Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Czytadło z Fullmetal Alchemist #02

Znowu nieBatman. I znowu czytadło z FMA. Opowiadanie wciąż nieskończone, ale wciągające dość, choć, ponownie, nie wnoszące niczego niesamowicie nowatorskiego poza mierzeniem się Edwarda z urokami wojny… parę błędów rzeczowych, Mustang jakiś taki chyba nie w stu procentach kanoniczny, ale poza tym nie można się do niczego przyczepić i chce się czytać. Całość koncentruje się na Edwardzie, z dość częstymi interakcjami z Mustangiem i Hawkeye. Język angielski.

https://www.fanfiction.net/s/5447742/1/Loyal-Dogs

Reklamy

Czytadło z Fullmetal Alchemist #01

Tak, wiem, że miał być Batman. Będzie. Ale czytam jeszcze sequel do Batmanowej historii (a raczej troszkę męczę), więc cierpliwości. Międzyczasie przemknęło mi przed wizjerkiem czytadełko z Fullmetal Alchemist, a że przy czytadłach się nie wysilam specjalnie (w sensie recenzji), to i wrzucam od razu:

https://www.fanfiction.net/s/11941313/1/The-Violin

Czytadełko w sumie nic nie wnosi unikalnego czy poważnego czy nowego, ale jest przyjemnie napisane, postaci bardzo zgodne z kanonem i dość wciąga. Nieskończone jeszcze, więc kto wie, może i się rozwinie bardziej wybitnie (choć w sumie wątpię). Niemniej miło się czyta, jak ktoś ma zapotrzebowanie na trochę więcej Edwarda Elrica oraz ekipy Roya. Język angielski

Pytanko techniczne – Lubimy Czytac oraz życzenia!

Dzisiaj offtop trochę (choc w sumie nie do końca) – o, ludzie dobrzy, którzy macie blogi na wordpressie i konta na Lubimy Czytać, tudzież znacie takich ludzi! Czy możecie mi zdradzić, jak zmusić do posłuszeństwa wtyczkę LC? Bo mnie ona nie słucha, pewnie dlatego, że mam taki dziecinny głosik, i stanowczo odmawia posłuszeństwa :(. Poza tym, gdyby ktoś chciał mnie dodać do znajomych z LC, to jestem pod swym imieniem i nazwiskiem (Joanna Niedziałek) i na zdjątku mam mugiwarę, tzn. słomiany kapelusz.

I drugi offtop – jakby czasem tak się stanęło, a stanąc się czasem może, znając mnie, że nie uda mi się wrzucić posta żadnego przed Bożym Narodzeniem, to już teraz, z góry, życzę Wam Wszystkim:

  • krótkich kolejek do mięsnego
  • albo długich kolejek do mięsnego, jeśli chcecie spotkać mnie osobiście w moim żywiole
  • udanych prezentów (dla tych, co obchodzą prezentowanie choinkowe)
  • braku dziwnych spojrzeń od znajomych, jeśli nie praktykujecie prezentowania
  • spokojnych dni wolnych, jeśli w ogóle nie praktykujecie tego typu świętów
  • niezależnie od wiary, przekonań, wieku, doświadczeń dotychczasowych ze świętami, orientacji seksualnej, politycznej i w terenie, koloru skóry, szminki i kapci życzę przede wszystkim naprodukowania miłych wspomnień w tym okresie
  • i tam wygranej w Totka, to wiadomo
  • …a no i więcej wspaniałych postów ode mnie, zwłaszcza takich o kontrolowanej długości i jakości :)

 

PS.: Niedługo…. nananananananana, Batmaaaaan! :D

Czytadła z Żółwi Ninja #01

Zaskakująco szybko znów ja. Słusznie domyślacie się, że coś w tym podejrzanego jest i istotnie, dziś nie będzie porządnej pełnoprawnej recenzji. Wynika to z faktu, że ostatnimi czasy zaczynają mi coraz bardziej naprzykrzać się fanfiki, które nie są na tyle świetne, abym mogła je uczciwie zachwalać, ale i tak wsysają jak chipsy czy inne tam śmieciowe żarcie, do którego koneserzy dobrych restauracji się przecież na swoim blogu nie przyznają ;). Z drugiej strony trochę żal faktu, że miałyby przepaść całkiem w bezkresach internetu, gdy jednak jakąś tam przyjemną rozrywkę dostarczają, zwłaszcza że, cóż, dobre czytadło też trzeba umieć napisać. I czasem też miło przeczytać, oczywiście nie przyznając się do nikogo.

Tak więc, streszczając się (czego, jak zauważyliście, nie lubię), mówię wszem i wobec, że od tej pory będę też Wam nieoficjalnie podrzucać czytadła i czytadełka. Nie będą one porządnie recenzowane, bo znęcać się nie lubię, a i niesmacznie bym się czuła jadąc po czymś, co czytałam łapczywie do późnej nocy ;). Ot, po prostu, co jakiś czas wrzucę posta oznaczonego jako #czytadła, gdzie będą linki i bardzo krótki opis. Nie będą też one w swoich właściwych kategoriach, żeby nie robić bałaganu między ambitnymi fikami, tylko będą wszystkie hurtem w „Czytadłach” właśnie. I tak, psze bardzo mie tu nie oceniac po nich, chipsy też czasem cza wszamać ;).

Tak więc na dziś dwa czytadełka, na które natknęłam się szukając dobrych fików z Żółwi Ninja:

Adventures in Turtle Sitting – ot, miły, ciepły obraz rodzinki żółwiowej w alternatywnym wszechświecie, w którym April spotyka Splintera, gdy żółwie są jeszcze małe i sporo mu pomaga w ich wychowywaniu. Typowa historia na ukojenie nerwów o kochającej się rodzince. Język angielski

April’s Diary – komedia nastoletnia :). Inaczej się tego nie da nazwać. Żółwie są nastolatkami i pakują się w różne problemy związane z byciem nastolatkami. Jest wesoło i szalenie, czasem mądrze, czasem głupiutko. Humor miejscami cudowny, miejscami tragiczny, fabuła wartka jak potoki w Tatrach, zwroty akcji niebywałe i bardzo bywałe, bardzo dużo gadania o seksie (samego seksu niet), bywa gorzej, bywa lepiej, ogólnie bawi i wciąga o wiele bardziej niż na to zasługuje ;). Język angielski

Pamiętajcie, że to czytadła, więc nie spodziewajcie się cudów i proszę mnie nie obwiniać, jak nie przypadnie do gustu ;).

Do zobaczenia w kolejnym wpisie, który będzie już niedługo (le shock!). Jak tylko zdecyduję się, czy Lifelines z Batmana umieścić w czytadłach (trochę jest zbyt dobre) czy w normalnym wpisie (trochę jest zbyt słabe). Czyli biorąc pod uwagę, że codziennie zmieniam decyzję, to owo „niedługo” może być przedmiotem dyskusji. I bardzo bym chciała, żeby moje życie składało się z takich właśnie problemów :). Jeśli ktoś Lifelines zna, proszę o kontakt w celu dysputy merytorycznej! :D

Growing Pains and Orange Bitters, Serendipity

Proszę Państwa, niniejszym stała się rzecz niesamowita! Mamy drugi wpis w tym samym kwartale! Celebrując tę okazję, która niewykluczone, że już się nie powtórzy, otworzę chyba szampana z dawien dawna czekającego na jakiś Wyjątkowy Moment, heh. Nie bez wpływu na ten radosny rozwój wydarzeń był mniej radosny rozwój wydarzeń, jakim jest zerwanie z osobnikiem płci przeciwnej i chwilowy brak dodatkowej pracy. Niemniej nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (przynajmniej w tym wypadku), więc mam zaszczyt przedstawić kolejną dobrą fanfikcję.

Opowiadanie, do którego część z Was zachęcam w niniejszym wpisie, jest dość wyjątkowe pod paroma względami. Wzgląd pierwszy to fandom, którego ono dotyczy, czyli… Wojownicze Żółwie Ninja. Spora część z Was zastanawia się pewnie, czy strona zmienia profil na „fanfikcja dla młodszej młodzieży”, tudzież czy rozstanie z mężczyzną nie stało się zbyt dużą traumą rzutującą na mój gust czytelniczy. Prawdą jest jednak, że zawsze chciałam, by ten blog obejmował jak najwięcej różnych (wszech)światów, nie koncentrując się tylko na tych najbardziej popularnych i oczywistych typu Harry Potter czy inne tam Final Fantasy. Z tego też powodu zaglądam na najróżniejsze działy stron z fanfikcją, byle były mi w miarę znane.

A Żółwie Ninja, ku mojemu zaskoczeniu, cieszą się całkiem przyzwoitą popularnością, więc czemu by się nie zapoznać z tym, co fascynuje młodzież (sama zresztą w dawnym dzieciństwie chętnie je oglądałam). Przyznam jednak szczerze, że nie nastawiałam się na zbyt wyrafinowaną prozę, jako że i odbiorcy tego fandomu kojarzą mi się raczej z młodymi chłopakami, po których spodziewałam się opowiadań pełnych wybuchów, prostych dowcipów i jeszcze prostszej fabuły. Liczyłam więc, że jeśli już coś z tego uniwersum tu trafi, to będzie to może jakaś bardzo udana parodia (w praktyce musiałam przebrnąć przez mnóstwo tzw. angstu /zwanego również Młodzieżowym Bólem Rzyci-znaczy Życia/ oraz gorzej niż tragicznego kazirodczego porno (!!)*, okraszonego, Bogu dzięki, paroma przemiłymi, rodzinnymi opowiadaniami, które się cudownie czytało, ale które w sumie, obiektywnie patrząc, były słodkimi ale jednak średnimi fabularnie czytadłami). A tu nagle zaskoczenie. I tu dochodzimy do meritum (wreszcie), jakim jest drugi wzgląd, który czyni to opowiadanie wyjątkowym.

Oddam może głos niezbyt szczęśliwemu opisowi fanfika: „Michelangelo experiences some new feelings towards his brother, and they’re not exactly welcome. But the further you suppress something, the more it takes out of you, and it’s only a matter of time before you just let it out.” Tak, jest to jedna z tych zapowiedzi, po których przeczytaniu uciekamy jak najdalej stąd, jak najdalej stą~d. Będąc twarda jednak jak zawsze dałam szansę jednemu rozdziałowi. I wyjątkowo miałam rację. Fanfik, tak jak wskazuje zapowiedź, podejmuje temat kazirodczych odczuć względem własnego rodzeństwa. Jest to rzecz niestety dość popularna w opowiadaniach młodych dziewczynek, którym znudziły się konwencjonalne gejowskie romanse i potrzebują większej stymulacji wyobraźni. W 99 przypadkach na 100 opowiadania takie są mniej lub bardziej tragiczne. Serendipity jednak najwyraźniej, podobnie jak i zresztą ja po przeczytaniu któregoś z kolei bohomazu słownego, odczuła potrzebę pokazania światu, co tak naprawdę stałoby się, gdyby przeciętny normalny człowiek – ok, w tym wypadku akurat zmutowany dwunożny żółw – zaczął pożądać własnego brata. Jak mogą się domyślić ludzie obdarzeni minimum zdrowego rozsądku – nic dobrego.

Po pierwsze w opowiadaniu nie ma ani grama porno. Nie ma grama seksu. Nie ma grama żadnej „złej” fizyczności. Cała fabuła koncentruje się na odczuciach Michelangelo, który odkrywa w sobie niezbyt, nomen omen, pożądane odczucia, i nie wie, jak ma sobie z nimi poradzić oraz na tym, jak jego problemy wpływają na funkcjonowanie całej żółwiej rodziny (a wpływają nienajlepiej). Jest to jedno z opowiadań, gdzie najważniejsze są w miarę realistyczne opisy psychiki, przemyśleń, odczuć i zachowań głównego bohatera, więc jeśli odstręczają Was tego typu rzeczy i szukacie bardziej wartkiej akcji, to możecie się zniechęcić. Ja osobiście uwielbiam tego typu konwencję. Co nie znaczy, że poza samym światem wewnętrznym Michelangelo nie pojawia się nic ciekawego – obserwujemy życie całej piątki mutantów (z pojawiającymi się gościnnie przyjaciółmi), ich dowcipy, treningi, akcje, w których biorą udział. Jest nawet nieśmiertelna dla wszystkich tworów przygodowych scena z uciekaniem z budynku w takt tykania podłożonej tam bomby (swoją drogą jeden ze słabszych momentów, przez parę ważnych niedociągnięć fabularnych). Niemniej jednak najważniejsze jest to, co dzieje się z głównym bohaterem.

I tu przechodzimy do pierwszej gigantycznej zalety tego opowiadania – doskonałego, moim skromnym zdaniem, opisu pogłębiającej się depresji. Na początku opowiadania mamy typowego wesołego Mikey’iego, z dowcipnymi przycinkami, lekko sarkastycznie i wesoło odbierającego otaczający go swiat, a także własne problemy. Z biegiem czasu jednak narastający w nim problem zaczyna go coraz bardziej przerażać, budzić coraz większą niechęć do siebie, strach przed kontaktem z własną rodziną, strach przed erotycznymi snami, które uniemożliwiają mu spokojny wypoczynek. Problemy ze snem wpływają na zaburzenia emocjonalne. Niechęć do samego siebie powoduje narastającą depresję. Wszystko to razem przyczynia się do jego samoizolacji w kręgu własnej rodziny, do konfliktów, do typowej dla depresji całkowitej utraty zainteresowania czymkolwiek, utraty apetytu, problemu z ćwiczeniami i walką (co ostatecznie może narazić pozostałych członków rodziny na śmierć w trakcie którejś z akcji)… Wszystko to są oczywiste oczywistości dla czytelników, którym problem depresji jest znany. Niemniej jednak często mam wrażenie, że takich osób jest wciąż stosunkowo mało, cieszę się więc, że tego typu problem został podjęty w stosunkowo popularnej wśród młodszych czytelników formie fanfika. Na świat patrzymy oczami Michelangelo i tu również trzeba przyznać autorce, że doskonale oddała, jak zaburzone jest widzenie rzeczywistości u osoby z depresją, insomnią i niedożywieniem. Gdy sytuacja głównego bohatera się znacznie pogarsza, pojawia się coraz więcej momentów, gdy Michelangelo reaguje przesadnie nerwowo czy wręcz agresywnie, gdy zachowuje się nielogicznie, myśli sprzecznie z tym, co przed chwilą sam stwierdzał, staje się powtarzalny w negatywnych emocjach. Może to drażnić, ale tylko jeśli zapomina się, w jakim stanie psychofizycznym jest nieszczęśny żółw. Gdy jednak się o tym nie zapomina, tym lepsze wrażenie robi opowiadanie, pozwalając rónież zrozumieć, jak ciężko jest nieraz żyć z tak chorą osobą.

I tu dotykamy kolejnej zalety: świetnie opisana jest rodzina – próbujący pomóc, ale kompletnie nie wiedzący, jak to zrobić, nie rozumiejący wybuchów Mikey’iego, nie rozumiejący jego problemów z koncentracją, jego izolacji (Mikey oczywiście nie zwierza się, w czym tkwi problem; kto zresztą powiedziałby coś takiego komukolwiek?). Każdy próbuje podejść do niego na swój sposób – ktoś próbuje go namówić na uzewnętrznienie się, ktoś inny rozerwać, ktoś inny prawi kazania o narkotykach czy złym wpływie gier komputerowych… wszystko to znowu jest dobrze znane ludziom z depresją. I smutne jest, jak wszelkie wysiłki spełgają na niczym, a na szczęśliwą niegdyś grupkę pada cień ciężko w sumie chorego członka rodziny. Dobrze oddane są też reakcje jedynej osoby, która w końcu poznaje prawdę – najpierw naturalne niestety, odruchowe obrzydzenie, później nieporadne próby rozwiązania problemu, naznaczone kompletnym brakiem pojęcia, jak w ogóle zachowywać się w takiej bardzo nietypowej sytuacji i co może tak naprawdę pomóc.

Styl jest bardzo dobry. Opowiadanie od razu kupiło mnie właśnie sposobem narracji – nie jest zbyt barokowa, jak to czasem bywa, gdy ktoś próbuje na siłę pokazywać swoje umiejętności; nie jest też zbyt prosta, za to doskonale przekazuje wszelkie sceny i emocje. Celuje w krótkich acz niezmiernie trafnych opisach, które w kilku prostych słowach natychmiast dają nam pojęcie o całym obrazie i – przez pierwszą część opowiadania – jest przesycona świetnym poczuciem humoru. Mówiąc szczerze, odniosłam wrażenie, że ideałem autorki jest styl Pratchetta i, choc sporo od niego odbiega, to i tak jest bardzo dobrze.

Opowiadanie nie jest pozbawione wad, coby nie było zbyt cudownie. Jest trochę scen, które jak najbardziej są potrzebne fabule, ale zostały napisane mało przekonująco w szczegółach – jak na przykład scena rozmowy April z Michelangelo – gdzie zastanawiamy się, czemu Mikey prowadzi całą tę rozmowę tak kompletnie bez sensu ;), choć można było mu dać bardzo sensowną motywację, czy na przykład scena snu, która miała na celu pokazać krytyczny stosunek autorki do bzdurnych romansideł, ale została ewidentnie napisana w pośpiechu i na odczepnego, odstając od reszty poziomem i zamiast rozbawienia budzi niesmak.

Co do kanoniczności, tu nic nie powiem, bo przyznam szczerze, nie pamiętam aż tak dokładnie Żółwi, niemniej inni czytelnicy twierdzą, że jak najbardziej została zachowana. Ja osobiście mam silne wrażenie, że charakter Raphaela w jednej scenie był mocno zepsuty przez autorkę (ale już w pozostałych było dobrze).

Podsumowując, nie jest to może opowiadanie, które polecę każdemu. Niemniej jednak jest bardzo ciekawe, bo powiedzmy sobie szczerze – czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek, że mógłby zaistnieć dobrze napisany, poważny utwór dotykający problemów seksualnych i depresji o Żółwiach Ninja? No właśnie. Tak więc polecam, jeśli chcecie zobaczyć, czego to nie ma na internecie ciekawego ;). Albo jeśli chcecie zobaczyć dobry opis depresji. Albo po prostu lubicie dobry niekwiecisty dowcipny styl. Albo Żółwie Ninja dla dorosłych.

A ja od siebie dodam, że skoro oczekując po Żółwiach Ninja wesołej parodii, trafiłam na coś takiego, to teraz przeglądając opowiadania o Batmanie spodziewam się natrafienia na dobrze napisany wesoły pozytywny romans z gromadką dzieci i herbatką przy kominku. I uśmiechniętym (uwaga, spoiler!) Brucem. Bo widać wszystko da się zrobić :).

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 5/6

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 5,5/6

Język: angielski

Fandom: Wojownicze Żółwie Ninja

Adres: https://www.fanfiction.net/s/3750308/1/Growing-Pains-and-Orange-Bitters

*które na dodatek cieszyło się dużą popularnością. Mój mózg nie wiedział, czy ma płakać bardziej nad tym, co czyta** czy nad świadomością, że komuś się to podoba

**Bogu dzięki, przeczytałam tylko jeden rozdział… a i tak trauma na całe życie gwarantowana…

The Road Less Traveled, verityburns

Dziś zaczniemy od paru słów od prowadzącego, jako że pasowałoby się usprawiedliwić może. Nieliczni czytelnicy mojego bloga pewnie żyją w przekonaniu, że nastąpiła śmierć tegoż tudzież mojej osoby. Spieszę więc radośnie oznajmić, że póki co świat ten cieszy się nadal mą nieocenioną obecnością. Blog rzeczywiście zastygł w milczeniu, co jednak nie wynika z mojego porzucenia jego idei, a raczej z problemów związanych właśnie z tą ideą. A ideą, żeby sobie popowtarzać to piękne, pełne samogłosek słówko, było recenzowanie najlepszych fanfików. A znalezienie takowych jest trudniejsze niż by się mogło zdawać. Przyznaję też uczciwie, że życie też ma swoje pomysły na mnie, w tym dwie prace, kilka hobby plus chwilowy związek. Tak więc, no, wiadomo. Niemniej jednak przedzieram się przez różne opowiadania szukając tych, których bym się nie wstydziła polecić każdemu i wybieram tylko te najlepsze. Bądźcie więc w kontakcie.
W dzisiejszym odcinku, ad rem przechodząc, zrobię coś, czego nigdy w planach robić nie miałam, a jakby mi tak kto powiedział, że to zrobię, to bym go zelżywie wyśmiała. Niemniej okazało się to silniejsze ode mnie, a i moje współczucie nad Waszą egzystencją pozbawioną poniżej opisanych radości odegrało tu niemałą rolę. Porzucając więc nadmiernie zawiły styl wynikający z późnej godziny i braku leków na rozum mówię krótko: dziś recenzuję kawałek fanfika. Bynajmniej nie dlatego, że nie chciało mi się go doczytać do końca alboliteż by ponabijać posty recenzując od dziś fiki po rozdziale.
Właściwą przyczyną jest fakt, że fanfik ów genialny jest przez pierwsze 6 rozdziałów. Śmiałam się, czytając je, jak dziki chomik (nie urażając szacownych i poważnych przedstawicieli tego gatunku, którym daleko do frywolności i beztroski) i pochłonęłam z zapałem godnym płatnej sprawy. Po 6 rozdziałach jednakże opowiadanie skręciło w odrobinę innym kierunku niż ten, na który liczyłam i niestety stało się zdecydowanie mniej fascynujące. Przeskok był wielki do tego stopnia, że bez odpowiedniej tzw. fazy nie byłabym (i w sumie nie byłam) w stanie przez nie przebrnąć. Wybitność pierwszych kilku rozdziałów jest jednak tak niezaprzeczalna, że po krótkiej walce stwierdziłam, że konieczne jest byście zapoznali się z nimi, gdyż vita jest zbyt breva, by przepuszczać dobrą okazję oplucia klawiatury. Tak więc przedstawiam Wam niniejszym recenzję kawałka fanfiku.
Opowiadanie nosi tytuł ‚The Road Less Traveled’, a stworzone zostało w języku angielskim przez verityburns, autorkę (autora?) specjalizującą się w opowiadaniach z fandomu Sherlocka. Na stronie Archive of Our Own uzyskało ono prawie 1800 kudosów, więc popularnością się cieszy, o czymkolwiek by to nie świadczyło. Istnieje nawet jego polskie tłumaczenie (aczkolwiek nie czytałam, jego jakości zatem nie znam). Akcja rozgrywa się w alternatywnym świecie Sherlocka BBC, lecz alternatywność ta nie jest zbyt wielka i polega głównie na tym, że zalicza się ono do tzw. johnlocków. Ci, którzy są w temacie w tym momencie bądź piszczą z radości bądź uciekają z krzykiem. W powstałym hałasie pozostałym objaśniam, że johnlockami nazywamy te opowiadania, które z żarliwością wielką wspierają przedstawianie panów Holmesa Sherlocka i Watsona Johna w postaci rozmiłowanej w sobie pary. Cóż, ja tego w serialu nie widzę ani, stety lub niestety, nie marzę o tym, niemniej każdy ma swoje fazy i fantazje, nikogo więc nie oceniam*. Opowiadania te jednakże często są mizernej jakości, czy to fabularnie czy językowo czy pod kątem przedstawienia postaci.
‚The Road Less Traveled’ szczęśliwie jest wyjątkiem od tej reguły. Przynajmniej w tej części, na której się skoncentrujemy. Fabuła, jak to nieraz bywa nawet przy bardzo dobrych fanfikcjach, jest w sumie dość schematyczna w streszczeniu – przychodzi Mycroft do dok… do Sherlocka i uderza w te słowa: „Sherlocku, ja, Brat Twój,  Ci mówię, że John Ci ubieży w podskokach w ramiona lubieżnej kobiety”. No, dobrze, może nie do końca tak powiedział, ale sens pierwszego, wprowadzającego rozdziału jest właśnie taki – Mycroft zwraca uwagę Sherlockowi, że uganianie się Johna za kobietami, mimo iż do tej pory bezproduktywne, w końcu pewnego dnia może zakończyć się sukcesem. A gdy zacznie się jego życie rodzinne, czas poświęcany słynnemu detektywowi  nieuchronnie się skróci, słowem skończy się szerlokowanie. Sherlock rozważył przestrogę i na mocy metody dedukcji i doskonałej swej znajomości ludzkiej psychiki doszedł do jakże trafnego, w swoim mniemaniu, wniosku, że skoro John generalnie preferuje przebywanie z nim (co ewidentnie widać po jego zachowaniach) i bardzo ceni jego wspaniałą osobowość i fascynujący sposób bycia, to jedynym zadowalającym wyjaśnieniem przyczyny, dla której w ogóle potrzebna mu jakaś kobieta jest brak seksu i ewentualnie ogólnej bliskości psychofizycznej. Dla genialnego aktora i manipulatora, jakim jest Sherlock, rozwiązanie problemu jest całkiem proste. Dajemy Johnowi to, czego mu brakuje, w efekcie John nie ma już żadnego powodu, by uganiać się za kobietami i w ogóle spędzać bez sensu czas z kimkolwiek innym niż Sherlock. Proste i logiczne, by nie rzec banalne…
Opowiadanie udanie wykorzystuje metodę zmian punktów widzenia. Co drugi rozdział obserwujemy snucie i wykonywanie genialnego planu oczami zadowolonego z siebie Sherlocka, a co drugi rozdział współczujemy biednemu skonfundowanemu do reszty, zakłopotanemu i momentami nawet chyba odrobinę przerażonemu heteroseksualnemu Johnowi, któremu najwyraźniej genialny współlokator zwariował. To znaczy współczujemy w tych momentach, gdy nie rzęzimy ze śmiechu, czyli w sumie rzadko. Po pierwszym rozdziale, który będąc rozdziałem wprowadzającym, nie reprezentuje sobą niczego szczególnego, choć zachęca do dalszej lektury, autor rozwija skrzydła w dziedzinie doskonałego poczucia humoru, lekkiego prowadzenia fabuły i dość wiernego przedstawiania sposobu myślenia i zachowania zarówno Johna, jak i Sherlocka. Krztusimy się ze śmiechu śledząc myśli detektywa, przekonanego o swej szerokiej (z internetu wziętej) wiedzy na temat sposobów uwodzenia mężczyzn pokroju Johna i obserwując jego kolejne starannie rozważone kroki. Płaczemy z radości poznając reakcje Johna na te jakże doskonałe kroki i przyglądając się jego rosnącemu przerażeniu będącemu odpowiedzią na niespotykane zjawisko będące ewidentnie zalecającym się doń Sherlockiem. Wiernie kibicujemy każdej rysie w planie i zastanawiamy się, kto pierwszy skończy za oknem – John z własnej nieprzymuszonej ochoty czy Sherlock z nieprzymuszonej ochoty Johna.
Język jest przyjemny, niezbyt zawiły, ale też nie przesadnie prosty; charaktery dobrze oddane, no może z wyjątkiem Mycrofta, który momentami odstaje trochę od swojego pierwowzoru, aczkolwiek tragedii nie ma. Zwroty akcji może nie są zbyt nowatorskie, ale też, dzięki dawce humoru, nie są rażące we wtórności, a wszystko rekompensują zachowania obu głównych bohaterów pełne zdecydowanie niezamierzonego przez żadnego z nich komizmu, choć wciąż pasujące do ich osobowości. Mimo iż cała historia z wymyśleniem takiego planu  przez Sherlocka może wydawać się z początku trochę naciągana, to jednak po chwili czytania dochodzimy do wniosku, że w sumie nie byłoby to tak dziwne dla tego dość egoistycznego i oderwanego od relacji międzyludzkich bohatera.
Zdecydowanie więc polecam. Czy się jest fanem johnlocków czy wrogiem, te kilka rozdziałów warte są poświęcenia części wieczoru, gdyż, jak powszechnie wiadomo, śmiech to zdrowie.

Czuję się jednakże zobowiązana do krótkiego przedstawienia reszty opowiadania, by wrogowie johnlocków nie zapuścili się zbyt daleko narażając się na nieuchronną traumę. Niestety po szóstym rozdziale zmienia się zdecydowanie atmosfera tej powiastki skręcając dość zaskakująco i gwałtownie w stronę typowego romansu. Oczywiście autor, który stworzył kilka tak dobrych pierwszych rozdziałów, nie spada nagle na łeb, na szyję na poziom ledwie klecącego zdania nowicjusza o zerowej znajomości sztuki pisarskiej, widać niemniej, że jest zbyt opanowany wizją czułej miłości obu bohaterów. Reszta opowiadania doskonale pasowałaby do osobnej powiastki, będącej stereotypowym johnlockiem, ale z przyzwoitym stylem i dość rozbudowaną, choć schematyczną narracją; w ogóle jednak nie pasuje do lekkiego i zabawnego początku. Do bardzo małych ilości topnieje dotychczasowy humor, zastąpiony romantycznymi uniesieniami, wzruszeniami i przemyśleniami. Wesoła akcja ustępuje romansowi z Dramatycznym Zwrotem w postaci Bolesnego Rozczarowania i Rozstania zakończonym, jakże by inaczej, Szczęśliwym Zakończeniem. Oczywiście nie może zabraknąć scen coraz śmielszych macanek, a w końcu i krótkich opisów seksu. Gdzieś międzyczasie pojawia się niewybaczalna scena Sherlocka chlipiącego w ramionach Mycrofta. Apage Satanas. Również sam fakt, że heteroseksualny ponoć John jednak znajduje przyjemność w byciu z Sherlockiem, mimo wyjaśnienia w tekście, zdecydowanie mnie nie przekonuje. Tak więc, powiem szczerze, że jeśli johnlock jest tym, czego aktualnie potrzebujecie do szczęścia, można czytać dalej. Nie jest tragicznie, a wiadomo, że jeśli ma się zapotrzebowanie na dany typ romansu w danym momencie, to przymyka się oko na różne rzeczy, bo w sumie nie o to w tym chodzi, tylko o to, by działo się, co ma się dziać. Troszkę jak z porno ;). Ale jeśli nie macie takiej potrzeby, to myślę, że nie ma najmniejszego powodu, by kontynuować czytanie. Przyznam sama, że przeczytałam dokładnie parę następnych rozdziałów, a następne już tylko przejrzałam, bo przeczytanie wnikliwe jednak było odrobinę ponad moje wątłe siły.
Ale te sześć rozdziałów przeczytajcie koniecznie! Albo sobie zapiszcie na dysku na czarną, wymagającą śmiechu, godzinę!.

Podsumowując: polecam sześć rozdziałów!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6 (za Mycrofta :( )

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 5/6

Kanoniczność: 5/6

Język: angielski (dostępne tłumaczenie)

Fandom: Sherlock (BBC)

Adres: http://archiveofourown.org/works/331205/chapters/534451

*Albowiem Pismo mówi: nie osądzajcie, a nie osądzą Waszych własnych opowiadań o Sengoku i Akainu tudzież Garpie

Interlude for Eight Straw Hats and One Giraffe, Maldoror

Ledwo założyłam blogi, a już życie nie pozwala mi na nich regularnie pisać. Postaramy się jednak z tym walczyć w miarę skromnych możliwości.

Kolejne opowiadanie, które z całego serca polecam to ‚Interlude for Eight Straw Hats and One Giraffe’ autorstwa Maldoror. Maldoror pisała w języku angielskim (niestety czas przeszły, bo od kilku lat nie widuję już jej opowiadań) opowiadania z fandomów Gundam Winga, Naruto i One Piece’a. Nie przeczytałam wszystkich jej fików, ale te, które poznałam cechują się: dużym autentyzmem przedstawiania postaci, zarówno jeśli chodzi o realizm psychologiczny, jak i trzymanie się tzw. kanonu; świetnym operowaniem zarówno powagą, jak i poczuciem humoru; dbałością o szczegóły fabularne; dojrzałym przedstawianiem romansów, zarówno od psychicznej, jak i fizycznej strony. Ostrzegam lojalnie, że część jej opowiadań należy do pogardzanego przez wielu gatunku yaoi (czyli przedstawiającego homoseksualną miłość pomiędzy mężczyznami). W jej wypadku na szczęście nie ma się czego obawiać (chyba że kogoś sama tematyka z góry odstręcza), gdyż postaci są nakreślane realistycznie, poważnie, podobnie jak i sam seks pomiędzy nimi. Nie musimy się tu obawiać mokroprzesłodzonych wizji dwóch księżniczek w męskiej skórze obdarzających się mdlącymi komplementami i ochachującymi co dwa zdania ani stereotypowych związków damsko-męskich tylko w męskim wykonaniu.

Po przydługawym wstępie przejdźmy do samego opowiadania. Fandom to znana wielu manga One Piece. Akcja dzieje się zaraz po Enies Lobby (wtedy też opowiadanie było pisane, tak więc autorka nie zna dalszej historii) i jest prowadzona z punktu widzenia Kaku z CP9, którego kolejna misja miała zapowiadać się stosunkowo (jak na misję skrytobójcy wysłanego do zlikwidowania kilku gigantycznych ryboludzi znanych ze swobodnego podejścia do świętości życia i rozrywkowego rozbebeszenia przeciwników) spokojnie. Do momentu, w którym okazało się, że na horyzoncie zakotwiczony jest również statek o podejrzanie znajomej fizjonomii roześmianego lwa. Mówiąc słowami początku samego opowiadania: ”Bad luck’ is drawing a spade when your flush needed a club. It’s quite different from ‚massive, horrible, the-heavens-hate-me bad luck’, which involves a bunch of insanely strong pirates who have already beaten you once, landing on the island where you are currently conducting legitimate CP9 business by yourself.’

Wszystkich tych, którzy już alergicznie zareagowali na pojawiające się wcześniej słowo „yaoi” uspokojam, że opowiadanie to nie należy w żadnej mierze do tego gatunku. Jest to po prostu bardzo humorystyczny obrazek jeszcze jednej, w sumie nie do końca szczęśliwej (choć mogło być gorzej) misji biednego Kaku, który chcąc nie chcąc zostaje wplątany w konflikt pomiędzy piratami a Mugiwarami i który zapewne zakończy ją ze sporą migreną. Humor jest wspaniały. Ilekroć bym nie czytała tego opowiadania, zawsze poprawia mi ono nastrój. Postaci przedstawione są bardzo zgodnie z kanonem i to kanonem w najlepszym stylu. Sam Oda byłby z siebie dumny, gdyby wrzucił tę małą misję do oryginału. Luffy jak zawsze rozbraja nas dobrym sercem i głupotą, Nami przebiegłością i bezczelnością, Zoro umiejętnością podprogowomieczowego przekazu, Usopp strachorozsądkiem, Chopper swoimi odruchami bezwarunkowymi… ;). W centrum uwagi jest Kaku, ale w niczym nie umniejsza to przyjemności czytania, nawet jeśli nie jest się fanem CP9, bo jego komentarze na temat tego, w co jest wplątany są bezcennym sprawozdaniem z tego, co może czuć normalny człowiek próbujący załatwić swoją sprawę w pobliżu Mugiwarów ;). Bardzo podobało mi się też przymrużenie oka, z jakim Maldoror zastosowała wyświechtany motyw Złego, który musi zmarnować kupę czasu na popisywanie się zamiast po prostu zabić przeciwnika ;). Miło też, że Kaku nie jest przedstawiony jako taki do końca zły człowiek (co zresztą w sumie było też zasugerowane w samym One Piece).

Podsumowując: jeśli lubicie One Piece i macie ochotę na dawkę dobrego humoru, to gorąco polecam!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 6/6

Postaci: 6/6

Humor: 6/6

Akcja: 5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 6/6

Język: angielski

Fandom: One Piece

Adres: http://maldoror-gw.livejournal.com/49390.html?thread=2062574

Slytheriniada Toroj

Zaczynamy od polskiego klasyka klasyków, jeśli chodzi o fandom Harry’ego Pottera – czyli cyklu Slytheriniada autorstwa Toroj. Recenzowanie go jest trochę jak wyważanie otwartych drzwi – czytelnicy potterowej fanfikcji znają te genialne opowiadania już od dawna. Mam jednak nadzieję, że blog ten trafi także do tych odbiorców, którzy zajmują się głównie dziełami oryginalnymi i przekona ich do zapoznania się z najlepszą fanfikcją, przez nich właśnie niesłusznie pomijaną.

Toroj, czyli Ewa Białołęcka, pisarka fantasy, stworzyła lata temu cykl składający się z pięciu opowiadań: „Trick or treat”, „Filozofia węża”, „Dla każdego gwiazda”, „Hapy Niu Jer” oraz „Expecto Patronum”. Ciesząca się niegasnącą popularnością seria koncentruje się na jakże powszechnej w internetowych tworach postaci Severusa Snape’a i jego interakcjach z nauczycielami i uczniami Hogwartu oraz Zakonem Feniksa, w szczególnej szczególności zaś z nowym nabytkiem ślizgońskim, jakim jest „biedna sierotka” (zdaniem pani Pomfrey) znana również jako „upiorne dziecko” i „nienormalny bachor” (zdanie Snape’a) przeniesionym do Hogwartu z rozwiązanej filii szkoły.

Toroj podjęła tutaj ryzykowny i w sumie wyświechtany w różnych tekstach motyw „biedna sierotka poznaje złą, ale w gruncie rzeczy dobrą bestię i się zaprzyjaźniają”. A nic tak nie świadczy o talencie pisarskim (i nie robi na mnie tak wielkiego wrażenia), jak wzięcie zużytego wybiegu fabularnego i napisanie go tak, by czytało się z zachwytem. A tak właśnie jest w przypadku tych opowiadań. Obie postaci, mimo że wplątane w potencjalnie bardzo mdłowzruszającą interakcję, przedstawione są z pazurem i niepowtarzalnym, nie tracącym na wartości nawet przy dziesiątym czytaniu humorem. Momenty bardziej emocjonalne wplecione są niezwykle umiejętnie. Charaktery pobocznych (z punktu widzenia opowiadań) bohaterów oddane są wiarygodnie i ciekawie. Roi się tu również od drobnych, ale bardzo ciekawych pomysłów, z głosami dementorów na czele – moim zdaniem powinni je wprowadzić do kanonu. Styl jest świetny, choć momentami miałam wrażenie, że opowiadania pierwotnie pisane były po angielsku, co jednak nie przeszkadza w odbiorze (ot bardziej coś, co mnie ciekawi).

Jedyne co można by zarzucić, to fakt, że niestety dla mnie, a stety dla fanek mistrza eliksirów wizerunek Snape’a nie jest kanoniczny – mamy tu typowe przedstawienie Severusa, który swoim „imydżem” mógłby zapełnić cały Hogwart i pół Ministerstwa Magii, który jest opanowany, sarkastyczny, inteligentny, w miarę obiektywny, momentami dowcipny i w gruncie rzeczy wrażliwy (do pewnego stopnia) i porządny. Po prostu Snape, którego kochamy. Tzn. kochalibyśmy, gdyby rzeczywiście taki był w książce… Rozbieżność z oryginałem nie zmienia faktu, że Toroj stworzyła go genialnie. Od samiutkiego początku uwielbiamy jego komentarze i reakcje na rzeczywistość i zaśmiewamy się z przejść, którymi uraczyła go autorka, by przeskakiwać z nagła do poważnych momentów, które niby evanesco zmywają uśmiech z naszej twarzy. Duży plus również za to, że Toroj, mimo że zajmuje się przede wszystkim Slytherinem, nie cierpi na dość powszechną w fanfikach ślizgońskich chorobę negatywnego przedstawiania innych domów ani na jeszcze częstszą, jaką jest przedstawianie skocznej fretki, tfu, znaczy Malfoya z zachwytem, a Pottera negatywnie.

Podsumowując trzeba koniecznie przeczytać. Genialne. Kropka.

Pokrótce:

Ogólna ocena: 6/6

Postaci: 5/6

Humor: 6/6

Akcja: 5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 4/6

Język: polski

Fandom: Harry Potter

Adres: https://www.fanfiction.net/u/584806/toroj

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny