Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Czytadło z Final Fantasy VII #01

Wrzucam znowu krótkiego czytadeła w te pustki na blogu moim, które mi poczynił internet tym brakiem dobrych fików swoim. Tym razem czytadeł jest ze starej gry Final Fantasy VII, która dla części (w tym mnie) była Pierwszym Kontaktem z Grą, Która Ma Rozbudowaną Fabułę, w związku z tym zajmuje poczesne miejsce w sercach wielu.

Czytadeł jak czytadeł, krótka scenka z Cloudem i Zackiem, a co jest bardzo ciekawe w nim (i dlatego tu ląduje), to fakt, że widzimy ją oczami najzwyklejszych żołnierzy ShinRa, tych, których całymi tabunami zabijamy w grze ;). Nic wybitnego, motyw w sumie niezbyt unikalny, ale wciąż bardzo dobry.

https://www.fanfiction.net/s/3830170/1/Bright-Eyed-Boys

Zbieżność tematyczna z faktem, że wszyscy teraz gadają o remake’u FFVII przypadkowa. A Wy czekacie na niego czy nie bardzo?

Reklamy

Czytadło ze Świata Dysku #01

Znów nic prawie nie mam, ale lepsze prawie niż nic. Dziś króciutkie, smutne czytadełko ze Świata Dysku (konkretnie cyklu o Strażnikach), które w sumie nic nie wnosi, ale ma w sobie coś.

https://www.fanfiction.net/s/4522030/1/He-Nearly-Went

To tyle.

Na pociechę dodam, że niedługo idę do nowej, lepiej płatnej pracy, więc może więcej czasu będę mogła poświęcać blogowi zamiast dorabiać na bokach :).

Czytadło z Death Note #01

Brakuje mi już synonimów na posuchę panującą tutaj. Cóż, ja z ręką na sercu zapewniam, że czytam jakies fiki codziennie, ale jest, jak jest. Tak czy siak mam z braku laku kolejne czytadełko – tym razem z uwielbianej słusznie mangi Death Note.

Czytadło dzieje się w alternatywnym uniwersum, w którym Rem nie zabija L, a ten ostatni odkrywa skrawek Notatnika w zegarku Lighta. W efekcie Light zostaje uwięziony przez L, nie zostaje jednak zabity ani oddany policji – Ryūzakiemu żal jest niszczyć tak wybitny umysł, który może być wykorzystany do walki z przestępczością, poza tym chce Lightowi coś udowodnić. Niestety, jest też ukryte dno – czyli niestety romansidło, ale na szczęście pojawia się ono bardzo późno i przez 95% czasu nie jest aż tak kluczowe, ważniejsze i ciekawsze są spory pomiędzy oboma geniuszami, pojawiają się też interesujące wątki poboczne.

Fik nie jest ukończony, ale to w sumie dobrze, bo niestety sukcesywnie, aczkolwiek powoli, jego jakość się obniża. Urywa się też w dość przyzwoitym momencie – moim zdaniem nie jest to zawieszenie fabuły, którego nie da się przeżyć. Mimo paru słabości (z rzadka niewielkie braki logiki, Light dość uporczywie się powtarzający w kłótniach z L, no i przede wszystkim ten nieszczęsny romans obu! /ale na szczęście jest go tyle, co kot napłakał/) bardzo przyjemnie się czyta, obie postaci są oddane bardzo dobrze, fabuła ciekawa. Nie jest to poziom wybitny, ale całkiem dobry jak na czytadełko na lato.

Linka: https://www.fanfiction.net/s/3634072/1/Between-the-Black-and-White

Czytadło z Dr. House’a

Znowu wstyd tu zaglądać, grubo ponad dwa miesiące bez żadnego wpisu… no nic, nie moja wina, że nie idzie nic dobrego znaleźć w netach ostatnimi czasy. Parę razy już miałam jakąś nadzieję – był pewien fik z Naruta, który był bardzo przyjemnym i wciągającym romansem, ale oczywiście po kilkunastu rozdziałach stoczył się w otchłań wyświechtanych rozwiązań fabularnych i zachowań ludzi niezbyt dorosłych i zbyt naiwnych… szkoda, szkoda, i potencjału i czasu mojego.

No nic, w ramach wypełniania pustek podrzucam dziś fika ze świata Doktora House’a, serialu, który bił niegdyś rekordy popularności dzięki ciekawym, poważnym pytaniom natury moralnej oraz ciętemu humorowi i sarkazmowi głównego bohatera.

Fik nie jest niczym wybitnym, ot, taki przeciętny odcinek House’a – czyli zagadka natury medycznej, House’owe wredności, złośliwe dowcipy i irytujące zachowania, dla odrobiny angstu brak Vicodinu i towarzyszący ból oraz (oczywiście) problem uzależnienia, stereotypowe zachowania Cameron i Cuddy… brak tylko jakiegoś ciekawszego wątku etycznego. Generalnie nic, co absolutnie trzeba przeczytać, nic wyjątkowego i na bardzo wysokim poziomie, ale w sumie czyta się dobrze, wciąga do końca, no i odrobinkę sentymentalnie się robi, kiedy się myśli, kiedy to się tego House’a oglądało z zapałem? Tak dawno…

Link proszę bardzo: https://www.fanfiction.net/s/2552879/1/Victims-of-Circumstance

Walentynkowe czytadła z Deus Ex HR

Jako że staram się ożywiać bloga (i mobilizować siebie) wpisami okolicznościowymi, to wpadną nam dziś trzy czytadełka z okazji jakże ochoczo ignorowanej przez wielu, czyli w najbardziej popularne w roku imieniny Walentego. Oczywiście zatem pasuje, żeby było tematycznie, prawda (czyt. romanse bedo)? Miło byłoby, gdyby były to romanse wybitne, dojrzałe, niepowszednie, ujmujące inteligencją bohaterów, umiejętnościami autora, więc ogólnie zasługujące na wznoszenie na piedestał fików wielce wartościowych, ale życie jak zwykle dostarczyło nam coś troszkę pośledniejszego, ale i tak przyjemnego.

Jeśli nie macie nic przeciwko romansom panów z panami, znaczy się ;).

Tak więc na Walentynki podrzucam Wam trzy fiki z gatunku jensardów, czyli utworków łączących w uroczą parę niejakiego Adama Jensena i Francisa Pritcharda z uniwersum Deus Ex. Każdy z nich różni się zdecydowanie atmosferą, więc każdy może wybrać coś dla siebie w ten wieczór – mam tu i coś słodkiego i coś angstowego i coś zadziornego.

Fik Before The Dawn jest przeznaczony dla tych, którzy chcieliby na Walentynki poczytać coś bardziej łagodnego, z pozytywnym wydźwiękiem sugerującym tzw. happy end dla naszego cokolwiek zmęczonego światem cyborga i zakochanego w nim sarkastycznego komputerowego geniusza. Adam wraca w nim zmęczony wydarzeniami w Human Revolution do swojego Detroit, a Pritchard usilnie próbuje nie wywiązać się ze złożonej samemu sobie obietnicy, że jeśli Adam przeżyje, to w końcu się ogarnie (Pritchard, nie Adam) i mu powie, co do niego czuje. Fik nie jest aż tak przesłodzony i naiwny, jakby fabuła mogła sugerować, Frank też w dalszym ciągu mimo wszystko pozostaje Frankiem ze swoim z lekka wrednym językiem, niemniej jest to typowa historia kojąca serducho.
Fik Late Night Hunting jest już zdecydowanie bardziej zadziorny i zbliżony do relacji, jaką mają bohaterowie na początku gry – zwłaszcza ze strony Franka widzimy bardziej niż wyraźnie znaną nam złośliwość i niechęć względem naszego nowego szefa ochrony i ich dyskusja na temat tego, że Adamowi tak umiarkowanie podoba się Frankowe grzebanie w jego osobistym komputerze, jest w tym fiku nawet lepsza od samego króciutkiego wątku romansowego. Niemniej kończy się tym, czym powinno w walentynkowym fiku, czyli rozładowującym napięcie (seksualne ;) ) pocałunkiem. Panowie nie tracą jednak nic ze swoich charakterków samcówchybaalfa i nawet po pocałunku widać, że obaj myślą, jak tu pokazać drugiemu, kto tu rządzi ;).

A jeśli ktoś uzna, że Walentynki to raczej okazja na jakąś bardziej przygnębiającą i pesymistyczną w wydźwięku historię o tym, że miłość miłością, ale nad wszystkimi wisi nieuchronny koniec ;), to dobrze nakreśla ów fakt dla tej pary fik Tar Pit, w którym autorka nie daje nam i biednemu Adamowi zapomnieć, że żyje bardzo niebezpiecznym życiem i że romanse raczej mogą zakończyć się u niego tragicznie. Mimo jednego słabszego momentu, który jest zdecydowanie przedramatyzowany i zbyt rozemocjonowany, jak na całość, fik jest na bardzo dobrym poziomie w swoim romansowym gatunku :).

Utwory zdecydowanie nie są wybitne, są jednak bardzo przyjemne w odbiorze i jeśli ktoś lubi tę konkretną parę lub gejowskie romanse i Deus Exa, to można zajrzeć.

PS. A jeśli ktoś bardzo chce czegoś zdecydowanie pieprznego z tych samych rejonów na Walentynki, to polecam również Breathing Space i How Not To Talk About It ;) – świetnie napisane (oczywiście w swoim gatunku ;) )

A Pirate’s Life, Piraci z Karaibów

Szaleństwo, proszę Państwa, trybuny szaleją! W końcu jakaś normalna recenzja czegoś naprawdę dobrego! No, dobrze, uczciwie rzecz przedstawiając dzisiejszy fanfik jest romansem przygodowym, więc nie każdy zaliczy ten gatunek do „czegoś naprawdę dobrego” i sama przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad wrzuceniem tego jednak do czytadeł, ale nie miałam serca. Opowieść jest napisana tak dobrze pod każdym względem (w ramach swojego gatunku), że nic tylko życzyć wszystkim autorom, nie tylko fanfikowym, ale i książkowym, żeby tak umiejętnie prowadzili narracje w ramach wybranych przez siebie gatunków, bo, jak każdy wie, nawet i w literaturze B są perły i g… ekhm, antyperły ;).

Dziś zatem mamy romans przygodowy (z naciskiem na przygodę bardziej niż romans) napisany w świecie Piratów z Karaibów. Tytuł to „A Pirate’s Life”, napisany przez Amerykankę o pseudonimie Elspeth1 i jak już można się po tytule domyślić niestety to kolejny fik w języku angielskim. Poza Piratami pisze ona również fiki z Harry’ego Pottera i marvelowskie.

Tyle notki oautorskiej. Co do samego opowiadanka – zarys fabuły jest następujący: Bogu ducha winny stateczek płynie sobie spokojnie do swego celu, jakim jest Port Royal. Niestety, jak to zwykle zdarza się Bogu ducha winnym stateczkom w opowieściach o piratach, zostaje on zaatakowany przez nikogo innego jak właśnie piratów. Nie obywa się bez śmiertelnego w skutkach rozlewu krwi, w efekcie czego kuzynka znanej nam Elizabeth Swann (teraz Turner) do Port Royal przybywa już bez biżuterii i żywego męża. Cierpienia jej nie łagodzi fakt, że jej kuzynka, u której się schroniła, ma w uszach jej własną, dopiero co ukradzioną przez piratów biżuterię… Jak to mawiają Anglicy czy inni Amerykanie „fabuła się zagęszcza” z udziałem wszystkich co ciekawszych bohaterów Piratów z Karaibów, czyli samej Elizabeth, Williama, Norringtona i oczywiście Jacka wraz z jego wierną drużyną korsarzy. Więcej nie zdradzę, choć szczerze powiedziawszy, nie ma w fabule nic wielce zaskakującego. Mimo wszystko jest to przygodowy romans w świecie Piratów z Karaibów, więc nie należy spodziewać się żadnych sad endów czy śmierci kluczowych bohaterów – wszystko idzie w zgodzie ze znanym nam z tego typu opowieści kluczem – intrygi, zasadzki, potyczki, wyciąganie z więzienia z udziałem unieprzytomnionych strażników, w końcu sugestia, że wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Mimo tego opowiastkę czyta się bardzo przyjemnie. Przede wszystkim wpływa na to bardzo umiejętne korzystanie ze zmiennego punktu widzenia – nie jest to typowa historia o piratach, którzy zawsze są tymi dobrymi, a nawet jeśli nie, to i tak bywa to przedstawione, by przymykało się oczy na różne rzeczy, bo to korsarze są Bohaterami Tej Historii. Nie, tutaj mamy nie tylko fragmenty ukazujące nam rzeczywistość z perspektywy Jacka, Annamarii czy Elizabeth, ale i z punktu widzenia Norringtona, dla którego to piraci są tymi złymi, a on tylko chroni zwykłych ludzi przed nimi czy z punktu widzenia kuzynki Elizabeth, której mąż został zabity przez Jacka i która ma święte prawo postrzegać go jako zabójcę i złodzieja. To mocno urozmaica historię i sprawia, że nie mamy wrażenia wielkiej wtórności.

Poza tym Elspeth pisze bardzo sprawnie, nie ma dłużyzn, zbyt kwiecistych fragmentów, nie ma naiwności (no poza jedną sceną z ratowaniem z więzienia, w której wszystko zdecydowanie było zbyt na rękę bohaterom ;) ), dialogi nie są sztywne ani sztuczne. Język jest przyjemny, bez błędów czy zbytniej prostoty.

Gigantyczną zaletą opowieści jest też fakt, że autorka ma bardzo dużą wiedzę na temat tego okresu historycznego, świetnie orientuje się w szczegółach takich jak technikalia dotyczące stosowanej wówczas broni czy nawet rodzaje ubieranych wówczas stroi. Nie są to tylko nic nie znaczące szczegóły – często mają dużą wagę np. przy walkach na morzu, podczas których nie ma mowy, żeby okręt taki jak Czarna Perła miał jakiekolwiek realne szanse zwycięstwa z dobrym okrętem brytyjskiej marynarki wojennej. Dzięki temu wiele fragmentów jest tak realistycznych, jak to tylko możliwe w ramach tego gatunku. Poza jedną nadmienioną już sceną nie ma sytuacji, w których kogoś ratuje się na zasadzie deus ex machina czy sznurka, zapałki i scyzoryka w połączeniu z cudownym pomysłem i nadludzkimi zdolnościami. Sensowny poziom realizmu widać nie tylko w opisie wydarzeń i możliwości, ale i w opisach postaci, gdzie każdy jest „bohaterem ze swojej perspektywy” i każdy zachowuje się naturalnie i zgodnie ze swoim światopoglądem, charakterem i tendencjami.

Humor też jest niezły – może nie prześmiejemy się przez całą historię, ale na pewno co jakiś czas uśmiechniemy się pod nosem.

Romansu sensu stricte za wiele nie ma, więc tu nie ma co się nastawiać. Jak najbardziej jest mnóstwo osób w sobie zakochanych, z wzajemnością lub bez; emocje owe też są głównym czynnikiem napędzającym wiele zachowań i prowadzącym do określonego zakończenia, niemniej scen seksu tu nie uwidzimy, aczkolwiek jest parę sugestii i trochę pocałunków.

I to chyba tyle. Z pewnością jest to literatura klasy B, ale ja, w świecie różnych tam „Zmierzchów” i innych Grayów, mogę tylko życzyć każdemu takiej literatury klasy B :).

Linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/1476156/1/A-Pirate-s-Life

A ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że opowiadanko ma tylko kilkadziesiąt favów, co w zestawieniu z faktem, że mnóstwo niesamowitego chłamu miewa po kilkaset napełnia pewnym smuteczkiem :(.

Czytadło Star Trek TOS #01

Znowu dziś czytadłowa zapchajdziura i to wybitnie zapchajdziurowa, bo skierowana do bardzo wąskiego grona odbiorców (co na szczęście nie znaczy, że nielicznego ;) ) – czyli do fanów matki wszystkich shipów zwanej również spirkiem (w przekładzie na normalny – dla zwolenników teorii, że Kirk i Spock się ku sobie mieli/mają). Tak więc sympatycy tego jakże miłego związku mają dziś ode mnie prezencik w postaci bardzo krótkiej i bardzo ciepłej, domowej scenki pomiędzy Spockiem a Kirkiem, w której w zasadzie niewiele się dzieje, ale która humor fanom wiadomych postaci i ich romantycznych interakcji powinna poprawić:

https://archiveofourown.org/works/5991589

Mam nadzieję, że w końcu kiedyś mi się uda coś znaleźć nie będącego czytadłem (westchnienie)…

Podsumowanie 2018

Hejho, ludki kochane. Kolejny rok minął, nowy się zaczął, więc czas na tradycyjne podsumowanie zeszłego roku od strony kulturowej opracowane. Czyli co mi się najbardziej podobało z tego, co mi pod oczka przywiało z poszczególnych dziedzin twórczości ludzkiej. Przypominam, że nie jest to żadne zebranie najlepszych utworów, które pojawiły się w tym roku, lecz takich, z którymi ja zapoznałam się w tym okresie, więc znając życie będą to starocie sprzed 10 czy 20 lat, które wszyscy znają :). Tak więc polecam poniższe świetności:

Książka roku – „Morderstwo pod cenzurą”, Marcin Wroński

Co jest w sumie dość rzadkie w moich podsumowaniach zaczniemy od czegoś lekkiego, tj. od świetnie napisanego kryminału. Co prawda można się przyczepić, że wprawne w sztuce pisarskiej oko od razu wychwyci „kto zabił”, ale nie zmienia to faktu, że książka warta pochłonięcia dzięki swej wartkiej akcji, świetnemu poczuciu humoru, realistycznemu rysowi postaci i pracy przedpisarskiej autora – nie ma tu pisania z palca, wszystko jest podparte rzetelną wiedzą na temat międzywojnia w Lublinie czy Lublina w międzywojniu, bo tam dzieje się akcja. Polecam gorąco! (za to już niekoniecznie polecam dalsze części serii o Maciejewskim. Ale tę jedną warto!)

Komiks roku – „Maus”, Art Spiegelman

No i tyle było lekkiego. „Maus” to klasyka klasyków i myślę, że wszyscy „siedzący” w komiksie przeczytali, a pozostali, a przynajmniej ci, którzy choć trochę interesują się kulturą, na pewno słyszeli. Zwłaszcza w Polsce, gdzie na utwór ten poleciało gromów od (nomen omen) groma, bo POLACY ZOSTALI PRZEDSTAWIENI W TYM KOMIKSIE JAKO ŚWINIE. I niestety dla wielu na tym znajomość tego komiksu się skończyła, czego efektem były krytyczne recenzje ludzi, którzy mieli jego tak doskonałą znajomość, że aż „zapomnieli”, jakiej płci był główny bohater. Tak czy siak, nietypowy ten – bo przedstawiający Holokaust (i nie tylko) za pomocą antropomorfizowanych zwierząt – komiks to zapis rozmów autora z własnym ojcem, który Shoah przeżył. Nie jest to „tylko” odmalowanie zagłady, ale przede wszystkim szczery opis ludzi, w czasie wojny, ale też przed i po niej – Żydów, Polaków, Niemców. Wbrew opiniom nic tu nie jest zafałszowane – ani Żydzi nie są wybieleni ani Polacy pogrążeni, nawet ojciec autora jest nakreślony prawdziwie i raczej niekoniecznie pozytywnie. Ot po prostu prawdziwi ludzie, dobrzy, byle jacy, źli, niejednoznaczni. Mimo że pewnie każdy już swoją dawkę o Holokauście przeczytał, to warto do tego komiksu zajrzeć, gdyż bardziej niż o samej Zagładzie jest to opowieść właśnie o człowieku.

Film roku – „Scena zbrodni”, Joshua Oppenheimer

Skoro już jesteśmy przy masowych mordach…. chociaż zwykle nie używam stwierdzeń typu „musicie”, „każdy powinien”, „koniecznie trzeba”, to tu wyjątkowo stwierdzam, że każdy powinien „Scenę zbrodni” obejrzeć i kropka. Nieważne, czy lubicie poważną tematykę czy nie, czy lubicie dokumenty czy nie, czy w ogóle oglądacie filmy czy nie. Po prostu każdy człowiek powinien ten film zobaczyć (nawet jeśli nic z niego nie wyniesie, bo nie wątpię, że i takich osób nie brakuje, choć mam nadzieję, że nie wśród Czytelników tego bloga). „Scena zbrodni” to swoisty reportaż z rozmów z uczestnikami zagłady (ponad pół miliona żyć) komunistów w Indonezji (głównie tymi mającymi wówczas wpływy i wydającymi rozkazy). Dokument ten jednak wyreżyserowany w sposób zupełnie inny niż można by się spodziewać, co nie umniejsza wstrząsu i niedowierzania. Utwór wybitny.

Serial roku – „Jigoku Shōjo” (ang. „Hell Girl”), Takahiro Omori

Uczciwie przyznam, że seriali praktycznie nie oglądałam w tym roku i Jigoku ląduje tu trochę na zasadzie najlepszego spośród praktycznie niczego ;), co wielkim osiągnięciem niestety nie jest, niemniej to świetny serial animowany dla młodszej młodzieży (w tzw. wieku gimnazjalnym); dla dorosłych już może mniej świetny, bo jednak uderza w oczy powtarzalność odcinków i – z dorosłego punktu widzenia – stęchlizną zalatują różne problemy w nim przedstawiane, a także cały pomysł, na którym bazuje fabuła. Z punktu widzenia gimbusików natomiast serial w niezwykle lubianej w tym wieku mrocznej otoczce porusza różne ważkie kwestie, z którymi życie ich zetknie i powinien dać im trochę do myślenia. A o czym jest? Otóż ludzie, którzy pragną na kimś zemsty o północy mogą wysłać „Piekielnego Maila”, a wówczas Ktoś Z Zaświatów zemsty owej dokona. Oczywiście za drobną opłatą w postaci obu dusz (mszczącego się i jego oprawcy/ofiary). Tak więc nie powiem, że bardzo gorąco polecam, ale jeśli nie macie czego polecić swoim dzieciom/kuzynom/młodszemu rodzeństwu, to Hell Girl powinno być naprawdę dobrym wyborem.

Gra roku – Mass Effect (trylogia), BioWare

Dla odmiany w grach było sporo ciekawych tytułów do wyboru (skąd ja miałam czas w nie grać? A, no tak, grało się zamiast szukać fików na bloga), zwyciężyć jednak musiał klasyk klasyków, trylogia Mass Effect, która znana jest nie tylko graczom i popularna nie bez sensownych powodów. Grającym w gry przedstawiać nie muszę, nie grającym natomiast powiem tyle, że jest to shooter (znaczy się strzelasz) RPG (znaczy się fabuła jest ważna, rozwój postaci jest ważny) w klimatach podróży międzygwiezdnych. Polecam owe gry właśnie z uwagi na fabułę, a konkretnie wiele trudnych, zdecydowanie niebiało-czarnych decyzji, jakie trzeba w nich podejmować, a także interakcje z innymi postaciami (czyt. romanse ;) ) a także miejscami dość posępny realizm (zwłaszcza w niesłusznie krytykowanym zakończeniu). Muszę ostrzec uczciwie, że pierwsza gra dopiero nabiera rozpędu pod tym względem – większość decyzji tak naprawdę nie jest żadnymi decyzjami, tylko kwestią, czy będziemy mili czy chamscy ;), niemniej jest parę jaskółek zwiastujących to, co będzie się działo w kolejnych częściach. Polecam nie przeskakiwać jej jednak, albowiem wszystkie trzy gry stanowią dość zwartą całość, nawet jeśli odrobinkę nierówną. A o czym jest? Ano zostajemy dowódcą statku kosmicznego, dowiadujemy się o Niecnych Planach Pewnego Złoczyńcy, Ale Nikt Nam Nie Wierzy. Tak więc ogólna fabuła nie powala na kolana, ale renegat tkwi w szczegółach ;). A, i jak ktoś jest tak upośledzony, jak ja, to przed zagraniem niech obejrzy trochę jakiegoś let’s playa na Youtubie, bo tutorial nawet na poziomie easy może zdenerwować.

Utwór roku – „Jingle Bells Sad Christmas”, Toms Mucenieks

Pamiętajmy, że tradycyjnie świąteczne piosenki w naszym kraju powinno się śpiewać po, a nie przed świętami ;). Dlatego polecam tę przepiękną i jakże pozytywną aranżację, którą można znaleźć na Youtubie :).

Wystawa roku – Centrum Nauki Kopernik w Warszawie

W tym roku byłam na tylu świetnych wystawach, że naprawdę bardzo ciężko było wybrać jedną. Mimo wszystko obiektywnie wygrywa jednak Centrum Kopernik, ze względu na niezmierne rozmiary, różnorodność, interaktywność i atrakcyjność zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Jeśli chcecie spędzić cały dzień na różnych przyjemnych eksperymentach, to gorąco polecam. (tu pozdrowienia i kryptoreklama dla Gosi, z którą tam byłam, autorki bloga Przez Okulary (https://pearlsvision.blogspot.com/)

Deviant roku – Oer-Wout

Przyroda u Oer-Wout jest po prostu piękna. Nie wątpię, że w zdjęciach tego artysty (artystki?) jest sporo obróbki i być może są to bardziej grafiki niż fotografie, ale są niesamowicie przyjemne dla oka i zwracające uwagę spośród wielu, jakie są na internetach. Pewnie Prawdziwi Artyści będą się denerwować, że to nie jest Prawdziwa Sztuka, ale i tak polecam rzucić okiem :).

Restauracja roku – Sztolnia, Katowice

Smakoszem nie jestem, wiem tylko, czy mi coś bardzo smakuje. I w Sztolni smakowało mi niezmiernie i do tego wszystko, co wzięłam. Co prawda byłam tylko raz, ale jeśli się nadarzy jeszcze okazja nawiedzić stolicę Górnego Śląska, to bez wahania znów tam pójdę :).

To by było na tyle. Wybaczcie, że miejscami się rozpisałam, ale niestety uważam, że lepiej napisać więcej niż mniej, choć być może nie zawsze jest to słuszne ;). Życzę tradycyjnie szczęśliwego kolejnego roku!

PS żarciowy: alkohole z Lidla polecam w ogólności z tegorocznych żarciów i kremy czekoladowe wegańskie, które można odkopać jak się dobrze poszuka w tym samym Lidlu (nie, niestety Lidl mi nie płaci za reklamę :( )

Życzenia i czytadło ze Star Trek TOS #02

Tak, wiem, że nie wszyscy święta obchodzą, niemniej jednak sądzę, że wciąż jest to tak silna w naszym społeczeństwie tradycja, dla większości już świecka, dla części religijna, że obstawiam, iż dla wielu Czytelników tego bloga jest to ważny moment. Wszystkim Wam zatem, zarówno tym, którzy pójdą na pasterkę, jak i tym, którzy po prostu spędzą czas na jedzeniu i prezentowaniu; tym, którzy spędzą czas z rodziną, jak i tym, którzy spędzają ten czas w swoim własnym, doborowym towarzystwie (a także tym, którzy teraz świąt nie obchodzą, ale będą niedługo obchodzić jakieś ważne w swoich religiach i kultach uroczystości :) ) życzę bez zbędnego wymyślania i silenia się na oryginalność tego, co w życiu najważniejsze – czyli pieniędzy i zdrowia :). A poza tym również trafiania na dobre rzeczy w kolejnym roku – dobrych ludzi, dobre żarło, dobre książki, gry, komiksy, seriale, muzykę, wystawy, filmy… no i dobrych fików na moim blogu życzę :).

Szczególne życzenia dla Pani Histerycznej z bloga Artysta nie posiada ciała, coby nie brała ze mnie przykładu i częściej wrzucała wpisy, zwłaszcza te z poradami codziennymi, albowiem te wybitnymi są :D.

A wyjątkowo udało mi się w tym roku znaleźć jakieś nowe czytadło w tematyce praktycznie świątecznej. W zeszłym roku, mimo starań, nic z tego nie wyszło, w tym roku niestety porządnego fika też nie ma, ale cieplutkie, zimowe (to nie oksymoron :) ) czytadełko wpadło:

https://archiveofourown.org/works/2787737

Czytadełko niestety tylko dla ludziów, którzy nie mają nic przeciwko homoseksualnym romansom panów (i to jeszcze na dodatek różnych gatunków :)), ale nic się tam strasznego nie dzieje, poza wspólną kąpielą Kirka i Spocka, jest dużo śniegu, ciepła kominka, gorącej wody i miłości ;). Przyjemna, rozgrzewająca, pozytywna scenka romansowa w sam raz na wieczór bożonarodzeniowy. Jako takich świąt tam nie ma, ale jest zima i jest wolne, więc też ujdzie jako tematyczne :), a niektórzy, co świąt nie lubią, pewnie nawet będą bardziej zadowoleni, że nie ma żadnych choinek ;)

Tak więc, wszystkiego dobrego, moi mili :)

Rocznicowy wpis

Zainspirowana wpisami urodzinowymi na innych blogach i pragnąca coś wrzucić, coby się działo coś stwierdziłam, że też notkę skrobnę na podsumowanie kolejnego roku wpisów na tym jakże zacnym i pustawym skrawku internetów, który zajmuję.

Mija dziś trzeci rok od pierwszego wpisu. Bardziej niestety jest to przyczynek do mobilizacji (mojej) niż chwalenia się, jako że wpisów, jak widać, mniej niż bym chciała, a wpisów wypełnionych Naprawdę Dobrą Fanfikcją czyli meritum tego bloga jeszcze mniej. Niemniej. Coś tam podsumujemy i w przyszłym roku zobaczymy, czy poszło coś do przodu.

Tak więc w roku tym trzecim od narodzenia tego bloga wpisów w sumie było 9, czyli może nie jakaś kompletna katastrofa (jak w pierwszym roku ;)), ale i tak smętnie, bo choć jeden mógł by był się pojawić na miesiąc. Wniosek jedyny z tego i twardy, że trzeba więcej siedzieć w netach, a mniej na fejsie i pintereście w książkach, filmach i grach.

W tymże roku nadmienionym nie pojawił się niestety ani jeden wpis przybliżający coś wybitnego w fanfikcjosferze. Tak więc tragedia w kropki i porażka w kreski. To wszystko wina internetów, tam jest za mało dobrego. I może i jakaś mała sugestia dla mnie, że trzeba może jakąś nową metodę poszukiwań obrać.

Wpisów czytadłowych było 7, z czego aż 4 ze Star Treka 2009, co zamierzonym nie było, ale świadczy o aktywności tegoż fandomu przy jego przyzwoitym poziomie umysłowym ;) (skoro aż tyle rzeczy czytalnych się znalazło). Poza tym jedna sztuka ze starego serialu Herkules, jedna ze Star Wars i jedna z Charliego i fabryki czekolady. Wszystko w języku Szekspira, choć niekoniecznie na jego poziomie, więc w sumie też popukać można byłoby się w pierś, aczkolwiek jednak ten anglojęzyczny net kusi mnogością… człowiek liczy, że łatwiej wyłowi coś wartego uwagi… mta. Z tychże czytadeł największą popularnością w netach cieszy się Atlas ze Star Treka 2009 (przygodowe, z nutą romansu, prawie pięć tysięcy favów, szaleństwo!), ja sama jeśli miałabym już wybierać to mimo wszystko za najlepsze uznałabym Convergence, również ze Star Treka 2009 (krótki wgląd w paru bohaterów), choć przyznam, że Atlasa też przyjemnie się czytało.

No i jakby ktoś chciał mieć w jednym miejscu wszystkie czytadła z tego roku (linki bezpośrednie, nie do recenzji):

https://www.fanfiction.net/s/5344838/1/Atlas (Star Trek 2009)

https://www.fanfiction.net/s/9621350/1/Eros-Turannos (Star Wars)

https://www.fanfiction.net/s/1004468/1/Norse-by-Norsewest-Revisited (Herkules serial)

https://www.fanfiction.net/s/5104111/1/A-Captain-s-Regrets (Star Trek 2009)

https://www.fanfiction.net/s/5084949/1/Three-People-Captain-Kirk-Did-Not-Sleep-With (Star Trek 2009)

https://www.fanfiction.net/s/2234800/1/Abracadabra (Charlie i fabryka czekolady)

https://www.fanfiction.net/s/6471195/1/Convergence (Star Trek 2009)

I tym fascynującym akcentem kończę niniejsze lanie wody, które może zmobilizuje mnie do dłuższego ślęczenia nad fanfikami :).

 

Post Navigation

Czasopismo Lege Artis

Prawie wszystko, co chcieliście wiedzieć o prawie -- i nie tylko

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać