą stronkę wkleja)

Czytadła ze Star Treka #02

Nie było mnie tu znów prawie dwa miesiące. Uczciwie mówię jednak, że nie obijałam się, ino szczęście mi nie bardzo sprzyja w odnajdywaniu dobrej fanfikcji. Przez ile blubrów się przedarłam przez ten czas, nawet nie pytajcie. Póki co niestety nie mam na oku niczego wybitnego, ale przynajmniej ostatnio parę przyjemnych czytadełek się trafiło – dobre i to.

Czytadełka dzisiejsze oba są ze Star Treka; jedno z The Original Series, drugie z 2009 (choć to drugie na dobrą sprawę mogłoby równie dobrze być z TOS, na moje oko). Oba są spirkami, czyli promują ideę romantycznego związku między Jamesem T. Kirkiem a S’chn T’gai Spockiem, więc jeśli to nie Wasza bajka, to nie polecam. Jeśli jednak popieracie ten pomysł lub przynajmniej Was on ani ziębi ani parzy, byleby jakiś romans był, to czemu nie spróbować.

Czytadełko jedno to „Ad Astra Per Aspera” autorstwa lahmrh, gdzie pod tym jakże wiele dramatu i angstu sugerującym tytułem kryje się cieplutkie, pogodne opowiadanko o tym, jak to pewien studiujący w Akademii Gwiezdnej Floty ludzkowolkański mieszaniec zaprzyjaźnia się i zakochuje w pewnym człowieku kształcącym się na kapitana okrętu. Typowa łagodna, wręcz kojąca serce historyjka idealna na Boże Narodzenie (które się w niej zresztą pojawia) czy po prostu na jakiś chłodny, ciemny wieczór, gdy człowiek ma ochotę na ciepły kocyk, gorącą czekoladę, mruczącego kota i coś przyjemnego i odprężającego do poczytania. Nie ma tu żadnych dramatów, nie ma zbyt wiele akcji, ot, po prostu obserwowanie interakcji Jamesa i Spocka od ich poznania się po pierwsze pocałunki (plus epilog już na Enterprise). Czyta się bardzo przyjemnie – nie ma żadnych zgrzytów ani językowych ani fabularnych. Coś tam pewnie można by się przyczepić do kanoniczności postaci, zwłaszcza Spocka (choć tak po prawdzie to ja o Star Treku wiem malutko, ledwie go pamiętam z dzieciństwa i teraz nadrabiam fanfikcją, na którą natrafiam i wyrwanymi z kontekstu scenami ze Spockiem na youtube ;) ), ale z drugiej strony trzeba brać poprawkę na to, że Spock jest tu znacznie młodszy, więc i jego charakter i zachowania mogły być odrobinę inne w czasach akademickich niż w czasach, gdy jest już uznanym Pierwszym Oficerem otoczonym zaprzyjaźnioną załogą.

Tak czy siak polecam, jeśli na taki przyjemny, cieplutki romansik macie ochotę. Całość po angielsku, raptem pięć rozdziałów plus epilog, pod linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/9830423/1/Ad-Astra-Per-Aspera

 

Drugie czytadełko, a w zasadzie to strzęp czytadełka, bo autorka napisała raptem dwa rozdziały i olała nas radośnie, to również romansidło, ale tym razem komiczne. Zarys fabuły dość odstręczający – Jim próbuje uwieść Spocka z dość mizernym skutkiem, więc idzie kapitan do lekarza i pyta, co ma zrobić, żeby starania zwieńczone zostały sukcesem. Po pierwszym sukcesie, jakim jest nie zostanie wyrzuconym za drzwi przez McCoya, następują kolejne, w efekcie nowo wprowadzonej strategii manipulacji Spockiem (zaimplementowanej z wydatną pomocą Sulu) . Fabuła zdecydowanie nienowatorska i nieambitna, ale przezabawnie prowadzona – zwłaszcza kluczowe dla tego typu historyjek interakcje różnych postaci są warte zapoznania się z :).

Tak więc dla niezbyt może wyrafinowanego, ale też nie zbytnio prostego czy ordynarnego humoru, polecam :). Rozdziały są tylko dwa, jak wspomniałam, więc wiele czasu nie zmarnujecie. Język angielski i linka poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/6043891/1/Hard-To-Get

Do poczytania znowu, za milion lat, gdy uda mi się coś normalnego odgrzebać w netach :).

The Arrangement, Dragon Age

 

Wyjątkowo szybko (jak na mnie ;) ) kolejny wpis i tym razem pełnoprawna recenzja, czyli wreszcie coś świetnego! Znowu jest to opowiadanie oparte na Dragon Age, choć tym razem konkretnie na Dragon Age Origins – grze, którą po raz wtóry gorąco polecam każdemu, kto lubi dobrą historię. Tym razem mamy bardzo dobrze napisany romans historyczny, wykreowany w alternatywnym wszechświecie Dragon Age.

Autorka pozwoliła sobie w nim na dwie zasadnicze zmiany w stosunku do oryginału – po pierwsze, pewną roszadę personalną w rodzinie Couslandów: w jej wersji historii miejscami w rodzinie Couslandów zostają zamienieni główna bohaterka DAO, która jest tu najstarszym dzieckiem oraz Fergus Cousland, młodszy brat, który w Ostagarze zostaje jednym ze Strażników. Drugą zmianą jest fakt, że bohaterka, Ellie Cousland, na kilka lat przed właściwą akcją Origins, jeszcze za życia Marika, zostaje żoną Loghaina Mac Tira na mocy zaaranżowanego małżeństwa będącego efektem negocjacji różnych zainteresowanych równowagą sił i pewnymi konkretnymi skutkami politycznymi stron na dworze. Osoby, które zrażają się wszelkimi zmianami wprowadzanymi do kanonu, mimo wszystko gorąco zachęcam do czytania (jeśli oczywiście lubią romanse), bo opowiadanie jest napisane bardzo ciekawie i dojrzale.

Jest to w pewnym sensie typowy romans – ale jeśli od razu myślicie o jakimś mdłym, pseudoromantycznym, pełnym seksu, mało inteligentnym tworze, to nie o to mi chodzi ;). Jest typowy w sensie spełniania wymogów gatunkowych – więc nie oczekujcie tu fabuły przygodowej czy tragicznej ;). Historia jest więc, zgodnie z ramami rodzajowymi, nakierunkowana na parę głównych bohaterów – w tym wypadku jest to Ellie Cousland i Loghain Mac Tir – na ich emocjach związanych z zaaranżowanym małżeństwem, wzajemnych odczuciach, interakcjach, miłości i konfliktach. Jest tu więc dużo przemyśleń i opisów przeżyć. Po drugie, jak przystało na romans historyczny, jest naprawdę sporo intryg dworskich i zwrotów akcji typowych dla romansów. Po trzecie jest trochę scen seksu.

Wszystko to jest jednak napisane bardzo realistycznie, bez niepotrzebnego zadęcia romantycznego czy dramatycznego. Ellie zostaje żoną mężczyzny bodajże dwa razy od niej starszego, posiadającego niezbyt dobrą opinię o jego talentach w roli ojca i męża, z drugiej strony jednak bardzo wpływowego i będącego żyjącym bohaterem kraju, któremu niejedna kobieta z chęcią padłaby w ramiona, choćby tylko z uwagi na jego sławę. Jej kreacja jest jednak perfekcyjna – nie jest ani biedną sierotką, którą obojętni rodzice rzucają w ramiona obcego mężczyzny i która przerażona nie wie, czego oczekiwać po tym nieszczęściu i zapłakuje się po kątach. Nie jest też typową dla kiepskich romansów dziewczyną, która od razu zakochuje się w swoim niezwykłym mężu, tonie w jego oczach, szeptach, ramionach, falach rozkoszy i własnych zachwytach ;). Jest dziewczyną (mentalnie w sumie już bardziej kobietą niż dziewczyną) praktyczną, rozsądną i życzliwą. Na związek z mężczyzną, którego osobiście nie zna, a plotki się roznoszą na jego temat różne, zgadza się dla dobra swojego, swojej rodziny i państwa. Nie robi z tego dramatu, nie traktuje swego męża jak wroga czy obcego; widzi w swojej sytuacji pozytywy, ale bez naiwnego idealizowania; ma zamiar wspierać męża, nawet jeśli związek nie będzie idealny, ale równocześnie nie tracić swojej samodzielności i czerpać korzyści z sytuacji. Zwłaszcza zachwycona byłam sceną nocy poślubnej, gdy Loghain zdecydowanie nie bardzo wie, jak ma zachować się względem dwa razy młodszej od siebie dziewczyny, która na pewno nie wyszła za niego z miłości, a tymczasem to Ellie siląc się na opanowanie zrozumiałych nerwów, spokojnie proponuje mu swobodę w podjęciu decyzji, wprost mówiąc, że nie ma zamiaru ani mu się narzucać ani też obrażać, jeśli w ich związku z różnych powodów nie będzie pożycia. Jej argumenty i podejście do sytuacji są nad wyraz dojrzałe. Powiem szczerze, że mało spotkałam tak sensownie napisanych kobiecych postaci, jak Ellie Cousland. Zdecydowanie jedna z bohaterek, z których warto brać wzór :). Również i Loghain jest dobrze napisany – nie zakochuje się od razu w młodej i ładnej żonie, ma swoje wątpliwości i zastrzeżenia co do tego, jak bardzo udany będzie ten związek, w tym także potencjalnie z jego winy. Ma swoje zasady, oczekiwania, priorytety. Ogólnie bardzo realistyczna wizja związku dwojga dobrych, rozsądnych, szanujących się nawzajem ludzi.

Sceny seksu – wiadomo, że nieodłączny element każdego romansu :) – są ewidentnie napisane przez dojrzałą osobę, która przeczytała wystarczająco dużo romansów, by wiedzieć, jak nie pisać ;). Zatem ani nie jest to obsceniczne porno ani dziwaczne pseudopoetyckie opisy ani nieporadna walka kogoś, kto wstydzi się pisać o seksie. Zbliżenia są przedstawione klarownym, ciepłym, bezpretensjonalnym językiem, niezbyt rozwlekle, nie zajmują połowy opowiadania, czyta się je przyjemnie. Można na upartego zarzucić im, że biorąc pod uwagę przejścia, pozycję, wiek i problemy Loghaina, dziwne trochę, że zawsze współżycie jest udane, niemniej jakoś nie raziło mnie to wcale w tym opowiadaniu (a zwykle przecież czepiam się zbyt wyidealizowanych obrazków).

Język całego opowiadania jest na bardzo dobrym poziomie (oczywiście z mojego nieanglistycznego punktu widzenia), nie widziałam tam żadnych błędów, nie straszą barokowe konstrukcje, nie zniechęca zbytnia prostota.

Fabularnie jest wciągająco, pomimo tego, że za pewną wadę można uznać dość stereotypowe momentami zwroty akcji i intrygi. Pod tym względem (przewidywalności) opowiadanie trochę słabuje – pojawia się jakże zużyty motyw wpływowej osoby zakochanej na zawsze w Ellie, która to persona powoduje szereg nieprzyjemnych wydarzeń; również i główny „zły” żadnym zaskoczeniem nie jest, dość ewidentne są jego intrygi i manipulacje. Jest to wada, która może odstręczyć tych, którzy w romansach szukają przede wszystkim nowatorskich intryg i zaskoczeń. Tu tego nie ma, niemniej i tak chce się czytać do końca, bo jednak nie wszystko jest w stu procentach do przewidzenia, zwłaszcza że autorka stara się pisać realistycznie, a jej Ellie nie jest postacią, która żyje tylko swoim mężem i która potrafi pójść własną drogą, choćby przeciw niemu.

Dla niektórych fanów Dragon Age pewnym minusem może też być interpretacja Cailana i Loghaina w tym opowiadaniu. Co do Cailana, to nie chcę się tu wdawać w przesadne szczegóły, by nie zdradzać akcji, ale na pierwszy rzut oka wydaje się on być kompletnie niekanoniczny, jednak gdy zastanowimy się mocno nad źródłem naszych informacji o Cailanie w Dragon Age Origins, uczciwie będziemy musieli przyznać, że wszystkie informacje są fragmentaryczne i część z nich może być kłamstwami postaci, z którymi rozmawiamy. Choć subiektywnie nie odpowiada mi zupełnie wizja Cailana stworzona przez Addai, to przyznam, że obiektywnie ma prawo do swojej interpretacji. Trochę bardziej niekanoniczny jest Loghain – a konkretnie to Addai go dość mocno wybiela z podjętych przezeń w DAO decyzji, co niestety mocno zubaża tę postać do typowego tragicznego bohatera, a nie antybohatera, którym powinien być i którego kreacja była mistrzowska w DAO. Innych wad w tym opowiadaniu nie uświadczyłam (no, dobra, jest jeden ewidentny dla mnie błąd logiczny w fabule, ale do przeżycia ;) ).

Tak więc podsumowując gorąco polecam, jeśli chcecie sensownie napisany romans, może z dość banalnymi intrygami, ale ze świetną główną bohaterką, wciągający i bardzo pozytywny (mimo realizmu) w wydźwięku. Miłego czytania! :)

Fik jest w języku angielskim, ma 37 rozdziałów i możecie go znaleźć pod tym linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/6337394/1/The-Arrangement

Czytadło z Dragon Age #01

Znów mnie trochę nie było tutaj – życie jak zawsze ma swoje pomysły. Dzięki rehabilitacji i poznaniu nowego człowieka na potencjalnego partnera mój czas na czytanie się drastycznie skurczył, co nie zmienia faktu, że będę nadal pracować nad tym, by tutaj wciąż się coś ciekawego ukazywało jak najczęściej.

Dziś mamy czytadło przyjemne z serii gier Dragon Age, które to gry swoją drogą gorąco polecam każdemu, nawet osobom, które nie bardzo umią w gry (jak ja) ;), bo fabuła przezacna (zwłaszcza Dragon Age Origins), a na poziomie easy każdy z łatwością sobie powinien poradzić (w każdym razie na pewno w DAO).

Czytadełko, autorstwa Arsinoe de Blassenville, jest napisane w języku angielskim, a jego akcja zaczyna się tuż po słynnym sejmie w Ferelden, na którym Loghain Mac Tir traci ostatecznie władzę w kraju, by ciągnąć się przez całą historię z Dragon Age Awakening po Dragon Age II włącznie – w sumie to 50 rozdziałów! Choć główną bohaterką przez cały czas pozostaje Bohaterka Ferelden – w tej wersji historii jest to Maude Cousland, ludzka szlachcianka wyspecjalizowana w walce w stylu rzezimieszka – to całą opowieść widzimy oczami Loghaina Mac Tira, który bardziej nie chcąc niż chcąc, w wyniku znanych nam wydarzeń dołącza do Strażników na początku tejże fanfikcji.

Trzon tej historii to właśnie przedstawienie losów Maude Cousland i Loghaina Mac Tira od momentu ich sławetnego pojedynku przez kilka następnych lat, a także dość realistyczne przedstawienie tego, jak, zdaniem autorki fika, powinny kształtować się dzieje Ferelden w okresie po Zarazie. Maude jest tu bohaterką bardzo charakterną, jak dla mnie trochę kontrowersyjną, momentami zbliżającą się do granic szaleństwa, ale równocześnie nad wyraz twardą i praktyczną, choć również mocno przekonaną o swojej nieomylności, emocjonalną i posiadającą wybitny dar manipulowania ludźmi. Niektóre z decyzji, które podejmuje w fiku, nie pojawiają się w grach i niosą rezultaty wprowadzające nas w pewnym sensie do alternatywnego uniwersum, są jednak zazwyczaj na tyle realistyczne i dobrze utwierdzone w kanonie, że nie można mieć do nich krytycznych uwag (z jednym poważnym wyjątkiem, o którym napiszę później).

Zdecydowanym plusem tej historii jest świetne poczucie humoru przez kilkanaście pierwszych rozdziałów – autorka doskonale odnajduje się w odrobinę parodiującym mechanikę gry, lekkim, sarkastycznym, lecz równocześnie pogodnym stylu pisania – przyznam szczerze, że śmiałam się jak pacjent zakładu zamkniętego czytając tego fika po nocach i budząc zapewne Bogu ducha winnych współlokatorów ;). Świetnie się czyta opisy rozdawnictwa prezentów uskutecznianego przez Maude, obrabowywania i okradania wszystkiego, co się rusza i nie rusza, używania charyzmy w każdy możliwy sposób – zwłaszcza, że widzimy to wszystko oczami z lekka zirytowanego i z bardziej niż lekka zaskoczonego i krytycznie nastawionego Loghaina. W późniejszych rozdziałach humor wyraźnie schodzi na dalszy plan, a szkoda, bo to bardzo duży atut tego fika.

Drugi plus tego czytadła to świetne rozeznanie w realiach średniowiecznych autorki (przynajmniej na tyle, na ile ja, nie mając większej wiedzy o średniowieczu, mogę to ocenić) – cały czas mam przed oczami na przykład sceny porodów, przy których obecna była połowa szlachty, by mieć pewność, że dziecko urodziło się żywe i na pewno nie było podmienione :).

Trzeci plus to doskonałe snucie intryg politycznych. Arsinoe ma świetną inteligencję i wyobraźnię polityczną – dostrzega najdrobniejsze powiązania i ich logiczne konsekwencje, tworzy bardzo realistyczne biegi wydarzeń i doskonale obrazuje walkę o władzę inherentną dla kręgów szlachty w takim kraju jak Ferelden. Przyznam, że wielokrotnie zaskoczyła mnie ona swoją przenikliwością i logiką biegu różnych sytuacji – posunęłabym się wręcz do stwierdzenia, że idzie jej to nawet lepiej niż samym autorom Dragon Age.

Pozostaje więc pytanie, czemu historia ta wylądowała mimo wszystko w czytadłach? Ano cóż, jest jeden gigantyczny moim zdaniem minus, który mocno zniechęca – pomimo powyższych zalet – do czytania tego opowiadnia, zwłaszcza później, gdy humor schodzi na drugi plan i ma być poważniej i realistyczniej. Otóż jest nim główny wątek romantyczny. Maude zakochuje się i ląduje w łóżku z Loghainem. Samo w sobie nie byłoby to może i takie złe, bo obie postaci są ciekawe i nie widzę nic złego w ich połączeniu, jeśli byłoby ono sensownie uzasadnione. Problem w tym, że nie jest. O ile Arsinoe świetnie sobie radzi z polityką, gospodarką i wszelkiego rodzaju intrygami, o tyle słabiej sobie radzi z emocjonalnością bohaterów (albo może swoją). Przy samym opisie głównej naszej drużyny mamy wrażenie, że autorka zapomniała o logice i dystansie, by po prostu na siłę przerzucić swoją wizję relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Szczególnie drażni to właśnie w wątku romantycznym – Maude zakochuje się w Loghainie bardzo szybko i w zasadzie bez większej logiki. Na upartego można to wyjaśnić faktem, że bohaterka ta istotnie nie jest do końca logiczna, za to jest mocno rozchwiana emocjonalnie, co jest wyjaśnione w historii, niemniej wciąż dziwi, że miałaby ona tak szybko zakochać się w kimś, kto współpracował z Howe, odpowiedzialnym przecież za wyrżnięcie prawie całej jej rodziny. A ze strony Loghaina to już jest w ogóle tragedia w ciapki, bo zachowuje się on nie jak starszy mężczyzna (w sumie nie jestem pewna, ale obstawiam, że ma 40-50 lat), bohater z River Dane, człowiek obdarzony władzą, sławą i pieniędzmi i równocześnie zniszczony życiem, tylko jak – przepraszam że tak to ujmę – szesnastoletni prawiczek, któremu wystarczy machnąć gołym cyckiem przed okiem, by się zakochał. A już do białej gorączki mnie doprowadziło stwierdzenie tegoż Loghaina, że aby zrobić dobrze mężczyźnie wystarczy stanąć przed nim nago. No, przepraszam, ale to jest wiedza na temat seksu na poziomie gimbusa czytającego memy z internetu. Bardzo to kontrastuje z ogólnie realistycznie i dojrzale prowadzoną resztą fabuły. Całemu romansowi brakuje jakiejkolwiek głębi, nawet przy założeniu, że to opowiadanie ma być raczej realistyczne i sarkastyczne niż romantyczne, a z drugiej strony sceny seksu, choć napisane krótko i zwięźle, są mimo wszystko zbyt idealistyczne. I zdecydowanie niepotrzebnie często wspominane. Tak, wiemy, że się kochają. Nie musi być napisane w co drugim rozdziale, że znowu poszli do łóżka. Domyślamy się. Ogólnie zgrzyta ten element mocno.

Trochę mniej, ale podobnie zgrzyta przenoszenie osobistych sympatii autorki (lub Maude) na przedstawianie niektórych postaci: niesamowicie irytuje Alistair – postać co prawda rzeczywiście irytująca w grze, niemniej jednak zasadniczo dobra charakterem i od czasu do czasu pokazująca jakiś tam pazur – tu miałam wrażenie, że zrobiono z niego kompletnego pantoflarza, całkiem pozbawionego jakiegokolwiek rozumu i w dodatku nie bardzo przejmującego się swoimi przyjaciółmi. Również i Wynne jest przedstawiona jako osoba przez nikogo nie lubiana, dwulicowa, mająca sie za najmądrzejszą, męcząca i, gdy w pewnym momencie znika bez śladu, Maude ani nikt inny palcem nie kiwnie, by ją znaleźć i jej pomóc, co jest dość przykre, biorąc pod uwagę, że Wynne w grze walczyła po ich stronie do samego końca i ryzykowała znacznie swoim życiem, by wszystkich uratować.

Tak więc czytadło ma swoje minusy, niemniej czyta się ciekawie. Jeśli przełkniecie irytujący wątek romansowy, to polecam, zwłaszcza kilkanaście pierwszych rozdziałów.

Linka:

https://www.fanfiction.net/s/5875082/1/The-Keening-Blade

Post Navigation

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Subiektywnie o finansach - Maciej Samcik

Prześwietlam produkty finansowe, informuję o nowościach w świecie pieniędzy, daję porady dotyczące rodzinnego portfela

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny