Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

The Arrangement, Addai

 

Wyjątkowo szybko (jak na mnie ;) ) kolejny wpis i tym razem pełnoprawna recenzja, czyli wreszcie coś świetnego! Znowu jest to opowiadanie oparte na Dragon Age, choć tym razem konkretnie na Dragon Age Origins – grze, którą po raz wtóry gorąco polecam każdemu, kto lubi dobrą historię. Tym razem mamy bardzo dobrze napisany romans historyczny, wykreowany w alternatywnym wszechświecie Dragon Age.

Autorka pozwoliła sobie w nim na dwie zasadnicze zmiany w stosunku do oryginału – po pierwsze, pewną roszadę personalną w rodzinie Couslandów: w jej wersji historii miejscami w rodzinie Couslandów zostają zamienieni główna bohaterka DAO, która jest tu najstarszym dzieckiem oraz Fergus Cousland, młodszy brat, który w Ostagarze zostaje jednym ze Strażników. Drugą zmianą jest fakt, że bohaterka, Ellie Cousland, na kilka lat przed właściwą akcją Origins, jeszcze za życia Marika, zostaje żoną Loghaina Mac Tira na mocy zaaranżowanego małżeństwa będącego efektem negocjacji różnych zainteresowanych równowagą sił i pewnymi konkretnymi skutkami politycznymi stron na dworze. Osoby, które zrażają się wszelkimi zmianami wprowadzanymi do kanonu, mimo wszystko gorąco zachęcam do czytania (jeśli oczywiście lubią romanse), bo opowiadanie jest napisane bardzo ciekawie i dojrzale.

Jest to w pewnym sensie typowy romans – ale jeśli od razu myślicie o jakimś mdłym, pseudoromantycznym, pełnym seksu, mało inteligentnym tworze, to nie o to mi chodzi ;). Jest typowy w sensie spełniania wymogów gatunkowych – więc nie oczekujcie tu fabuły przygodowej czy tragicznej ;). Historia jest więc, zgodnie z ramami rodzajowymi, nakierunkowana na parę głównych bohaterów – w tym wypadku jest to Ellie Cousland i Loghain Mac Tir – na ich emocjach związanych z zaaranżowanym małżeństwem, wzajemnych odczuciach, interakcjach, miłości i konfliktach. Jest tu więc dużo przemyśleń i opisów przeżyć. Po drugie, jak przystało na romans historyczny, jest naprawdę sporo intryg dworskich i zwrotów akcji typowych dla romansów. Po trzecie jest trochę scen seksu.

Wszystko to jest jednak napisane bardzo realistycznie, bez niepotrzebnego zadęcia romantycznego czy dramatycznego. Ellie zostaje żoną mężczyzny bodajże dwa razy od niej starszego, posiadającego niezbyt dobrą opinię o jego talentach w roli ojca i męża, z drugiej strony jednak bardzo wpływowego i będącego żyjącym bohaterem kraju, któremu niejedna kobieta z chęcią padłaby w ramiona, choćby tylko z uwagi na jego sławę. Jej kreacja jest jednak perfekcyjna – nie jest ani biedną sierotką, którą obojętni rodzice rzucają w ramiona obcego mężczyzny i która przerażona nie wie, czego oczekiwać po tym nieszczęściu i zapłakuje się po kątach. Nie jest też typową dla kiepskich romansów dziewczyną, która od razu zakochuje się w swoim niezwykłym mężu, tonie w jego oczach, szeptach, ramionach, falach rozkoszy i własnych zachwytach ;). Jest dziewczyną (mentalnie w sumie już bardziej kobietą niż dziewczyną) praktyczną, rozsądną i życzliwą. Na związek z mężczyzną, którego osobiście nie zna, a plotki się roznoszą na jego temat różne, zgadza się dla dobra swojego, swojej rodziny i państwa. Nie robi z tego dramatu, nie traktuje swego męża jak wroga czy obcego; widzi w swojej sytuacji pozytywy, ale bez naiwnego idealizowania; ma zamiar wspierać męża, nawet jeśli związek nie będzie idealny, ale równocześnie nie tracić swojej samodzielności i czerpać korzyści z sytuacji. Zwłaszcza zachwycona byłam sceną nocy poślubnej, gdy Loghain zdecydowanie nie bardzo wie, jak ma zachować się względem dwa razy młodszej od siebie dziewczyny, która na pewno nie wyszła za niego z miłości, a tymczasem to Ellie siląc się na opanowanie zrozumiałych nerwów, spokojnie proponuje mu swobodę w podjęciu decyzji, wprost mówiąc, że nie ma zamiaru ani mu się narzucać ani też obrażać, jeśli w ich związku z różnych powodów nie będzie pożycia. Jej argumenty i podejście do sytuacji są nad wyraz dojrzałe. Powiem szczerze, że mało spotkałam tak sensownie napisanych kobiecych postaci, jak Ellie Cousland. Zdecydowanie jedna z bohaterek, z których warto brać wzór :). Również i Loghain jest dobrze napisany – nie zakochuje się od razu w młodej i ładnej żonie, ma swoje wątpliwości i zastrzeżenia co do tego, jak bardzo udany będzie ten związek, w tym także potencjalnie z jego winy. Ma swoje zasady, oczekiwania, priorytety. Ogólnie bardzo realistyczna wizja związku dwojga dobrych, rozsądnych, szanujących się nawzajem ludzi.

Sceny seksu – wiadomo, że nieodłączny element każdego romansu :) – są ewidentnie napisane przez dojrzałą osobę, która przeczytała wystarczająco dużo romansów, by wiedzieć, jak nie pisać ;). Zatem ani nie jest to obsceniczne porno ani dziwaczne pseudopoetyckie opisy ani nieporadna walka kogoś, kto wstydzi się pisać o seksie. Zbliżenia są przedstawione klarownym, ciepłym, bezpretensjonalnym językiem, niezbyt rozwlekle, nie zajmują połowy opowiadania, czyta się je przyjemnie. Można na upartego zarzucić im, że biorąc pod uwagę przejścia, pozycję, wiek i problemy Loghaina, dziwne trochę, że zawsze współżycie jest udane, niemniej jakoś nie raziło mnie to wcale w tym opowiadaniu (a zwykle przecież czepiam się zbyt wyidealizowanych obrazków).

Język całego opowiadania jest na bardzo dobrym poziomie (oczywiście z mojego nieanglistycznego punktu widzenia), nie widziałam tam żadnych błędów, nie straszą barokowe konstrukcje, nie zniechęca zbytnia prostota.

Fabularnie jest wciągająco, pomimo tego, że za pewną wadę można uznać dość stereotypowe momentami zwroty akcji i intrygi. Pod tym względem (przewidywalności) opowiadanie trochę słabuje – pojawia się jakże zużyty motyw wpływowej osoby zakochanej na zawsze w Ellie, która to persona powoduje szereg nieprzyjemnych wydarzeń; również i główny „zły” żadnym zaskoczeniem nie jest, dość ewidentne są jego intrygi i manipulacje. Jest to wada, która może odstręczyć tych, którzy w romansach szukają przede wszystkim nowatorskich intryg i zaskoczeń. Tu tego nie ma, niemniej i tak chce się czytać do końca, bo jednak nie wszystko jest w stu procentach do przewidzenia, zwłaszcza że autorka stara się pisać realistycznie, a jej Ellie nie jest postacią, która żyje tylko swoim mężem i która potrafi pójść własną drogą, choćby przeciw niemu.

Dla niektórych fanów Dragon Age pewnym minusem może też być interpretacja Cailana i Loghaina w tym opowiadaniu. Co do Cailana, to nie chcę się tu wdawać w przesadne szczegóły, by nie zdradzać akcji, ale na pierwszy rzut oka wydaje się on być kompletnie niekanoniczny, jednak gdy zastanowimy się mocno nad źródłem naszych informacji o Cailanie w Dragon Age Origins, uczciwie będziemy musieli przyznać, że wszystkie informacje są fragmentaryczne i część z nich może być kłamstwami postaci, z którymi rozmawiamy. Choć subiektywnie nie odpowiada mi zupełnie wizja Cailana stworzona przez Addai, to przyznam, że obiektywnie ma prawo do swojej interpretacji. Trochę bardziej niekanoniczny jest Loghain – a konkretnie to Addai go dość mocno wybiela z podjętych przezeń w DAO decyzji, co niestety mocno zubaża tę postać do typowego tragicznego bohatera, a nie antybohatera, którym powinien być i którego kreacja była mistrzowska w DAO. Innych wad w tym opowiadaniu nie uświadczyłam (no, dobra, jest jeden ewidentny dla mnie błąd logiczny w fabule, ale do przeżycia ;) ).

Tak więc podsumowując gorąco polecam, jeśli chcecie sensownie napisany romans, może z dość banalnymi intrygami, ale ze świetną główną bohaterką, wciągający i bardzo pozytywny (mimo realizmu) w wydźwięku. Miłego czytania! :)

Fik jest w języku angielskim, ma 37 rozdziałów i możecie go znaleźć pod tym linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/6337394/1/The-Arrangement

Czytadło z Dragon Age #01

Znów mnie trochę nie było tutaj – życie jak zawsze ma swoje pomysły. Dzięki rehabilitacji i poznaniu nowego człowieka na potencjalnego partnera mój czas na czytanie się drastycznie skurczył, co nie zmienia faktu, że będę nadal pracować nad tym, by tutaj wciąż się coś ciekawego ukazywało jak najczęściej.

Dziś mamy czytadło przyjemne z serii gier Dragon Age, które to gry swoją drogą gorąco polecam każdemu, nawet osobom, które nie bardzo umią w gry (jak ja) ;), bo fabuła przezacna (zwłaszcza Dragon Age Origins), a na poziomie easy każdy z łatwością sobie powinien poradzić (w każdym razie na pewno w DAO).

Czytadełko, autorstwa Arsinoe de Blassenville, jest napisane w języku angielskim, a jego akcja zaczyna się tuż po słynnym sejmie w Ferelden, na którym Loghain Mac Tir traci ostatecznie władzę w kraju, by ciągnąć się przez całą historię z Dragon Age Awakening po Dragon Age II włącznie – w sumie to 50 rozdziałów! Choć główną bohaterką przez cały czas pozostaje Bohaterka Ferelden – w tej wersji historii jest to Maude Cousland, ludzka szlachcianka wyspecjalizowana w walce w stylu rzezimieszka – to całą opowieść widzimy oczami Loghaina Mac Tira, który bardziej nie chcąc niż chcąc, w wyniku znanych nam wydarzeń dołącza do Strażników na początku tejże fanfikcji.

Trzon tej historii to właśnie przedstawienie losów Maude Cousland i Loghaina Mac Tira od momentu ich sławetnego pojedynku przez kilka następnych lat, a także dość realistyczne przedstawienie tego, jak, zdaniem autorki fika, powinny kształtować się dzieje Ferelden w okresie po Zarazie. Maude jest tu bohaterką bardzo charakterną, jak dla mnie trochę kontrowersyjną, momentami zbliżającą się do granic szaleństwa, ale równocześnie nad wyraz twardą i praktyczną, choć również mocno przekonaną o swojej nieomylności, emocjonalną i posiadającą wybitny dar manipulowania ludźmi. Niektóre z decyzji, które podejmuje w fiku, nie pojawiają się w grach i niosą rezultaty wprowadzające nas w pewnym sensie do alternatywnego uniwersum, są jednak zazwyczaj na tyle realistyczne i dobrze utwierdzone w kanonie, że nie można mieć do nich krytycznych uwag (z jednym poważnym wyjątkiem, o którym napiszę później).

Zdecydowanym plusem tej historii jest świetne poczucie humoru przez kilkanaście pierwszych rozdziałów – autorka doskonale odnajduje się w odrobinę parodiującym mechanikę gry, lekkim, sarkastycznym, lecz równocześnie pogodnym stylu pisania – przyznam szczerze, że śmiałam się jak pacjent zakładu zamkniętego czytając tego fika po nocach i budząc zapewne Bogu ducha winnych współlokatorów ;). Świetnie się czyta opisy rozdawnictwa prezentów uskutecznianego przez Maude, obrabowywania i okradania wszystkiego, co się rusza i nie rusza, używania charyzmy w każdy możliwy sposób – zwłaszcza, że widzimy to wszystko oczami z lekka zirytowanego i z bardziej niż lekka zaskoczonego i krytycznie nastawionego Loghaina. W późniejszych rozdziałach humor wyraźnie schodzi na dalszy plan, a szkoda, bo to bardzo duży atut tego fika.

Drugi plus tego czytadła to świetne rozeznanie w realiach średniowiecznych autorki (przynajmniej na tyle, na ile ja, nie mając większej wiedzy o średniowieczu, mogę to ocenić) – cały czas mam przed oczami na przykład sceny porodów, przy których obecna była połowa szlachty, by mieć pewność, że dziecko urodziło się żywe i na pewno nie było podmienione :).

Trzeci plus to doskonałe snucie intryg politycznych. Arsinoe ma świetną inteligencję i wyobraźnię polityczną – dostrzega najdrobniejsze powiązania i ich logiczne konsekwencje, tworzy bardzo realistyczne biegi wydarzeń i doskonale obrazuje walkę o władzę inherentną dla kręgów szlachty w takim kraju jak Ferelden. Przyznam, że wielokrotnie zaskoczyła mnie ona swoją przenikliwością i logiką biegu różnych sytuacji – posunęłabym się wręcz do stwierdzenia, że idzie jej to nawet lepiej niż samym autorom Dragon Age.

Pozostaje więc pytanie, czemu historia ta wylądowała mimo wszystko w czytadłach? Ano cóż, jest jeden gigantyczny moim zdaniem minus, który mocno zniechęca – pomimo powyższych zalet – do czytania tego opowiadnia, zwłaszcza później, gdy humor schodzi na drugi plan i ma być poważniej i realistyczniej. Otóż jest nim główny wątek romantyczny. Maude zakochuje się i ląduje w łóżku z Loghainem. Samo w sobie nie byłoby to może i takie złe, bo obie postaci są ciekawe i nie widzę nic złego w ich połączeniu, jeśli byłoby ono sensownie uzasadnione. Problem w tym, że nie jest. O ile Arsinoe świetnie sobie radzi z polityką, gospodarką i wszelkiego rodzaju intrygami, o tyle słabiej sobie radzi z emocjonalnością bohaterów (albo może swoją). Przy samym opisie głównej naszej drużyny mamy wrażenie, że autorka zapomniała o logice i dystansie, by po prostu na siłę przerzucić swoją wizję relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Szczególnie drażni to właśnie w wątku romantycznym – Maude zakochuje się w Loghainie bardzo szybko i w zasadzie bez większej logiki. Na upartego można to wyjaśnić faktem, że bohaterka ta istotnie nie jest do końca logiczna, za to jest mocno rozchwiana emocjonalnie, co jest wyjaśnione w historii, niemniej wciąż dziwi, że miałaby ona tak szybko zakochać się w kimś, kto współpracował z Howe, odpowiedzialnym przecież za wyrżnięcie prawie całej jej rodziny. A ze strony Loghaina to już jest w ogóle tragedia w ciapki, bo zachowuje się on nie jak starszy mężczyzna (w sumie nie jestem pewna, ale obstawiam, że ma 40-50 lat), bohater z River Dane, człowiek obdarzony władzą, sławą i pieniędzmi i równocześnie zniszczony życiem, tylko jak – przepraszam że tak to ujmę – szesnastoletni prawiczek, któremu wystarczy machnąć gołym cyckiem przed okiem, by się zakochał. A już do białej gorączki mnie doprowadziło stwierdzenie tegoż Loghaina, że aby zrobić dobrze mężczyźnie wystarczy stanąć przed nim nago. No, przepraszam, ale to jest wiedza na temat seksu na poziomie gimbusa czytającego memy z internetu. Bardzo to kontrastuje z ogólnie realistycznie i dojrzale prowadzoną resztą fabuły. Całemu romansowi brakuje jakiejkolwiek głębi, nawet przy założeniu, że to opowiadanie ma być raczej realistyczne i sarkastyczne niż romantyczne, a z drugiej strony sceny seksu, choć napisane krótko i zwięźle, są mimo wszystko zbyt idealistyczne. I zdecydowanie niepotrzebnie często wspominane. Tak, wiemy, że się kochają. Nie musi być napisane w co drugim rozdziale, że znowu poszli do łóżka. Domyślamy się. Ogólnie zgrzyta ten element mocno.

Trochę mniej, ale podobnie zgrzyta przenoszenie osobistych sympatii autorki (lub Maude) na przedstawianie niektórych postaci: niesamowicie irytuje Alistair – postać co prawda rzeczywiście irytująca w grze, niemniej jednak zasadniczo dobra charakterem i od czasu do czasu pokazująca jakiś tam pazur – tu miałam wrażenie, że zrobiono z niego kompletnego pantoflarza, całkiem pozbawionego jakiegokolwiek rozumu i w dodatku nie bardzo przejmującego się swoimi przyjaciółmi. Również i Wynne jest przedstawiona jako osoba przez nikogo nie lubiana, dwulicowa, mająca sie za najmądrzejszą, męcząca i, gdy w pewnym momencie znika bez śladu, Maude ani nikt inny palcem nie kiwnie, by ją znaleźć i jej pomóc, co jest dość przykre, biorąc pod uwagę, że Wynne w grze walczyła po ich stronie do samego końca i ryzykowała znacznie swoim życiem, by wszystkich uratować.

Tak więc czytadło ma swoje minusy, niemniej czyta się ciekawie. Jeśli przełkniecie irytujący wątek romansowy, to polecam, zwłaszcza kilkanaście pierwszych rozdziałów.

Linka:

https://www.fanfiction.net/s/5875082/1/The-Keening-Blade

Czytadło ze Star Trek: 2009

Znowu dłuższa przerwa, póki co jednak nie wracamy jeszcze do moich rekordów wynoszących po kwartale niebytności tutaj (przodkom i innym tam stwórcom dzięki). W dzisiejszym poście mamy znowu czytadło, dość ciekawe i niedługie, z uniwersum Star Trek: 2009. Sama z dawnych, dziecięcych Star Trekowych czasów pamiętam tylko, że byłam zachwycona Enterprise i oglądałam serial zachłannie, choć chyba niezbyt wiele z niego do mnie docierało. Star Treka: 2009 nie widziałam, miałam zatem dość uzasadnione podejrzenia, że niezbyt wiele wyniosę z tego opowiadanka, nie posiadając praktycznie żadnej wiedzy na temat tego świata, ale jak widać się myliłam.

Opowiadanko napisane jest przez Tori Angeli, tytuł nosi „Katra” i jest na tyle ciekawe i dobrze napisane, że fani Star Treka (a konkretnie Spocka i McCoya) przeczytają je z przyjemnością. Zwłaszcza jeśli lubią trochę dramatyzmu, sporo wycieczek w stosunki interpersonalne (głównie tych dwóch wymienionych w poprzednim nawiasie panów – bez romansu, od razu uprzedzam), sporo emocjonalnych rozmyślań i trudnych decyzji.

Co do bardziej konkretniejszego zarysu fabuły: Wolkanie zmierzają na planetę, która ma być ich nową ojczyzną, niestety wskutek wrażego ataku sprawy, jak zwykle bywa, się komplikują – Ambasador Spock umiera, a ostatnią osobą, z którą ma kontakt jest Leonard McCoy. Lekarz staje się umiarkowanie szczęśliwy, gdy okazuje się, że w rezultacie owego kontaktu zaczyna się czuć, bardzo oględnie mówiąc, wytrącony z równowagi.

Opowiadanie ma siedem rozdziałów i jest – jakżeby inaczej – nieukończone, niemniej przynajmniej urwane w takim momencie, że można jakoś to przeżyć emocjonalnie, a nawet na upartego wyobrazić sobie, że to zamierzone otwarte zakończenie. W sumie z mojej perspektywy, czyli perspektywy osoby, którą najbardziej interesuje psychika i najróżniejsze rozkminy, smutki i radości postaci, najważniejsze sceny już się rozegrały. Ludzie, których wciąga konkretniejsza akcja zakończenie będą musieli sobie dopisać na własne pióro. Jako że to czytadełko, to więcej rozpisywać się nie będę. Nie jest to coś, co absolutnie koniecznie musicie przeczytać z uwagi na wybitność tematu czy sztuki pisarskiej, raczej taki przyjemny, ciekawy, dobrze napisany kąsek dla fanów Spocka i McCoya. Język angielski. A poniżej linka:

https://www.fanfiction.net/s/5084989/1/Katra

PS: Tak, mam zamiar kiedyś zrecenzować znów coś po polskiemu, jednak – niestety – biorąc pod uwagę, jak ciężko znaleźć coś dobrego w otchłaniach anglojęzycznych fików, to podejrzewam, że w znacznie skromniejszej społeczności fanfikowej polskiej byłoby jeszcze gorzej, ergo wpisy byłyby raz na pół roku ;). Ale kiedyś coś znajdę i po polsku. Na pewno :*

PS2: Już niedługo (stosunkowo) Dragon Age tu zawita! Chwalmy Przodków! (tak mój Strażnik to krasnoludzica :) ). W postaci bądź to dwóch czytadeł bądź jednego czytadła i jednego Świetnego Fika, co się jeszcze wyklaruje, jak doczytam :).

Fear No Darkness, Thundera Tiger

Nareszcie udało mi się wyrwać z objęć Dragon Age: Origins, które niedawno zaczęłam (i skończyłam dwukrotnie) i przysiąść do napisania recenzji, która czeka na mnie już od kilku tygodni. Błąd mój, a w zasadzie to wina wyżej wspomnianej świetnej gry, że nie siadłam nad tym od razu, „na świeżo”, ale postaram się nie zapomnieć i nie pominąć niczego przy opisywaniu tego naprawdę wybitnego opowiadania dziejącego się w świecie Władcy Pierścieni.

Fiki pisane na podstawie dobrych książek są zazwyczaj dość wdzięcznym materiałem do przeszukiwania – widać, że autorzy jakieś książki jednak czytają, więc minimalny poziom zazwyczaj jest zachowany. Gorzej jest, gdy coś zostało zekranizowane (albo w ogóle nigdy nie było książką, tylko np. komiksem czy grą), a do pisania fanfikcji zabiera się ktoś, kto wychodzi z założenia, że pisać każdy może, trochę lepiej lub bardzo gorzej :). W końcu wystarczy komputer i edytor tekstu, czego chcieć więcej. Bogu czy tam innym Przodkom dzięki, że niektórzy dostrzegają potrzebę szlifowania warsztatu i poznawania różnych technik pisarskich i są na tyle samoświadomi, by w otchłanie internetu wypuszczać twory dopracowane i przemyślane. Takim właśnie utworem jest ‚Fear No Darkness’.

Autorka jest Amerykanką o bardzo szeroko zakrojonych zainteresowaniach (studiowała politykę Bliskiego Wschodu, arabski, a uczy niemieckiego i matematyki), piszącą głównie opowiadania dotyczące Władcy Pierścieni, silnie oparte na książkach, którymi była zafascynowana jeszcze zanim pojawiła się ekranizacja. Jej gigantyczna wiedza z tego właśnie uniwersum jest doskonale widoczna w jej fanfikcji – swobodnie operuje tam nawiązaniami do „Silmarillionu”, „Niedokończonych opowieści”, listów Tolkiena itp., barwnie i ciekawie przedstawia szeroki wachlarz postaci od pierwszoplanowych po takie, które kojarzą głównie zapaleni miłośnicy uniwersum, nie waha się też przed stosowaniem od czasu do czasu języków stworzonych przez Tolkiena. Pod wieloma rozdziałami są też szerokie odpowiedzi na różne pytania dotyczące kanoniczności i szczegółów fabularnych świadczące o tym, że autorka doskonale wie, o czym pisze i nie boi się dyskusji z podobnymi jej fanami. Od razu więc widać, że na niezgodność z kanonem nie można narzekać.

Fabuła ma miejsce pięć lat po zniszczeniu Pierścienia. Rocznica ta skusiła panujących w Rivendell Elladana i Elrohira, synów Elronda, aby wyprawić ucztę uświetniającą dokonane czyny i zaprosić na nią wszystkich, którzy przyczynili się do pokonania Saurona i mogą przybyć. Do Rivendell zmierzają więc para królewska Arwena z Aragornem z Gondoru, Legolas, władca Ithilien, wraz z Gimlim, król Thranduil z Mirkwood, król Cereborn z Lothlorien, Peregrin Took, Meriadok Brandybuck oraz Samwise Gamgee z żoną i córeczką, hobbici z Shire. Większości z nich towarzyszą również umiarkowanej wielkości orszaki (w razie potrzeby stające się oddziałami), gdzie nie brakuje postaci drugoplanowanych. Niestety nie tylko oni dostrzegają wagę tej uroczystej daty. Pomimo tego, że Sauron został pokonany, niektórym z jego popleczników udało się przetrwać. Jeden z nich wciąż pozostaje wierny pamięci o swym władcy i, dowiadując się o uroczystościach w Rivendell, postanawia na swój ponury sposób uczcić wspomnienia o wydarzeniach sprzed pięciu lat.

Historia jest napisana w niemiernie zajmujący sposób. Choć główna linia fabularna nie jest zbyt zaskakująca – ot, zapowiadająca się radośnie uroczystość zostaje skalana przez powrót cieni sprzed lat, to opowiadanie czyta się z nieustającą ciekawością i przyjemnością. Autorka starannie przemyślała wszystkie aspekty swojej fabuły. Po pierwsze, wszystkie postaci są doskonale zaprojektowane; każda ma swoje ważne miejsce w wydarzeniach, każda ma swój dobrze wyważony „czas antenowy”, każda zachowuje się bardzo realistycznie, tzn. adekwatnie do swojego charakteru, przeszłości i dotykających ją przeżyć, również interakcje między nimi są różnorodne, tworząc wiele ciekawych wątków i dostarczając Czytelnikowi wszelkiego rodzaju emocji. Zwłaszcza przysłowiowe czapki z głów za postać Thranduila – rzadko spotyka się w fanfikach tak doskonale i prawdziwie pod względem mentalności stworzonego bohatera (a i w oryginalnej literaturze takie postaci pojawiają się tylko w dobrych książkach). Konkretniej rzecz ujmując zawsze będę wdzięczna za tworzenie postaci niejednoznacznych, i to nie w naszym typowym sensie „jestem zły, ale mam dobre motywacje” czy „jestem zły, ale ogólny efekt moich działań jest dobry”, ale w sensie kreacji osobników, którzy w jednych kwestiach potrafią posłużyć się swoją niemałą inteligencją i niejednokrotnie są również wzorem moralnym dla innych, za to w innych są zaślepieni i ewidentnie podążający błędną z moralnego punktu widzenia drogą prowadzącą ich do opłakanych w skutkach decyzji. Niemało jest takich ludzi w naszym codziennym życiu, niemniej zawsze mam wrażenie, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Wszyscy wiemy przecież, że kto jest za PiS musi być matołem nienawidzącym gejów i kobiet, a kto jest za PO ten nie jest patriotą, służy Merkel i chciałby, żeby wytłuc wszystkie nienarodzone dzieci, prawda? Albo przecież jasnym jest, że rasista zawsze jest do cna zły, podobnie jak i homofobowie (albo w drugą stronę – ateiści czy aborcjoniści). A jak ktoś walczy prawa zwierząt/człowieka, to jest dobry z gruntu… Tymczasem ja sama znam homofobów, którzy zamknęliby gejów w psychiatrykach, ale którzy równocześnie pierwsi na ulicy pobiegną komuś pomóc i udzielają się w instytucjach charytatywnych kosztem swojego prywatnego czasu pomagając niepełnosprawnym staruszkom, które zostały pozostawione przez swoje rodziny. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Znam ludzi twardo walczących o prawa człowieka, oddający ostatnie pieniądze na kampanie społeczne, narażający czasem swoje zdrowie na manifestacjach, ale którzy równocześnie w codziennym życiu daliby swoim znajomym zdechnąć z głodu albo wyżywają się na swoich dzieciach. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Ok, dość mojej dygresji, w każdym razie chcę tylko powiedzieć, że mało jest ludzi, którzy mają jednolite ścieżki moralne, za to mnóstwo takich, o których nijak nie da się powiedzieć ani że są „źli” ani że są „dobrzy”. Dlatego cenię Thunderę za jej Thranduila, bo on doskonale obrazuje zawikłania indywidualnej moralności i emocjonalności.

Wracając do zalet fabuły – jest ciekawie, po prostu ciekawie. Główny wątek jest poprowadzony w sposób bardzo realistyczny, co znaczy, że można się wszystkiego spodziewać, ponieważ Thundera doskonale zdaje sobie sprawę z uroków walk na miecze i strzały, trucizn, czarnej magii i wiążącego się z tym faktu śmiertelności organizmów żywych. Innymi słowy, mimo że mamy tu naszą tradycyjną walkę dobra ze złem, to nie mamy żadnej pewności co do tego, kto zwycięży i ile jakich będzie strat po której stronie. Obserwując powagę, z jaką Thundera podchodzi do realizmu, możemy być pewni tylko tego, że zwyciężą po prostu lepsi (co nie znaczy, że przeżyją wszyscy). Podoba mi się także to, że po obu stronach są wątpliwości, niepewności, lepsze i gorsze decyzje – zwłaszcza miło to zobaczyć w postaci głównego antagonisty, który nie jest typowym zadufanym w sobie geniuszem zła, który najpierw ma wzbudzić podziw Czytelnika swoją niezmierną inteligencją, a później dać się pokonać Dobremu Herosowi wcale nie mądrzejszemu odeń. Tutaj złoczyńca jest bardzo inteligentny owszem, ale też ma swoje wahania, jest świadomy swych szans i ryzyk, które podejmuje – uczciwie przedstawiona jest i jedna i druga strona barykady, dzięki czemu nie będzie wrażenia naiwności pisarskiej, gdy któraś ze stron przeważy nie mając uprzednio sensownej przewagi tego czy innego rodzaju.

Nie brakuje świetnie prowadzonego, błyskotliwego i równocześnie naturalnego humoru. Mimo że z upływem rozdziałów robi się coraz bardziej przygnębiająco narrator od czasu do czasu rozjaśni nam trochę twarz swoim sarkazmem i uratuje od ciągłego napięcia postaciami, które w sposób rozmyślny (lub nie) potrafią je rozładować.

Styl jak zawsze trudno mi oceniać, jako że anglistką nie jestem, widzę jednak wyraźnie, że autorka zdecydowanie ma bogate słownictwo, stylizowane trochę na archaiczne (aczkolwiek bez przesady, wszystko jest zrozumiałe), choć oczywiście poziom Tolkiena to (jeszcze) nie jest. Czyta się w każdym razie niezmiernie przyjemnie zarówno jej opisy, jak i dialogi. Nie brakuje szczegółów doskonale obrazujących wszystkie sceny, ale nie są one przytłaczające (przynajmniej dla mnie, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na to, że jestem bardzo odporna na duże ilości szczegółów i opisów ;) ).

Wśród komentatorów pojawiają się zarzuty zbytniego zagęszczenia rozważań postaci. Bohaterów rzeczywiście jest sporo i każdemu z nich Thundera daje trochę miejsca na opisanie swych przeżyć i zastanowienie się nad przeszłością i przyszłością. Nie wątpię, że zwolenników wartkiej akcji jej to nie przysporzy i przyznam, że jeśli do nich należycie, to być może nie przebrniecie przez „Fear No Darkness”. Ja osobiście czytałam to wszystko z przyjemnością, gdyż każda z postaci została tak przedstawiona i umiejscowiona w akcji, że po prostu ciekawiło mnie to, jak sobie radzi z tym, co się dzieje, co ją ukształtowało i co ją popchnie do jakich decyzji. Niemniej prawdą jest, że jest tego bardzo dużo.

I to chyba wszystko. Jest tylko jedna jeszcze wada. Za to GIGANTYCZNA. Opowiadanie jest nieukończone i nie będzie ukończone. Szczerze powiem, że serce mi pęka z tego powodu, gdyż naprawdę trudno się pogodzić z tym, że nie poznamy zakończenia. Nie kryję mojego oburzenia faktem, że autorka żyje, pisała jeszcze długo po urwaniu „Fear No Darkness” i uważam, że zostawienie nas w ten sposób spowoduje, że jej następne wcielenie wyląduje zapewne gdzieś w Afryce, bo to woła o pomstę do nieba ;). Niemniej i tak warto przeczytać.

Całość ma 30 rozdziałów i jest to 30 rozdziałów czystej przyjemności. Poza tym Thundera ma również mnóstwo innych opowiadań z Władcy; co prawda ja ich nie znam, ale podejrzewam, że muszą być co najmniej dobre. Tak więc wszystkim fanom szczerze polecam!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5,5/6

Postaci: 6/6

Humor: 5/6

Akcja: 5,5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 6/6

Język: angielski

Fandom: Władca Pierścieni

Adres: https://www.fanfiction.net/s/615044/1/Fear-No-Darkness

http://www.storiesofarda.com/chapterlistview.asp?SID=456

Blue, Turtle Babe

Wreszcie mamy coś wspaniałego! Niebywałego wręcz! Udało mi się dokopać do fanfikcji, która pozostanie w Waszych wspomnieniach na zawsze, po przeczytaniu której już nigdy nie będziecie tacy jak wcześniej! Te zapewnienia brzmią może trochę na wyrost, ale wierzcie mi – to opowiadanie jest wyjątkowe, choć przyznam, że niezmiernie mocne w swym głębokim przesłaniu.

„Blue” to kolejny na tym blogu fik z fandomu Wojowniczych Żółwi Ninja. Ciekawe, że ma on kilka elementów wspólnych z poprzednio tu opisywanym „Growing Pains, Orange Bitters” – oba są kierowane raczej do młodzieży (zdecydowanie nie dla dzieci), oba dotykają tematu zakazanych relacji seksualnych oraz problemów psychicznych. Aż dziw, że to akurat Żółwie Ninja pobudzają wschodzących pisarzy do pisania o takich ważkich sprawach. Co zdecydowanie różni oba fiki, to jednak podejmowany problem i jego stopień powiązania z życiem codziennym. O ile Serendipity opisuje depresję – chorobę, która może bezpośrednio lub pośrednio dotknąć każdego z nas, a więc porusza nas tematem jednocześnie odległym i bardzo bliskim, przedstawionym bardzo autentycznie, o tyle Turtle Babe raczej kieruje swoje kroki w stronę eksperymentów z materią fabularną, próbując, jakże nowocześnie, przełamać pisarskie tabu i zachwycić nas sytuacjami, które w pierwszym odruchu powinny budzić całą paletę negatywnych odczuć od zażenowania przez oburzenie i niedowierzanie po odruchy żołądkowe typu poimprezowego. A po tym można przecież poznać wybitnego pisarza, że o rzeczach, które powinny budzić niechęć i niesmak potrafi pisać w sposób wyjątkowy. I to właśnie czyni Turtle Babe.

Jaką zatem historię nam przedstawiono? Opowiadanie zaczyna się z punktu widzenia Leonarda, który wraz ze swoim bratem Raphaelem dostaje się w ręce Złoczyńcy Bishopa zafascynowanego ewolucją i anatomią wojowniczych żółwi, co nie może się skończyć najlepiej. Bishop planuje przeprowadzić eksperymenty na mutantach, jest jednak na tyle inteligentny, by zdawać sobie sprawę z tego, że badania na słabo znanym gatunku niekoniecznie zawsze kończą się najlepiej dla badanych, więc warto byłoby zadbać o większą (niż cztery) ilość dostępnych egzemplarzy w razie fiaska i ku większej swobodzie twórczej. Nic prostszego zatem dla genialnego szalonego naukowca niż wstrzyknąć obu żółwiom odpowiednio działające narkotyki, które pobudzą ich hormony w przewidziany przez naukowca sposób i poddać jednego z żółwi kilku, czy tam kilkunastu, no, może kilkudziesięciu prostym modyfikacjom, dzięki którym będzie można oba żółwie sparzyć i uzyskać potomstwo, co genialny naukowiec, będąc genialnym, dokonuje szybko i bez większych problemów. Można tu zarzucić autorce pewne pójście na skróty, bo przecież przeprowadzenie tak zaawansowanych operacji nawet na znanym gatunku wydawałoby się raczej trudnym, czasochłonnym i obfitym w skutki uboczne procesem, a co dopiero na drogocennym przedstawicielu rzadkiego zmutowanego gatunku, którego fizjologię się ledwie zna, Turtle Babe jednak nie daje się wywieść na grząskie manowce zbytecznego zagłębiania się w niepotrzebne w gruncie rzeczy dla istoty przekazu badania i nie zanudza nas wywodami uwiarygodniającymi zaistniałą sytuację. Krótko mówiąc, nie o to chodzi przecież.

A chodzi o to, by czytelnikiem wstrząsnąć, by czytelnika poruszyć, by czytelnika skłonić do zadumy nad mniej typowymi problemami, które przecież jednak teoretycznie mogłyby się gdzieś komuś przytrafić. W taki właśnie prosty, lecz genialny w swej prostocie sposób Turtle Babe wprowadza nas w zakazaną tematykę gwałtu kazirodczego i dziecka uzyskanego tą drogą oraz trudnego problemu stresu pourazowego. Już na samym początku opowiadania z niezwykłą plastycznością i dramaturgią opisuje tortury psychiczne i fizyczne, jakie przechodzi nieszczęsny Leonardo za sprawą własnego, choć nieświadomego tego, co robi, brata, sprawiając lekki szok czytelnikowi (zupełnie jak na najlepszej wystawie sztuki współczesnej). Dodatkowym wyzwaniem dla nas i naszego tradycyjnego postrzegania świata staje się fakt, że – w efekcie działania owych złowieszczych wstrzykniętych narkotyków – Leo najwyraźniej walczy ze sobą, by nie odczuwać przyjemności z brutalnego gwałtu, co mu zresztą średnio wychodzi (dobrze, że autorka zadbała o to, by nas poinformować, że wiele krwi się nie polało, gdyż Bishop troskliwie nie pożałował lubrykantu dla biednego Leo, w końcu szkoda byłoby uszkodzić drogocenny materiał badawczy). Później dochodzi zaskoczenie, gdy dowiadujemy się o ciąży Leonarda (autorka słusznie nie zadręczała nas szczegółami przemian anatomicznych, które musiał dokonać Bishop – byłoby to niepotrzebne rozwodnienie tematu).

Na szczęście obaj bracia szybko zostają uratowani z opresji i wracają na łono rodziny. Początkowy wstrząs szybko łagodzi budzące się w nas współczucie i zrozumienie dla niezmiernie tragicznej sytuacji, w jakiej jest Leonardo i jego rodzina. Z jednej strony musi on walczyć z zespołem stresu pourazowego związanym z własnym bratem, co poważnie wpływa na ich stosunki; z drugiej strony musi podjąć decyzję o ewentualnej aborcji – ważki problem moralny i dyskusje z nim związany jest tu ledwie nadmieniony, ale autorka słusznie nie tworzy rozległej rozprawki z pro- i kontrargumentami, zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy je przecież doskonale znamy. Pozostaje również sam Raph, który nie pamięta, co zrobił, ale zdaje sobie sprawę, że w jakiś sposób skrzywdził Leonarda i nie wie, jak sobie z tym poradzić. Również i reszta rodziny musi stanąć na wysokości zadania, by w tym jakże trudnym dla Leo (i zupełnie niespodziewanym dla nich) okresie być dla niego odpowiednim wsparciem.

Język jest prosty, doskonale nadający się do oddania dramaturgii, bez przesadnych stylizacji i opisów. Zmienne punkty widzenia są doskonale operowane, choć styl poszczególnych postaci nie jest zbyt zróżnicowany, w zasadzie polega na tym, że Raphael wrzuca cały czas dwa te same potoczne słówka, ale może to i lepiej, gdyż dzięki temu tacy nienatywni czytelnicy jak ja nie poczują się zagubieni (to wyjaśniałoby również brak opisów, cieszy mnie taka troska o Czytelnika).

Ogólnie polecam! Opowiadanie to ma ponad 200 tzw. Favów (a więc więcej niż „Growing Pains, Bitter Orange”!), więc nie jestem odosobniona w mej pochlebnej ocenie!

 

PS. Oczywiście Prima Aprilis. Ale co jest smutne, to fakt, że jedynym elementem tego żartu na 1 kwietnia jest moja pochlebna recenzja, gdyż zarówno istnienie tego fika, jak i fakt, że ma ponad 200 lajków (więcej niż świetne Growing Pains) jest przerażającą prawdą. Ja byłam w stanie przeczytać tylko jeden rozdział i mój mózg się utopił we własnej krwi i słońce tego dnia zaszło na czarno i noc pochłonęła ziemię i myślałam, że już nigdy nie otworzę żadnego fika więcej w życiu mym. Ale jeśli chcecie przeczytać coś naprawdę naprawdę złego, to zaprawdę powiadam Wam gorszego fika moje oczy nie widziały. I jak przeczytacie, to zrozumiecie, przez jakie piekła ja muszę przechodzić, żeby znaleźć Wam coś na dobrym poziomie ;). A na pociechę dodam, że właśnie czytam wybitnego (tym razem serio) fika z Władcy Pierścieni, więc w końcu coś się tutaj pojawi na naprawdę wysokim poziomie.

Czytadło z Naruto #01

I znowu czytadło. Chciałabym, żeby w końcu pojawiła się jakaś pełnoprawna recenzja, ale póki co to bóstwa internetu mi nie sprzyjają i w najlepszym razie trafiam na jakieś w miarę przyjemne, ale nie wybitne utworki.

Tym razem trafił się nam fik z cieszącego się ogromną popularnością fandomu Naruto. Sama przeczytałam raptem kilkanaście tomów tego komiksu, wspominam mile je, ale nie mam pojęcia, co było później (ponoć im później, tym gorzej :( ). Opowiadanko jest trochę w AU (alternatywny wszechświat), jako że autorka też w pewnym momencie czytać przestała ;) i popisała, co tam uważała, że się stało następnie. A w jej wydaniu stało się to, że Naruto zostaje kapitanem jednej z drużyn ANBU, w skład której wchodzą Tenten i Iwashi.

Historia opowiadana jest z punktu widzenia Tenten i jest spokojna, pogodna i przyjemna w odbiorze. Wad nie brakuje – błędy gramatyczne od czasu do czasu (autorka to nie native), czasem błędy rzeczowe, problem z utrzymaniem stabilnego punktu widzenia i największa wada – jest nieukończone. Sam Naruto też trochę odbiega od swojego charakteru z mangi, co jest wyjaśnione jego dorosłością (i mi w sumie całkiem pasowało do niego). Mimo tych problemów spędzi się z tym opowiadaniem trochę przyjemnego czasu.

Język jest angielskim, a link poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/1944746/1/Behind-a-Mask

Offtop walentynkowy

Miałam sobie w planach, że na Walentynki wrzucę Wam jakiegoś linka do czytadeł-romansideł; niestety nie udało mi się do tej pory znaleźć niczego, czego nie byłoby mi wstyd pokazywać. Nawet jeśli udawało mi się wygrzebać coś przyzwoicie napisanego, to zawsze gdzieś był zasadniczy zgrzyt (np. tragiczny pomysł na pairing przy ogólnie stosunkowo przyzwoitym i przyjemnym według standardów przeciętnego romansidła wykonaniu i niezłym stylu). Nie wspomniawszy o tym, że najuczciwiej byłoby wrzucić coś, co podobałoby się i Panom i Paniom, lecz niestety internet gejowskim romansem dla kobiet stoi i dla Panów nic przyzwoitego już w ogóle nie znalazłam :(. Może za rok się poszczęści. Koniec końców więc nie będzie nic do czytania, tylko dwa linki na DeviantArta; jeden dla Panów, drugi dla Pań, prezentujące seksistowskie rzeczy ;):

http://zeronis.deviantart.com/gallery/ – dla Panów (i części Pań ;) )

http://danjidoodle.deviantart.com/gallery/ – dla Pań (i części Panów ;) )

Niewykluczone, że trzeba będzie mieć konto na Deviancie, by wszystko obejrzeć :(.

PS: Tak, wiem, że powyższe obrazki promują stereotypowe przedstawianie kobiet i gejów, ale ja podchodzę do tego z przymrużeniem oka ;). W końcu człowiek inteligentny i tak wie swoje, a mniej inteligentny i tak będzie zawsze wiedział lepiej, nieważne, co by mu się nie pokazywało i nie mówiło. Na przykład ja uwielbiam oglądanie tyłków Nightwinga, a bynajmniej nie oczekuję takiego tyłka od wszystkich facetów ;).

Czytadło z Fullmetal Alchemist #03

Za oknami śnieg i na moim blogu też śniegiem sypie w fanfikcji. Nawet sypie to mało powiedziane – zamieć śnieżna na całego na dalekiej północy Amestris, a Edward Elric próbuje przetrwać ograniczenie racji żywnościowych przebywając tamże razem z resztą oddziałów dowodzonych przez Płomienistego Alchemika, zwanego również przez poniektórych kurdupli „tym wnerwiającym draniem”. Czytadło BARDZO udatnie napisane – jest to krótkie, jednorozdziałowe opowiadanie, ukazujące nam niewielki wyimek z życia obu braci Elriców w armii. Świetnie obrazuje ono problemy fizyczne, jakich doświadczają oni po tragicznej transmutacji; nie pozbawione jest też delikatnego, ale umiejętnie wzruszającego zarysowania uczuć wiążących rodzeństwo. I mamy też troszkę Roya z poczuciem winy, co każdy lubi. Tak więc polecam, czytadełko bardzo bardzo dobre, co prawda brakuje mu tego czegoś więcej, aby trafiło do moich wypaśnych recenzji ;) – jakoś nie ma się wrażenia, że nie wiadomo co wybitnego wnosi w nasze życie – niemniej jest naprawdę bardzo przyjemne w odbiorze i nasyca nas nieposkromioną ochotą, by przytulic Ala, co też zawsze jest dobre :). Nie ma za to kotów ukrytych w zbroi i zbytnio humoru (choć nie znaczy to, że jest dołujące), co jest pewnym minusem. Ale i tak polecam. Po angielskiemu znowu niestety.

https://www.fanfiction.net/s/2660116/1/Abstention

A, i PS: Wiecie, że autorka tego fanfika słusznie przewidziała, że Ed je (czy raczej żre ;) ) za Ala? Czytając to opowiadanie myślałam, że po prostu napisała je po tym, jak manga wyszła, właśnie zainspirowana pomysłem Arakawy na żywienie ich obu poprzez gardziołko Eda. A tu tymczasem okazuje się, że to opowiadanko wyszło lata wcześniej! Kudoz!

Noworoczne podsumowanie wraz z życzeniami

Jako że nastał nam kolejny radosny rok, to zgodnie z popularną gdzieniegdzie tradycją pasuje złożyć Wam noworoczne życzenia. Niniejszym życzę:

  • lepszego roku przyszłego
  • nieklejenia się do Was problemów z roku poprzedniego
  • wyciągnięcia dobrych i przydatnych życiowo wniosków z wyżej wspomnianego ubiegłego roku
  • czasu na czytanie mojego bloga
  • czasu na pisanie swojego bloga
  • no i tego, co bym miała materiały na pisanie mojego bloga, dzięki czemu będzie więcej wartych polecenia fików pod ręką ;)

Poza tym, jako że koniec roku skłania do tradycyjnych refleksji i podumowań, to i ja wrzucę podsumowanie kulturalne upływającego roku. Offtop to zdecydowany, ale raz na rok mogę się podzielić czymś innym niż fiki :). Zaznaczam jednak, że wcale nie znaczy to, że padną tu tytuły wydane w tym roku. Będą to raczej twory, z którymi JA miałam kontakt w tymże roku (tak więc z moim byciem na bieżąco zapewne będą sprzed dekady). Miłego czytania i mam nadzieję, że coś z tego Wam się przyda:

Książka roku – „Gogol w czasach Google’a” Wacława Radziwinowicza

W tym roku przeczytałam całkiem sporo dobrych książków, ale na dobrą sprawę żadnej wybitnej, takiej, która od razu by mi się nasuwała przy wyborze tej najlepszej. Nie ułatwiło to sprawy, ale koniec końców stwierdziłam, że chyba najsilniej w pamięci została mi nie żadna fikcja, a zbiór tekstów dotyczących współczesnej Rosji. Bardzo poszerzył on moją wiedzę na temat tego kraju i w sumie mocno przygnębił.

Komiks roku – „Rabbit Hole” Detrah

Jeszcze nieukończony dystopijny komiks na DeviantArt. Fabuła, jakich wiele – otumanione, zastraszone, kontrolowane społeczeństwo. Co wyjątkowego? Bohaterami są króliki, a sam komiks jest wspaniale rysowany – tylko trzy kolory, genialne uproszczenie rysunków… już sama oprawa graficzna przyciąga uwagę. Może nie jest to coś, co zmieni historię komiksu, ale warte poznania.

Film roku – „Monster” Patty Jenkins

Przygnębiający, poruszający, werystyczny film o prostytutce, która zdecydowała się na mordowanie swoich klientów. Oparty na faktach. Polecam, jeśli lubicie realistyczne obrazy ludzkiej psychiki. Gigantyczny szacunek mój dla twórczyni za całkowity obiektywizm w przedstawieniu głównej bohaterki.

Serial roku – „Hajime no ippo”

A tu coś weselszego. Niewiele obejrzałam seriali w tym roku i nie bardzo było z czego wybierac, ale ta japońska animacja zassała mnie jak magnes. Zaczyna się bardzo bardzo schematycznie – ubogi chłopak spotyka boksera, który odkrywa w nim TALENT. Widzieliśmy to milion pięcset osiem razy. Niemniej kiedy tylko zaczynają się w tym serialu „poważne” walki wciąga jak centrum Mlecznej Drogi – dramaturgią samych pojedynków, kreacją przeciwników, nawet parę zwrotów akcji jest niespodziewanych (le szok). Nie żeby tam nie wiadomo co poważnego, ale miło się ogląda i emocji nie brakuje. Pierwszy sezon tylko znam, drugi już mnie nie zachęcił na tyle, bym obejrzała więcej niż parę odcinków.

Gra roku – „Baron” Victora Gijsbersa

Wstrząsająca gra tekstowa. A konkretnie jej zakończenie jest wstrząsające. Jest krótka i bardzo przystępna nawet dla osób takich, jak ja, które mają małe doświadczenie w tekstówkach i na dodatek za grosz cierpliwości, jeśli gdzieś utkną.

Album roku – „Falling Apart” LukHash

Muzyka specyficzna – elektronika bardzo silnie zainspirowana grami retro z gigantyczną dozą energii, sporą dramaturgią, czasem patetycznymi momentami i po prostu pie*dolnięciem ;). Jednak zdecydowanie nie każdy zdzierży, przyznaję.

Utwór roku – „Weight of My Pride” Pay Money to My Pain

Mocny rock. Dobry rock.

Koncert roku – Jelonek

Rock na skrzypce. I to dobry. Bardzo dobry. Piękna muzyka i szaleństwo pogo też..

Restauracja roku – Per Se w Szczecinie

Boże, jak tam jest pysznie. Wszystko, co wzięłam było pyszne. Restauracja z tych ekskluzywnych, ale z cenami dość niskimi jak na taką restaurację. Absolutnie koniecznie polecam, jeśli Wam nie żal wydać kilkudziesięciu złotych na obiad.

Wystawa roku – Arcydzieła malarstwa z Galerii Narodowej w Berlinie, Muzeum Historyczne we Wrocławiu

Przepięknie namalowana architektura na tych obrazach chyba najbardziej mnie zachwyciła. Ten detal, te kolory…

Lifelines, Pekuxumi

Nadejszła wiekopomna chwila, że w końcu publikuję wpis o wspominanym już „Lifelines”, fanfiku z uniwersum Batmana (czy też, dokładniej rzecz ujmując, alternatywnego uniwersum DC), o którym tyle razy wspominałam. Wahałam się trochę przy tym opowiadaniu, co zazwyczaj źle wróży, ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam, że jednak skrzywdziłabym ten utwór wrzucając go do czytadeł. Ma swoje wady, ma jednak też bardzo poważne zalety i te ostatnie mimo wszystko przeważają. Mam nadzieję, że na Waszych prywatnych wagach też przeważą.

Ad rem przechodząc – fanfik skoncentrowany jest na komiksowej nietoperzej rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem Dicka, przez którego oczy widzimy fabułę przez sporą część opowiadania. Historia rozpoczyna się, gdy Dick mieszka już w Bludhaven walcząc ze złoczyńcami jako Nightwing, Jason jest w konflikcie z Brucem o kwestię zadawania śmierci, Barbara jest na wózku inwalidzkim, a Tim oraz Damian mieszkają w rezydencji Wayne’ów (żrąc się przy tym niemiłosiernie).

Bez grania na czas autorka ukazuje nam sedno opowiadania – Dick dowiaduje się, że zapadł na ostrą białaczkę mieloblastyczną. W wieku zaledwie 23 lat. Po latach walki ze złoczyńcami, conocnego narażania się na kule, trucizny i zasadzki, jego życiu zaczyna zagrażać nic innego jak rak. Dwa tygodnie później zmaga się już z chemioterapią i jej efektami. W typowy dlań sposób, koncentruje się on jednak na swojej rodzinie. Zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie on jest najsilniejszym spoiwem ją wiążącym i zaczyna czynić starania, by, w razie najgorszego, rodzina ta była silniej ze sobą związana niż ma to miejsce w chwili obecnej. I w zasadzie na tym opiera się cała historia. Mamy dwa główne wątki – pierwszy to opis postępującej choroby Dicka i jego nierównej walki z rakiem, drugi – ciekawe intrygi, które snuje, by zbliżyć swoją zwaśnioną i problematyczną rodzinę do siebie.

Historia ma sporo zalet. Po pierwsze, autorka jest ratownikiem medycznym i za punkt honoru postawiła sobie przedstawić chorobę Graysona i jego codzienne związane z nią przeżycia w sposób jak najbardziej realistyczny. Dla mnie jest to ogromny plus. Mam gigantyczny szacunek dla ludzi, którzy nie piszą z palca, tylko przeprowadzają odpowiednie badania zawczasu i widać, że Pekuxumi do nich należy. Jest to też duża wartość dodana historii – można sporo dowiedzieć się o życiu i „zwykłych” problemach ludzi zmagających się z rakiem. Jak dla mnie jedną z najlepszych scen w tej historii był moment, gdy w bloku Dicka zepsuła się winda i Nightwing, były Robin, wybitny akrobata „Fruwający Grayson”uświadamia sobie, że bez pomocy innych zwykłe przejście kilku pięter graniczy z cudem. Przerażająca mnie zależność od ludzi w ciężkiej chorobie pokazana jest jak na dłoni. Oczywiście nie mówię, że brakuje opowiadań i historii, które przedstawiają różnorakie zmagania się z rakiem – jak wiadomo, jest ich mnóstwo w księgarniach – więc może nie jest to nowatorskie, ale jest zrobione tak dobrze, jak tylko się da. I niezależnie od tego, że o raku słyszymy wszem i wobec, to jednak warto czasem sobie przypomnieć, co może czekać niestety każdego.

Druga zaleta – fabuła jest po prostu wciągająca i interesująco prowadzona. Chcemy dowiedzieć się, jak Dick będzie sobie radził z postępującą chorobą; chcemy doczytać, czy uda mu się przeżyć; z dużą satysfakcją śledzimy jego manipulacje rodziną i wiążące się z nimi mniej i bardziej zabawne bądź wzruszające sytuacje; z ciekawością też odkrywamy, że rodzinka też w manipulacjach nie pozostaje dłużna… Jest też i trochę akcji, nie wszystko dzieje się w samych szpitalach bądź wnętrzach domów. Ogólnie jest zatem ciekawie.

Trzecia zaleta historii – pod koniec opowiadania autorka fabularnie zadała niesamowicie poważne i dwuznaczne moralnie pytanie. I zrobiła to świetnie. Sam problem jest ważki, a jego przedstawienie doskonałe. Gdy doszłam do tego momentu wiedziałam, że nie mogę tego po prostu wrzucić do czytadeł. Za samo tak umiejętne podjęcie i skłonienie Czytelnika do myślenia w tak trudnym temacie i to za pomocą fanfika opowiadanie to zasługuje na uwagę.

Przechodząc od linii fabularnej do atmosfery – też jest umiejętnie zrównoważona. Wbrew temu, co mógłby sugerować temat historii, nie brakuje tu i humoru (nie jest może jakoś wybitnie nowatorski, nie zostaje szczególnie w pamięci, ot, zwykłe zabawne sytuacje z życia rodzinnego, niemniej dobrze napisane) i bardziej pozytywnych momentów. Nie jesteśmy przytłoczeni smutkiem i poczuciem beznadziei.

Co do wad – widać czasami w konstrukcji części sytuacji, że jednak jest to troszkę grające na emocjach dobre czytadło. Zresztą już samo główne założenie: mamy sobie uwielbianą przez wielu, skonfliktowaną, mroczną rodzinkę. Każdy po cichu chce ich widzieć zjednoczonych (zajrzyjcie na pinteresty czy inne tumblry, jeśli nie wierzycie). Więc cóż lepszego napisać niż historię o tym, jak nasz ulubiony Robin zapada na ciężką chorobę, która staje się pretekstem do pogodzenia wszystkich? Bardziej typowego lepu na czytelnika nie można wymyślić (chyba ;) ). I momentami widać wyraźnie, że autorka w sposób zdecydowanie świadomy chce grac na emocjach – tu wstawi jakąś nie do końca pasującą, ale oczekiwaną przez wszystkich dramatyczną kłótnię, tam wstawi nie do końca pasujące bardzo poważne i poruszające kazanie, tam jakąś wzruszającą akcję. Żeby była jasność, wszystko to jest napisane dobrze, ale jednak wprawne oko dostrzega podbarwianie pewnych rzeczy na siłę, ku dostarczaniu silniejszej dawki emocji i wzruszeń. Przez to miałam od czasu do czasu wrażenie, że trochę cierpi realizm postaci i cokolwiek mi to zgrzytało. Niemniej nie na tyle, by całkiem zniechęcić do lektury. Zwłaszcza że jest i sporo całkiem równych momentów.

Trudno wypowiadać mi się o kanoniczności, jako że fanką Batmana jestem gorącą, ale niestety dość powierzchowną – zakochana byłam w Batmanie dawniej, za czasów wcale dobrego serialu animowanego na Cartoon Network i starych filmów; komiksów natomiast nie czytałam (co teraz nadrabiam). Zatem nie jestem pewna, jak kreacja postaci się ma do tych ostatnich. Inni czytelnicy nie mieli prawie żadnych zarzutów. Ja sama miałam wrażenie, że Bruce jest zbyt mocno ogołocony z umiejętności interpersonalnych (co, jak wspomniałam wyżej, służy autorce do tworzenia emocjonalnych konfliktów); Damian też jest trochę niekonsekwentnie napisany – aczkolwiek przyznaję, że to bardzo trudna postać do realistycznego wykreowania; jedna scena z Timem też wydawała mi się nie do końca pasująca do całokształtu i trochę na siłę wrzucona dla wyższych, fabularnych celów. Byc może też, że właśnie takie te postaci są, tylko ja je zbyt słabo znam z kanonu. Zdecydowaną większość czasu jednak jest bardzo dobrze. Dick i Jason są idealni, no i Alfred…

Styl jest raczej przezroczysty. Autorka jest Niemką rumuńskiego pochodzenia, ale bardzo dobrze radzi sobie z angielskim (ponoć ma też świetne bety), choć wciąż nie jest to poziom, by styl zwracał na siebie uwagę bardziej wybitnymi opisami czy ciekawymi sformułowaniami. Nie odrzuca też jednak prostotą czy topornością.

Zasadniczo więc bardzo polecam. Mimo że opowiadanie trochę momentami szepcze do nas „Jestem takim bardziej ambitnym czytadłem” i „Chodź, pobawimy się Twoimi emocjami, jak w dobrej telenoweli”, to jednak jest na tyle dobre i wciągające, że warto się z nim zapoznać. Zwłaszcza i przede wszystkim, jeśli się lubi nietoperkową rodzinkę.

Nadmienię też, że powstał sequel (oraz, eee, interquel?) tego opowiadania – „Faultlines”. Tego już niestety z czystym sumieniem każdemu polecić nie mogę. Bynajmniej nie twierdzę, że kolejna historia o Nietoperzach jest zła. Zdecydowanie jednak przesunęły się w niej odważniczki emocjonalne. Trudno mi cokolwiek w sumie pisać bez zdradzania zakończenia „Lifelines”, ale mogę powiedzieć tyle, że fabuła w „Faultlines” została mocno nakierowana na problemy psychiczne jednego z bohaterów (związane właśnie z wcześniejszą historią i jej zakończeniem), dobrze zresztą medycznie i psychiatrycznie uzasadnione (choć trochę zbyt późno, przez co jesteśmy mocno zirytowani jego zachowaniem). Atmosfera jest zdecydowanie cięższa, odbiór głównej postaci z powodu jej problemów dość utrudniony i brakuje tu jakiegoś zbalansowania. A może po prostu opisywanie zaburzeń mentalnych w taki sposób, by czytelnika przytrzymać przy historii, to już po prostu zbyt wysoka poprzeczka dla początkującego pisarza. A może po prostu przeskok w odbiorze jest zbyt duży w stosunku do „Lifelines”. Powiem jedynie, że o ile doceniam próbę zmierzenia się z kwestiami zdrowotnymi innego typu niż rak i pewne problemy nawet są mi dość bliskie, o tyle po prostu ciężko mi się to czytało (dla porównania recenzowany przeze mnie wcześniej „Growing pains, orange bitters„, choć też podejmuje bardzo trudne kwestie psychoseksualne, to radzi sobie z nimi zdecydowanie lepiej, jeżeli chodzi o porwanie czytelnika). Zatem nie zniechęcam, ale też nie zachęcam.

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6

Humor: 5/6

Akcja: 6/6

Styl: 4/6

Kanoniczność: 5/6?

Język: angielski

Fandom: Batman

Adres: https://www.fanfiction.net/s/8309854/1/Lifelines

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny