Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Czytadła ze Star Treka #08

Znowu puchy na tym blogu, ale co zrobić, jak nic ciekawego mi się nie trafia. Z przysłowiowego braku laku mamy dziś stosik czytadełek ze Star Treka.

Pierwsze to króciutki jednostrzał ze Star Treka 2009 skoncentrowany na Kirku. W sumie przyjemnie się go czyta; ma w sobie pewien urok, choć idealny nie jest. W zasadzie wiele więcej nie da się napisać, ale polecam, jeśli nie macie czego czytać ze Star Treka.

https://www.fanfiction.net/s/7512837/1/Family

Drugie to głupiutki odmóżdżacz, który nie mam pojęcia, co robi na moim blogu, ale jakimś cudem go przeczytałam do końca, więc jakiś urok musi w sobie mieć ;). Czytadełko inspirowane odcinkiem „Mirror, mirror”, choć autorka postanowiła tutaj stworzyć alternatywny wszechświat zupełnie odwrotny do przedstawionego w tamtej historii. Odwrotny, tzn. pełen czułości i słodyczy. Tak więc mamy tutaj Wolkan uważających, że przytulasy są logiczne, McCoya pijącego herbatkę ziołową i popiskującą Uhurę. Tak. Zwłaszcza ta popiskująca Uhura jest traumatyczna, ale w sumie fik nie jest aż tak zły, jak można by się spodziewać. Pewnie pomaga fakt, że autorka ma pełną świadomość tego, co robi, co widać po biednym Kirku wrzuconym w ten wszechświat, gdy z wielką ulgą wraca do swojego ;).

https://www.fanfiction.net/s/6628662/3/Strange-Reflections

Trzecie to z kolei krótkie romansidełko między Uhurą a Spockiem, a w zasadzie to tylko parurozdziałowe nakreślenie, jak mogło było dojść do związku między tą dwójką. Typowy romansik, w sumie nieźle napisany, aczkolwiek nic wybitnego. Niemniej przyjemnie się czyta. Scen seksów brak, ale jest pocałunek.

https://www.fanfiction.net/s/6571402/1/How-the-Heart-Approaches

Kolejny fanfik koncentruje się na Spocku i jego pierwszych kontaktach ze swoją przyszłą załogą na Enterprise (tą pierwszą, dowodzoną przez Pike’a). Jak można się domyślić nie przebiegają one zbyt gładko biorąc pod uwagę naturalne różnice w zachowaniach między ludźmi i Wolkanami. Generalnie fik nie jest niczym wybitnym i brakuje mu jakiejś myśli przewodniej lepszej niż „co by było, gdyby ktoś robił dowcipy Spockowi”, ale w sumie przyjemnie się czyta i bardzo dobrze pokazuje, jak postrzega ludzi Spock i jakie mechanizmy kierują jego zachowaniami.

https://www.fanfiction.net/s/6043563/1/The-Complexity-of-Human-Pranks

The Search for Victory, Avengers/Stargate

W końcu mamy kolejne naprawdę świetne opowiadanie. Chociaż nazwać to opowiadaniem to jednak przekłamanie, bo tak naprawdę fanfik ten ma ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy słów, co czyni go dłuższym od najdłuższego Pottera czy Ulissesa. Tym razem jest to crossover, czyli krzyżówka, pomiędzy światem Marvela i serialu Stargate.

W opowieści tej, jak można się domyślić, krzyżują się ścieżki Daniela Jacksona oraz agentów S.H.I.E.L.D. (którzy go śledzili na zlecenie Coulsona), Czarnej Wdowy i Hawkeye’a (którzy go śledzili na zlecenie własne) oraz Kapitana Ameryki z jego przyjacielem, Samem (którzy go nie śledzili). W efekcie następuje małe spotkanie różnych starych znajomych, przerwane, jakżeby inaczej, atakiem złoczyńców (choć fakt faktem, że pomniejszego kalibru). A wspomniałam, że zanim do tego dochodzi, to ścigany przez Hulkbusterów Hulk pomaga Danielowi, a oddany w podzięce czekoladowy tort zyskuje sympatię Hulka? Tak że od samego początku dzieje się dużo i to przy nieodłącznym akompaniamencie broni wszelkiego rodzaju. A później oczywiście sytuacja się robi poważniejsza, jako że w stronę Ziemi zmierza (stosunkowo niewielka, ale dobrze wyposażona i bardzo niebezpieczna) armia wyznawców Ori, przed czym ostrzega Daniel Jackson, ale (oczywiście) nikt na razie nie ma zamiaru dawać wolnej ręki Danielowi w przyspieszeniu wysiłków na rzecz obrony Ziemi, jako że wszyscy są zbyt zajęci tropieniem agentów Hydry w obawie przed infiltracją ważnych projektów bezpieczeństwa (takich jak właśnie obrona przed inwazją Ori). Kto zatem pomoże Danielowi, jak nie Avengersi?

W opowieści dzieje się wiele, to typowa historia akcji, gdzie co rusz są ataki, walki, bitwy i wszystko opisane we wciągający oraz plastyczny sposób. Nie brakuje również zwykłych i bardzo udanych interakcji między postaciami, a tych jest wiele. Nie wszyscy odgrywają tu pierwszoplanowe role oczywiście, niemniej dla każdego znajdzie się choćby minimum czasu antenowego, tak więc poza Avengersami pojawią się gościnnie też tacy bohaterowie, jak Fantastyczna Czwórka, Spiderman czy Daredevil (jedynie z jakiegoś powodu nie ma Deadpoola), o rozlicznych osobach ze Stargate nie wspominając. Nie brakuje naprawdę świetnego humoru, ciekawych zwrotów akcji, momentów napięcia; są również patetyczne momenty rodem z amerykańskiego kina supebohaterskiego, aczkolwiek z umiarem, choć oczywiście musi się pojawić tradycyjnie pozytywne ocenienie ludzkości jako gatunku z Wielką Przyszłością i Godnego Szacunku, co dla takiego zgorzkniałego mizantropa, jak ja, jest może odrobinę zbyt optymistyczne, ale co tam, w końcu to typowa powieść superbohaterska, a nie Strażnicy, żeby ostro krytykować ludzi. Na zdecydowany plus trzeba też dodać genialne w swej prostocie rozwiązania pewnych zagadek i sprzeczności z uniwersów, np. odpowiedź na pytanie, czemu tylko u Steve’a Rogersa serum zadziałało tak doskonale czy pogodzenie dwóch różnych Asgardów z obu uniwersów.Generalnie autorka ma dar do tworzenia wciągających historii i świetnie operuje wszelkimi technikami zaangażowania czytelnika.

Oczywiście można się przyczepić do paru rzeczy. Jest tu trochę drobnych, ale wyraźnie zauważalnych nielogiczności. Jest parę błędów rzeczowych (np. ciała nie wybuchają w kosmosie). Tego typu rzeczy zawsze działają na mnie jak płachta na byka, ale niech to najlepiej świadczy o tym, jak świetnie jest prowadzona narracja, że wyjątkowo mnie to nie zniechęciło. No i wiadomo, autorka sama przyznaje, że nauka jest tu „komiksowa”, więc trzeba się pogodzić z faktem, że mnóśtwo rzeczy jest wyjaśnionych na zasadzie zaawansowanej technologii obcych i nieznanych jeszcze praw fizyki ;). Historia odbiega też trochę od kanonu, jako że część filmów ze świata Marvela jeszcze nie powstała, podobnie jak i część serialu o agentach S.H.I.E.L.D. .

Koniec końców bardzo serdecznie polecam, wciągnęło mnie bardziej niż wiele książek sci-fi, jakie w życiu czytałam. Warto dodać, że czyta się świetnie nawet przy nieznajomości jednego z fandomów – ja nie mam zielonego pojęcia o Stargate i w niczym mi to nie przeszkodziło (choć nieznajomość obu może już być trochę ciężka do przełknięcia, bo mimo wszystko jest tam mnóstwo postaci i nawiązań).

A, i wyobraźcie sobie, fanfik jest ukończony! Rzadkość nad rzadkościami!

A, i na koniec tradycyjnie notka o autorce – jest Kanadyjką, uwielbia anime, ale też sci-fi i fantasy. Na koncie ma 19 opowieści, głównie crossovery z dominującym Stargatem, aczkolwiek pojawiają się i inne uniwersa, jak Harry Potter czy Doctor Who. Obiecała, że nastąpi kiedyś kontynuacja The Search for Victory, na co bardzo liczę.

No i linki:

https://www.fanfiction.net/s/10740334/1/The-Search-for-Victory

https://archiveofourown.org/works/2417495/chapters/5347691

Czytadło Neverwinter Nights/Władca Pierścieni

W dzisiejszym odcinku mamy całkiem pokaźne i nieźle napisane czytadło łączące wszechświat Tolkiena ze wszechświatem Dungeons and Dragons.

Główny pomysł jest dość prosty – postać ze świata Neverwinter Nights, Cierre, elf z rasy drow, trafia przez przypadek do Śródziemia, gdzie spotyka Aragorna i udaje jej się dołączyć do Szarej Drużyny, u boku której walczy z Sauronem. Po jakimś czasie sytuacja się odwraca i to jedna z postaci Tolkiena, Elladan, ląduje w świecie D&D, więc możemy poobserwować „co by było gdyby” działające w dwie strony.

Generalnie fanfik jest bardzo wciągający, wielowątkowy, z mnogością dość dopracowanych w obu wszechświatach bohaterów, z wartką fabułą i dobrze napisanymi dialogami.

Minusy, za które niestety ląduje w czytadłach, to fakt, że trochę silnawy jest w nim duch Mary Sue. Mimo że autorka stara się nas przekonać, że Mary Sue to to nie jest, podkreślając co jakiś czas, że jest wiele rzeczy, na których Cierre, główna bohaterka, się nie zna i że jej znaczenie jest przeceniane, to nie ma co się oszukiwać – Cierre jest wyjątkowo utalentowana w zbyt wielu aspektach – walczy lepiej niż Aragorn, i to zarówno mieczem, toporem, jak i zwykłym kijem od miotły (który magicznie nie łamie się nawet, gdy pokonuje nim rozwścieczony tłum), strzela równie dobrze jak Legolas, potrafi opracowywać strategie na polu bitwy, które ratują tyłek doświadczonym dowódcom, a przedmioty przyniesione ze swojego wszechświata wzbudzają podziw Gandalfa i rozwiązują problematyczne sytuacje. Tak że widzicie sami. Niemniej na szczęście duch Mary Sue nie jest aż tak silny, by nie chciało się tego czytać; fanfik w dalszym ciągu jest dobrze napisany, a Cierre zdarzają się sytuacje, gdy ktoś jej ratuje skórę (choć niestety im dalej tym rzadziej).

Poza tym minusem jest to, że im dalej w las, tym mniej realistycznie (oczywiście w ramach konwencji) – przykładowo, na początku, gdy Cierre walczy sama z kilkoma orkami (a może to byli Uruk-hai? Nie pamiętam już :( ), to omal nie ginie, bo jednak jest to spora przewaga przeciwników. Pod koniec potrafi pokonać rozwścieczony tłum mieszczan kijem od miotły, który nigdy nie pęka…

Niektóre wątki są trochę po macoszemu potraktowane. O ile przygody Cierre śledzimy dość szczegółowo i nie jest to głupie, bo nie brakuje tu ciekawych intryg i wątków, o tyle już historia Elladana w Faerun jest napisana dość mocno po łebkach i na szybko, a szkoda, bo po tej stronie multiświata też dzieją się ciekawe rzeczy i widać, że autorka ma fajne pomysły na wątki tamże, ale nie za bardzo chce jej się poświęcać im za dużo czasu i miejsca w opowiadaniu.

Dodatkowo widziałam w komentarzach, że pojawiały się też zarzuty dotyczące drobnych niezgodności z oboma światami – np. że Cierre w D&D była Złą postacią, podczas gdy tu jest ewidentnie Neutralną albo że nie ma szans, żeby zabić Nazgula paroma strzałami z zaawansowanego czaru ognia z D&D. Ale ja akurat aż tak się na tym nie znam, więc się nie wypowiem.

Generalnie polecam, jeśli macie ochotę na trochę rozrywki z D&D.

https://www.fanfiction.net/s/7366778/1/The-Dark-Companion

A, i oczywiście czytadełko nieskończone, tradycja to już, ech.

Shipmates, Star Trek 2009

Zgodnie z obietnicą dziś recenzja z tzw. prawdziwego zdarzenia fanfika z uniwersum Star Treka. Analizowane w tym wpisie opowiadanie dotyczy wydarzeń z alternatywnej rzeczywistości przedstawionej w najnowszych filmach i koncentruje się na odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tego, że Spock uczył w Akademii. Autorka słusznie zastanawia się nad tym, czemu tak młody i zdolny oficer miałby zajmować się uczeniem młodych kadetów zamiast latać na misje i tworzy bardzo ciekawą historię ten fakt wyjaśniającą.

Jak można się zatem domyślić całe opowiadanie koncentruje się na Spocku i obejmuje krótki okres na parę lat przed wydarzeniami z pierwszego filmu, w którym to okresie pół-Wolkanin podejmuje ostateczną decyzję o odsunięciu się od czynnej służby w kosmosie. Z reminiscencji dowiadujemy się o jego wcześniejszej, niebezpiecznej misji w pobliżu terytorium Romulan, jej niezbyt udanym zakończeniu, bolesnej decyzji, jaką musiał podjąć i traumie, jaką w nim zostawiła rzutując na aktualne postanowienia życiowe.

Nie należy się jednak obawiać, że to typowo introspektywna historia, gdzie czytamy tylko i wyłącznie o emocjach i wspomnieniach jednej postaci; wręcz przeciwnie fanfik jest wielowątkowy. Poza tym, co przechodzi Spock w związku z odbytą misją obserwujemy też jego aktualne zadania, a są to wątki bardzo ciekawe – rozwiązanie zagadki katastrofy statku, na którym wcześniej służył oraz pomoc w postępowaniu przeciwko kadetom, którzy oferowali usługi o jednoznacznym charakterze w zamian za poprawę stopni w systemie. To drugie z rutynowego dochodzenia przekształca się w polityczne bagienko, kiedy okazuje się, że sprawa zaczyna dotykać osób na wysokich stanowiskach, tajnego projektu dotyczącego sztucznej inteligencji i poddaje w wątpliwość bezpieczeństwo całej Federacji, a także naszego, właśnie budowanego, w przyszłości sławnego prototypu Enterprise.

Poza Spockiem jest też cała masa innych postaci; jest nieustraszona w kontaktach ze zwierzchnikami Uhura, jest seksowna i inteligentna Gaila, jest często pijany McCoy, przemyka gdzieś Kirk, jest budząca respekt wszystkich matka Spocka, jest oczywiście już żałujący niektórych swoich decyzji Pike, jest też mnóstwo postaci własnych autorki, które napisane są bardzo dobrze, przekonująco i tak świetnie pasując do wszystkiego, że łapałam się na sprawdzaniu, które z tych postaci są oryginalne, a które rzeczywiście istniały w uniwersum Star Treka.

Opowiadanie jest ciekawe, bez dłużyzn, akcja goni akcję, a nowy wątek kolejny wątek, choć wszystko z sensem splecione; postaci oddane wiernie; humor jest naprawdę doskonały; różne drobne scenki są świetnie przemyślane, naprawdę warto poczytać.

Żeby nie było tak słodko, to oczywiście są i pewne wady. Jeden z głównych wątków ma koszmarnie schematyczne rozwiązanie. Cały poprowadzony jest bardzo ciekawie, ale sam finał żywcem wyjęty z najbardziej wyświechtanych historii. Troszeczkę razi, ale da się przeżyć. Poza tym kilka rozdziałów pod koniec było ewidentnie pisanych w pośpiechu, bo czuć, że nie zostało to porządnie zbetowane, a i styl pisania w nich jest trochę gorszy niż w poprzednich (ale opowiadanie było pisane na przestrzeni kilku lat, więc znam ten ból, gdy nie można siąść parę miesięcy na tyłku i napisać jednym ciągiem wszystkiego – później właśnie takie są efekty, że człowiek traci klimat i styl danej historii). Ogólnie też momentami pojawiają się drobne babole autokorekty. Można na upartego przyczepić się do zmiennego punktu widzenia, co ja zawsze traktuję jako wadę, jeśli nie jest to ładnie konstrukcyjnie kontrolowane, ale trzeba przyznać, że tu nie rzuca się to w oczy znów tak mocno. Choć momentami narrator stosuje spockowy sposób określania przedmiotów nawet gdy to nie Spock jest narratorem ;). No i oczywiście jest nieskończone, typowy problem wielu dobrych opowiadań, ech. Niemniej ma 25 rozdziałów i wiele wątków zostaje w nim rozwiązanych, więc nie zostajemy z milionem pytań i silnym niedosytem.

Co do samego autora bądź autorki – nic o niej nie wiadomo niestety. Poza Star Trekiem ma tylko dwa inne opowiadania, a szkoda że tak mało, bo pisze dobrze.

Tak więc polecam

https://www.fanfiction.net/s/5300836/1/Shipmates

Czytadła z Dragon Age Origins #03

Dziś znowu Dragon Age Origins. Tym razem mamy parę czytadełek koncentrujących się na Alistairze. Tym razem są zdecydowanie mniej przygnębiające (i bardziej realistyczne) niż w poprzednim odcinku.

W pierwszym Alistair, zgodnie z jedną z opcji dostępnych w DAO, zostaje królem u boku Anory. Opowiadanko przedstawia nam kilka dni z życia nowego króla Ferelden w stosunkowo nietypowej sytuacji, bo podczas oficjalnej wizyty na dworze w Orlais. Alistair bliżej poznaje tutejszą kulturę i obyczaje dworskie oraz bierze udział w co bardziej popularnych rozrywkach mając u boku wierną strażniczkę (nie Bohaterkę Ferelden), która pochodzi właśnie z tego kraju.

Opowiadanko króciutkie, raptem dwa rozdziały, ale czyta się bardzo przyjemnie, jest wprowadzonych kilka bardzo dobrych małych wąteczków, ogólnie polecam.

https://www.fanfiction.net/s/6171946/2/The-Rain-in-Val-Royeaux

W kolejnym opowiadanku, jeszcze krótszym, mamy kilka scenek z życia Alistaira i jego rozmyślań związanych z jego ojcem, Marikiem. W tej wersji zdarzeń Alistair zostaje królem samodzielnie i możemy zaobserwować jak zmieniało się jego podejście do Marika wraz z upływem czasu. Czytadełko dobrze napisane, wciągające, polecam.

https://www.fanfiction.net/s/5670455/1/King

Dodam, że już w następnym odcinku będzie recka z prawdziwego zdarzenia, ze Star Treka 2009 :)

Czytadła z Dragon Age Origins #02

W dzisiejszym odcinku mamy króciutkie i dobrze napisane czytadełka z Dragon Age Origins.

Pierwsze koncentruje się na Wynne i obejmuje parę dni z jej młodych lat w Wieży Magów. Wynne ma w nim pomóc w wypędzeniu demona z ciała jednego z członków nowicjatu templarskiego. Przy okazji mamy krótki wgląd w codzienne życie (w tym romanse) młodych magów mieszkających nad Jeziorem Calenhad. Niby nic wielkiego, ale przyjemnie się czytało. Gratka dla wszystkich fanów Wynne, ale też i w ogóle przyjemne czytanie dla każdego nieuprzedzonego do tej postaci fana Dragon Age.

https://www.fanfiction.net/s/6455435/1/The-Taste-of-Strawberries

Drugie jest dość ponure pod względem tematu – jest odpowiedzią na wyzwanie „opisz śmierć Alistaira”. Jest bardzo dobrze napisane, wciągające, z ciekawym wątkiem dodatkowym z Morrigan. Przyczepić można się tylko do tego, że nie do końca pewne zachowania i rozwiązania pasują mi do oryginału – po pierwsze opowiadanie to zakłada, że Strażniczka jest zakochana w Alistairze i absolutnie nie widzę tego, żeby w takiej sytuacji doszło do skazania Alistaira. Wygnanie owszem, jeszcze pasuje, ale nie ma fallusa w Lothering, żeby zakochana Strażniczka pozwoliła sobie na jego zabicie. Druga sprawa to zachowanie Morrigan. Nie powiem, bo ciekawy wątek, nietypowy pomysł, ale i tak jakoś nie do końca widzę, żeby ona tak się zachowała. Ale i tak czyta się dobrze, polecam.

https://www.fanfiction.net/s/6323693/1/This-is-Going-to-Hurt

Kolejne czytadełko to ledwie krótki wpis w kodeksie – list znaleziony przy ciele kobiety w Cumberland. Wpis ten z nietypowej perspektywy naświetla nam, jak mogłaby się potoczyć historia Ferelden, gdyby Strażnik przegrał z kretesem na sejmie szlacheckim. Ciekawy pomysł na fika, dobre wykonanie.

https://www.fanfiction.net/s/6285756/1/The-Last-Days-of-Ferelden

Podsumowanie noworoczne 2020

Jak co roku początkiem stycznia ląduje na moim blogu offtopowe podsumowanie kulturalne ubiegłego mojego roku. Jak co roku nie są to tytuły, które zostały wydane w tym roku, a po prostu te, z którymi ja się zapoznałam w tym okresie. To lecimy z tym ekogroszkiem (ba dum ts).

Książka roku – „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” Junot Diaz

Było w czym wybierać, niemniej bezapelacyjnie wygrywa Oscar Wao. To niezwykle napisany utwór o realiach życia Dominikańczyków w okresie dyktatury generała Trujillo (nie tak znów odległe czasy, bo świeży wciąż dwudziesty wiek). Fakty przedstawione w tej książce są niezwykle przygnębiające (jak to bywa z dyktaturami, choć ta wydaje się wyjątkowo upiorna), ale przekazane w zupełnie niespodziewanej narracji – pełnej humoru, ironii, szyderstwa, nawiązań do popkultury, mieszającej poważne problemy z błahymi; przy tym wszystkim niezmiernie wartkiej i wciągającej. Wystarczy, że powiem, że główny bohater historii to spasiony nerd, na dodatek prawiczek, idealista i niespełniony autor książek fantasy, a opisujący go narrator to uganiający się za kobietami student kompletnie nie rozumiejący fascynacji Tolkienem czy Doctorem Who. Książka jak dla mnie doskonała pod każdym względem. Polecam każdemu. Zresztą polecam każdemu całą serię „Proza” Znaku – wszystkie znane mi tytuły w tej serii to były perełki (choć fakt, że znam niewielką część z nich)

Komiks roku – „Miracleman. Złota era” Neil Gaiman, Mark Buckingham

Może nie jest to wybitne arcydzieło wszechczasów, ale spośród przeczytanych przeze mnie w tym roku (a trochę ich było) zdecydowanie tytuł najlepszy. I mówię to jako osoba, która nie jest zbytnią fanką Gaimana. Komiks ten to ciekawa wizja utopii; mamy typowy świat, w którym wszystkim żyje się dobrze, a gdy ktoś ma problemy może postarać się o pozwolenie na wspięcie na szczyt świątyni Miraclemana, by poprosić go o spełnienie swojego życzenia. Ale tradycyjnie szybko okazuje się, że piękny świat ma swoje rysy – w dalszym ciągu ludzie umierają, chorują, szukają sensu życia, miłości, czują się niespełnieni twórczo czy rodzinnie… co w tym takiego ciekawego i nowatorskiego? Ano sposób przedstawiania tej w sumie typowej fabuły – komiks jest naprawdę różnorodnie narysowany, każda z opowieści ma swój klimat i mimo typowych pytań i problemów pozostają one w pamięci. Może nie jest to coś przełomowego, ale zdecydowanie warto się zapoznać.

Film roku – „Capote”, Bennett Miller

Bardzo realistyczne przedstawienie pisarza Trumana Capote. Obraz niezmiernie wierny, w najmniejszym stopniu nieidealizujący, świetnie pokazujący, że bycie wybitnym artystą niekoniecznie idzie w parze z byciem wspaniałym człowiekiem (co niby jest truizmem, ale widzę, że wciąż zaskakuje ludzi). Nie żeby Capote był tu ukazany jako zły człowiek. Nie jest ani szczególnie dobry ani szczególnie zły. Dokładnie tak jak większość ludzi, jakich znamy. Fascynuje śledzenie jego (niekoniecznie szlachetnych) metod pozyskiwania materiału do książki, jego walka z nią, zaangażowanie emocjonalne, które zaczyna go wyczerpywać i którego zaczyna mieć dość. Świetny portret człowieka. Dla ludzi nie w temacie – Truman Capote napisał wiele świetnych tytułów, w tym doskonałe „Z zimną krwią” – historię „zwyczajnego morderstwa” opartą na faktach. Film opisuje pozyskiwanie materiałów do tej właśnie książki przez rozmowy z mordercami, policjantami, rodziną i znajomymi ofiar i proces tworzenia samego dzieła, a także wpływ tego wszystkiego na Trumana.

Serial roku – „Sześć stóp pod ziemią”, Alan Ball

Serial znany wielu – doskonała opowieść o tzw. zwykłych ludziach i ich zwykłych problemach. Co ją wyróżnia? Dotykanie wielu ignorowanych bądź źle przedstawianych w innych tytułach problemów, które jednak istnieją w życiu codziennym – od powszechności śmierci przez wszelkiej maści problemy (nie zawsze będące stricte problemami, choć nieraz tak postrzegane przez wielu) natury seksualnej po konflikty na linii kariera zawodowa/odpowiedzialność za rodzinę itp. Serial bezpruderyjny, realistycznie przedstawiający najróżniejsze charaktery i podejścia do życia, wciągający, momentami bardzo zabawny, momentami bardzo przygnębiający. Przede wszystkim nieosądzający! Chyba pierwszy raz widziałam gdziekolwiek tak doskonałe i wcale nie negatywne przedstawienie seksoholika i jego problemów życiowych! Nie mówiąc, że jest to w końcu jakiś obraz, gdzie nie tylko nie ma problemu, gdy całują się geje, ale są najzwyklejsze w świecie sceny seksu gejowskiego! Aż dziw że w Polsce nikt przeciw tym bezeceństwom nie protestował. Jedyne, do czego ja mogłabym się przyczepić, to fakt, że seks zajmuje bardzo wiele miejsca w życiu każdej jednej postaci i brakuje mi tu jakichkolwiek reprezentantów asów czy demi (no był jeden chyba as przez chwilę, ale był przedstawiony trochę jak dziwak). No i jedyna weganka jest tu przedstawiona trochę negatywnie, co mocno irytuje. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Gra roku – PySol (fanclub edition)

W tym mroku bardzo słabiutko było u mnie z grami, był to bardziej rok filmów i komiksów. Niemniej i tu jest jakaś perełka – tym razem wyjątkowo nie będzie to żadna gra z fabułą a logiczna. PySol jest najlepszym programem do pasjansów (a także paru innych gier), jaki znam. Co prawda można się przyczepić, że nie ma takich bajerów jak sortowanie pasjansów według poziomu trudności czy szans na wygraną, ale przebija wszystkie ilością dostępnych gier. Wszelkiej maści pasjansów jest tam nie przesadzając parę setek. Do tego dochodzą nietypowe pasjanse, grane innymi taliami niż powszechnie nam znana, a także dodatkowe gry typu mahjongg, shisen-sho, hex-a-deck itp. Głównie jest to jednak program do pasjansów i jest w tym świetny. Wersja niestety tylko angielska, ale program jest na tyle prosty w obsłudze, że metodą poklikania we wszystko szybko połapiemy się, o co chodzi. Dużym plusem jest to, że przy każdym można włączyć demonstrację gry, dzięki czemu możemy połapać się, o co chodzi w danym pasjansie (część pasjansów ma opisane zasady ich układania, ale jednak przy takiej ilości nie są przy każdym). Kolejny plus to możliwość oznaczenia ulubionych pasjansów, dzięki czemu nie trzeba ich wyszukiwać spośród tak wielu. Gorąco polecam każdemu, kto lubi gry logiczne. Nie każdy pasjans to tępe przekładanie kart! W części trzeba wykazać się strategicznym myśleniem na wiele ruchów do przodu, w innych wymagana jest silna koncentracja na wszystkich dostępnych kartach… A, właśnie, PySol jest darmowy! :)

Utwór roku – „Everything is Nothing” Sefiros (aranżacja „Compression of Time” Nobuo Uematsu)

Nie jest to co prawda utwór, który usłyszałam pierwszy raz w tym roku, ale w tym roku wyjątkowo za mną „chodził”. Wróciłam do niego po latach i w dalszym ciągu uważam, że to jedna z najwybitniejszych aranżacji muzyki z gier w ogóle. Bardzo polecam! Doskonale sprawdza się też jako podkład do epickich momentów w książce, komiksie czy rpgu.

Deviant roku – https://www.deviantart.com/cochalita

Przepiękne, liryczne, delikatne zdjęcia natury. Może nie tzw. fotografia ambitna, ale patrzenie na te zdjęcia to czysta przyjemność.

Restauracja roku – Baraboo (Katowice)

Pyszności, uwielbiam. Zresztą w ogóle Katowice są pyszne. Polecam.

Alkohol roku – Nalewka Babuni

Polecam, jeśli kochacie słodkości. I nie jest jakoś straszliwie mocna.

Życzenia

W związku z popularnymi w Polsce i na świecie świętami Bożego Narodzenia (w części kultur) oraz Nowego Roku (w innej części kultur) życzę Wam wszystkim trochę odpoczynku od codzienności, chwili na konstruktywną i pozytywną refleksję i miłych wspomnień z tego okresu. Tym, co niczego takiego jak święta jakiejkolwiek maści nie obchodzą życzę po prostu udanego wolnego czasu :) (który można poświęcić na przykład na czytanie fanfików ;) ). I wszystkim, niezależnie od przekonań, życzę lepszego kolejnego roku!

A żeby nie było, że w tym wpisie nie ma żadnych fanfikcji, to przypominam dotychczasowe okołoświąteczne opowiadania, jakie pojawiły się do tej pory na moim blogu:

Dla każdego gwiazda – Harry Potter (można też znaleźć na ao3, jeśli ktoś nie lubi ffnet)

Ad Astra Per Aspera – Star Trek TOS

Warm – tyż Star Trek TOS

A Shadowy Christmas – Superman

To tyle, pozdrawiam!

Uranus, Boku no Hero Academia

Wahałam się czy pacnąć tę historię do czytadeł czy jednak zaliczyć do porządnej Dobrej Fanfikcji, ale uczciwie na nią patrząc naprawdę ciężko się tu do czegoś przyczepić, więc ląduje na piedestale ;).

„Uranus” jest fikiem z popularnego aktualnie anime, Boku no Hero Academia i koncentruje się na rzadkiej parze (fachowo #rarepair ;) ) – All Might’cie i Sir Nighteye’u. W sumie nie jest to tak znowu bardzo zaskakujące połączenie, biorąc pod uwagę jak długo obaj panowie ze sobą współpracowali i że Sasaki był jedynym pomocnikiem, jakiego Yagi kiedykolwiek zaakceptował. Mimo wszystko fiki z nimi nie cieszą się aż taką popularnością jak nie mający zbyt dużego sensu erasermight.

„Uranus” nie jest typowym romansem – nie ma tu scen seksu; bliskości fizycznej są wszystkiego aż dwa pocałunki na całe opowiadanie. Przez 90% czasu panowie nawet nie są parą – najpierw długo mamy do czynienia z jednostronnym uczuciem nieodwzajemnianym przez Toshinoriego, a po krótkim okresie bardziej intymnej zażyłości Sir Nighteye, jak wiemy, opuszcza All Mighta. Ten ostatni nie zabiega o jego powrót i spotykają się dopiero, gdy Mirai umiera.

Opowiadanie jest dość krótkie – jeden długi rozdział – i opisywane z punktu widzenia Sasakiego. Bardzo dobre wrażenie robi styl autora/autorki – wiedzie nas on/a przez całe życie Nighteye’a – od wczesnego dzieciństwa, gdy świat wciąż jest nieustabilizowanym po pojawieniu się Darów i co za tym idzie niebezpiecznym i niesprawiedliwym miejscem przez pierwsze spotkanie z młodym jeszcze Yagim, postępującą fascynację zyskującym popularność All Mightem, współpracę z nim, aż po konflikt i śmierć Miraia. Wydawałoby się, że taka koncepcja skończy się czymś długim i nudnym, ale autor(ka) stawia na serię krótkich a bardzo trafnych i zostających w pamięci scenek z różnych momentów życia Nighteye’a. Dzięki temu unikamy jakichkolwiek dłużyzn, a całość składa się w ciekawą, choć niewesołą historię Sasakiego.

Niestety właśnie fik jest raczej przygnębiający. To nie miły, ciepły romans pokroju „Transformations” idealny na święta – ludzie tu giną, związki rozpadają, a człowiek pozostaje z przeświadczeniem, że ma się zbyt mało czasu i na dodatek często nie jest on wystarczająco dobrze wykorzystany. Ale cóż, tak właśnie jest w życiu. Warto „Uranus” przeczytać, jeśli lubi się Sir Nighteye’a albo w ogóle Boku no Hero Academia. To jeden z tych fików, które bardzo dobrze rozwijają ledwie zarysowane w oryginale wątki.

Na koniec tradycyjnie wspomniałabym o autorze/autorce, ale niestety nie za wiele o nim/niej wiadomo. Ma na koncie bardzo niewiele fików, głównie z BNHA. Szkoda. Tak czy siak polecam gorąco „Uranus”. Co charakterystyczne ma bardzo mało kudosów, co jak zwykle świadczy o tym, że dobre rzeczy nie zawsze są doceniane.

https://archiveofourown.org/works/22485103

PS: Jak już jesteśmy w klimatach Sir Nighteye’a to nigdy nie przestanę się śmiać z tagu „no beta we die like sir nighteye” XD.

Czytadło z Young Justice #01

Dziś mamy czytadełko z Young Justice czyli po polsku Ligi Młodych (jeśli wierzyć Wikipedii). Historyjka opiera się na założeniu, że Wally ginie w jednej z misji, by zostać odnalezionym żywym w jednym z laboratoriów Cadmus kilka lat później. Opowiadanie przedstawia powrót Wally’ego do świata żywych i na celu ma głównie humorystyczne i ciepłe opisanie relacji pomiędzy różnymi postaciami z szeroko pojętego kręgu Young Justice i ich rodzin oraz przyjaciół.

Czyta się miło, fabuła wciągająca, dialogi zabawne; jedyne, co dla mnie było stosunkowo trudne do przełknięcia to specyficzny styl – narracja jest notorycznie rozrywana wewnętrznymi uwagami bohaterów w sposób, który w moim opinii trochę psuje płynność opowieści i wymaga mocno skoncentrowanej uwagi. Albo może to tylko ja nie jestem przyzwyczajona do tego typu pisania. Tak czy siak polecam, jeśli lubicie Young Justice i ich przyjaciół.

https://www.fanfiction.net/s/8119798/1/We-Were-Once-Perfect

Post Navigation

Proza, Poezja, Grafika

Moje pasje artystyczne

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

niedowiary

Czyli co warto przeczytać

Kuchnia Breni

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Czasopismo Lege Artis

Prawie wszystko, co chcieliście wiedzieć o prawie -- i nie tylko

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać