Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Czytadło z Naruto #01

I znowu czytadło. Chciałabym, żeby w końcu pojawiła się jakaś pełnoprawna recenzja, ale póki co to bóstwa internetu mi nie sprzyjają i w najlepszym razie trafiam na jakieś w miarę przyjemne, ale nie wybitne utworki.

Tym razem trafił się nam fik z cieszącego się ogromną popularnością fandomu Naruto. Sama przeczytałam raptem kilkanaście tomów tego komiksu, wspominam mile je, ale nie mam pojęcia, co było później (ponoć im później, tym gorzej :( ). Opowiadanko jest trochę w AU (alternatywny wszechświat), jako że autorka też w pewnym momencie czytać przestała ;) i popisała, co tam uważała, że się stało następnie. A w jej wydaniu stało się to, że Naruto zostaje kapitanem jednej z drużyn ANBU, w skład której wchodzą Tenten i Iwashi.

Historia opowiadana jest z punktu widzenia Tenten i jest spokojna, pogodna i przyjemna w odbiorze. Wad nie brakuje – błędy gramatyczne od czasu do czasu (autorka to nie native), czasem błędy rzeczowe, problem z utrzymaniem stabilnego punktu widzenia i największa wada – jest nieukończone. Sam Naruto też trochę odbiega od swojego charakteru z mangi, co jest wyjaśnione jego dorosłością (i mi w sumie całkiem pasowało do niego). Mimo tych problemów spędzi się z tym opowiadaniem trochę przyjemnego czasu.

Język jest angielskim, a link poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/1944746/1/Behind-a-Mask

Reklamy

Offtop walentynkowy

Miałam sobie w planach, że na Walentynki wrzucę Wam jakiegoś linka do czytadeł-romansideł; niestety nie udało mi się do tej pory znaleźć niczego, czego nie byłoby mi wstyd pokazywać. Nawet jeśli udawało mi się wygrzebać coś przyzwoicie napisanego, to zawsze gdzieś był zasadniczy zgrzyt (np. tragiczny pomysł na pairing przy ogólnie stosunkowo przyzwoitym i przyjemnym według standardów przeciętnego romansidła wykonaniu i niezłym stylu). Nie wspomniawszy o tym, że najuczciwiej byłoby wrzucić coś, co podobałoby się i Panom i Paniom, lecz niestety internet gejowskim romansem dla kobiet stoi i dla Panów nic przyzwoitego już w ogóle nie znalazłam :(. Może za rok się poszczęści. Koniec końców więc nie będzie nic do czytania, tylko dwa linki na DeviantArta; jeden dla Panów, drugi dla Pań, prezentujące seksistowskie rzeczy ;):

http://zeronis.deviantart.com/gallery/ – dla Panów (i części Pań ;) )

http://danjidoodle.deviantart.com/gallery/ – dla Pań (i części Panów ;) )

Niewykluczone, że trzeba będzie mieć konto na Deviancie, by wszystko obejrzeć :(.

PS: Tak, wiem, że powyższe obrazki promują stereotypowe przedstawianie kobiet i gejów, ale ja podchodzę do tego z przymrużeniem oka ;). W końcu człowiek inteligentny i tak wie swoje, a mniej inteligentny i tak będzie zawsze wiedział lepiej, nieważne, co by mu się nie pokazywało i nie mówiło. Na przykład ja uwielbiam oglądanie tyłków Nightwinga, a bynajmniej nie oczekuję takiego tyłka od wszystkich facetów ;).

Czytadło z Fullmetal Alchemist #03

Za oknami śnieg i na moim blogu też śniegiem sypie w fanfikcji. Nawet sypie to mało powiedziane – zamieć śnieżna na całego na dalekiej północy Amestris, a Edward Elric próbuje przetrwać ograniczenie racji żywnościowych przebywając tamże razem z resztą oddziałów dowodzonych przez Płomienistego Alchemika, zwanego również przez poniektórych kurdupli „tym wnerwiającym draniem”. Czytadło BARDZO udatnie napisane – jest to krótkie, jednorozdziałowe opowiadanie, ukazujące nam niewielki wyimek z życia obu braci Elriców w armii. Świetnie obrazuje ono problemy fizyczne, jakich doświadczają oni po tragicznej transmutacji; nie pozbawione jest też delikatnego, ale umiejętnie wzruszającego zarysowania uczuć wiążących rodzeństwo. I mamy też troszkę Roya z poczuciem winy, co każdy lubi. Tak więc polecam, czytadełko bardzo bardzo dobre, co prawda brakuje mu tego czegoś więcej, aby trafiło do moich wypaśnych recenzji ;) – jakoś nie ma się wrażenia, że nie wiadomo co wybitnego wnosi w nasze życie – niemniej jest naprawdę bardzo przyjemne w odbiorze i nasyca nas nieposkromioną ochotą, by przytulic Ala, co też zawsze jest dobre :). Nie ma za to kotów ukrytych w zbroi i zbytnio humoru (choć nie znaczy to, że jest dołujące), co jest pewnym minusem. Ale i tak polecam. Po angielskiemu znowu niestety.

https://www.fanfiction.net/s/2660116/1/Abstention

A, i PS: Wiecie, że autorka tego fanfika słusznie przewidziała, że Ed je (czy raczej żre ;) ) za Ala? Czytając to opowiadanie myślałam, że po prostu napisała je po tym, jak manga wyszła, właśnie zainspirowana pomysłem Arakawy na żywienie ich obu poprzez gardziołko Eda. A tu tymczasem okazuje się, że to opowiadanko wyszło lata wcześniej! Kudoz!

Noworoczne podsumowanie wraz z życzeniami

Jako że nastał nam kolejny radosny rok, to zgodnie z popularną gdzieniegdzie tradycją pasuje złożyć Wam noworoczne życzenia. Niniejszym życzę:

  • lepszego roku przyszłego
  • nieklejenia się do Was problemów z roku poprzedniego
  • wyciągnięcia dobrych i przydatnych życiowo wniosków z wyżej wspomnianego ubiegłego roku
  • czasu na czytanie mojego bloga
  • czasu na pisanie swojego bloga
  • no i tego, co bym miała materiały na pisanie mojego bloga, dzięki czemu będzie więcej wartych polecenia fików pod ręką ;)

Poza tym, jako że koniec roku skłania do tradycyjnych refleksji i podumowań, to i ja wrzucę podsumowanie kulturalne upływającego roku. Offtop to zdecydowany, ale raz na rok mogę się podzielić czymś innym niż fiki :). Zaznaczam jednak, że wcale nie znaczy to, że padną tu tytuły wydane w tym roku. Będą to raczej twory, z którymi JA miałam kontakt w tymże roku (tak więc z moim byciem na bieżąco zapewne będą sprzed dekady). Miłego czytania i mam nadzieję, że coś z tego Wam się przyda:

Książka roku – „Gogol w czasach Google’a” Wacława Radziwinowicza

W tym roku przeczytałam całkiem sporo dobrych książków, ale na dobrą sprawę żadnej wybitnej, takiej, która od razu by mi się nasuwała przy wyborze tej najlepszej. Nie ułatwiło to sprawy, ale koniec końców stwierdziłam, że chyba najsilniej w pamięci została mi nie żadna fikcja, a zbiór tekstów dotyczących współczesnej Rosji. Bardzo poszerzył on moją wiedzę na temat tego kraju i w sumie mocno przygnębił.

Komiks roku – „Rabbit Hole” Detrah

Jeszcze nieukończony dystopijny komiks na DeviantArt. Fabuła, jakich wiele – otumanione, zastraszone, kontrolowane społeczeństwo. Co wyjątkowego? Bohaterami są króliki, a sam komiks jest wspaniale rysowany – tylko trzy kolory, genialne uproszczenie rysunków… już sama oprawa graficzna przyciąga uwagę. Może nie jest to coś, co zmieni historię komiksu, ale warte poznania.

Film roku – „Monster” Patty Jenkins

Przygnębiający, poruszający, werystyczny film o prostytutce, która zdecydowała się na mordowanie swoich klientów. Oparty na faktach. Polecam, jeśli lubicie realistyczne obrazy ludzkiej psychiki. Gigantyczny szacunek mój dla twórczyni za całkowity obiektywizm w przedstawieniu głównej bohaterki.

Serial roku – „Hajime no ippo”

A tu coś weselszego. Niewiele obejrzałam seriali w tym roku i nie bardzo było z czego wybierac, ale ta japońska animacja zassała mnie jak magnes. Zaczyna się bardzo bardzo schematycznie – ubogi chłopak spotyka boksera, który odkrywa w nim TALENT. Widzieliśmy to milion pięcset osiem razy. Niemniej kiedy tylko zaczynają się w tym serialu „poważne” walki wciąga jak centrum Mlecznej Drogi – dramaturgią samych pojedynków, kreacją przeciwników, nawet parę zwrotów akcji jest niespodziewanych (le szok). Nie żeby tam nie wiadomo co poważnego, ale miło się ogląda i emocji nie brakuje. Pierwszy sezon tylko znam, drugi już mnie nie zachęcił na tyle, bym obejrzała więcej niż parę odcinków.

Gra roku – „Baron” Victora Gijsbersa

Wstrząsająca gra tekstowa. A konkretnie jej zakończenie jest wstrząsające. Jest krótka i bardzo przystępna nawet dla osób takich, jak ja, które mają małe doświadczenie w tekstówkach i na dodatek za grosz cierpliwości, jeśli gdzieś utkną.

Album roku – „Falling Apart” LukHash

Muzyka specyficzna – elektronika bardzo silnie zainspirowana grami retro z gigantyczną dozą energii, sporą dramaturgią, czasem patetycznymi momentami i po prostu pie*dolnięciem ;). Jednak zdecydowanie nie każdy zdzierży, przyznaję.

Utwór roku – „Weight of My Pride” Pay Money to My Pain

Mocny rock. Dobry rock.

Koncert roku – Jelonek

Rock na skrzypce. I to dobry. Bardzo dobry. Piękna muzyka i szaleństwo pogo też..

Restauracja roku – Per Se w Szczecinie

Boże, jak tam jest pysznie. Wszystko, co wzięłam było pyszne. Restauracja z tych ekskluzywnych, ale z cenami dość niskimi jak na taką restaurację. Absolutnie koniecznie polecam, jeśli Wam nie żal wydać kilkudziesięciu złotych na obiad.

Wystawa roku – Arcydzieła malarstwa z Galerii Narodowej w Berlinie, Muzeum Historyczne we Wrocławiu

Przepięknie namalowana architektura na tych obrazach chyba najbardziej mnie zachwyciła. Ten detal, te kolory…

Lifelines, Batman

Nadejszła wiekopomna chwila, że w końcu publikuję wpis o wspominanym już „Lifelines”, fanfiku z uniwersum Batmana (czy też, dokładniej rzecz ujmując, alternatywnego uniwersum DC), o którym tyle razy wspominałam. Wahałam się trochę przy tym opowiadaniu, co zazwyczaj źle wróży, ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam, że jednak skrzywdziłabym ten utwór wrzucając go do czytadeł. Ma swoje wady, ma jednak też bardzo poważne zalety i te ostatnie mimo wszystko przeważają. Mam nadzieję, że na Waszych prywatnych wagach też przeważą.

Ad rem przechodząc – fanfik skoncentrowany jest na komiksowej nietoperzej rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem Dicka, przez którego oczy widzimy fabułę przez sporą część opowiadania. Historia rozpoczyna się, gdy Dick mieszka już w Bludhaven walcząc ze złoczyńcami jako Nightwing, Jason jest w konflikcie z Brucem o kwestię zadawania śmierci, Barbara jest na wózku inwalidzkim, a Tim oraz Damian mieszkają w rezydencji Wayne’ów (żrąc się przy tym niemiłosiernie).

Bez grania na czas autorka ukazuje nam sedno opowiadania – Dick dowiaduje się, że zapadł na ostrą białaczkę mieloblastyczną. W wieku zaledwie 23 lat. Po latach walki ze złoczyńcami, conocnego narażania się na kule, trucizny i zasadzki, jego życiu zaczyna zagrażać nic innego jak rak. Dwa tygodnie później zmaga się już z chemioterapią i jej efektami. W typowy dlań sposób, koncentruje się on jednak na swojej rodzinie. Zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie on jest najsilniejszym spoiwem ją wiążącym i zaczyna czynić starania, by, w razie najgorszego, rodzina ta była silniej ze sobą związana niż ma to miejsce w chwili obecnej. I w zasadzie na tym opiera się cała historia. Mamy dwa główne wątki – pierwszy to opis postępującej choroby Dicka i jego nierównej walki z rakiem, drugi – ciekawe intrygi, które snuje, by zbliżyć swoją zwaśnioną i problematyczną rodzinę do siebie.

Historia ma sporo zalet. Po pierwsze, autorka jest ratownikiem medycznym i za punkt honoru postawiła sobie przedstawić chorobę Graysona i jego codzienne związane z nią przeżycia w sposób jak najbardziej realistyczny. Dla mnie jest to ogromny plus. Mam gigantyczny szacunek dla ludzi, którzy nie piszą z palca, tylko przeprowadzają odpowiednie badania zawczasu i widać, że Pekuxumi do nich należy. Jest to też duża wartość dodana historii – można sporo dowiedzieć się o życiu i „zwykłych” problemach ludzi zmagających się z rakiem. Jak dla mnie jedną z najlepszych scen w tej historii był moment, gdy w bloku Dicka zepsuła się winda i Nightwing, były Robin, wybitny akrobata „Fruwający Grayson”uświadamia sobie, że bez pomocy innych zwykłe przejście kilku pięter graniczy z cudem. Przerażająca mnie zależność od ludzi w ciężkiej chorobie pokazana jest jak na dłoni. Oczywiście nie mówię, że brakuje opowiadań i historii, które przedstawiają różnorakie zmagania się z rakiem – jak wiadomo, jest ich mnóstwo w księgarniach – więc może nie jest to nowatorskie, ale jest zrobione tak dobrze, jak tylko się da. I niezależnie od tego, że o raku słyszymy wszem i wobec, to jednak warto czasem sobie przypomnieć, co może czekać niestety każdego.

Druga zaleta – fabuła jest po prostu wciągająca i interesująco prowadzona. Chcemy dowiedzieć się, jak Dick będzie sobie radził z postępującą chorobą; chcemy doczytać, czy uda mu się przeżyć; z dużą satysfakcją śledzimy jego manipulacje rodziną i wiążące się z nimi mniej i bardziej zabawne bądź wzruszające sytuacje; z ciekawością też odkrywamy, że rodzinka też w manipulacjach nie pozostaje dłużna… Jest też i trochę akcji, nie wszystko dzieje się w samych szpitalach bądź wnętrzach domów. Ogólnie jest zatem ciekawie.

Trzecia zaleta historii – pod koniec opowiadania autorka fabularnie zadała niesamowicie poważne i dwuznaczne moralnie pytanie. I zrobiła to świetnie. Sam problem jest ważki, a jego przedstawienie doskonałe. Gdy doszłam do tego momentu wiedziałam, że nie mogę tego po prostu wrzucić do czytadeł. Za samo tak umiejętne podjęcie i skłonienie Czytelnika do myślenia w tak trudnym temacie i to za pomocą fanfika opowiadanie to zasługuje na uwagę.

Przechodząc od linii fabularnej do atmosfery – też jest umiejętnie zrównoważona. Wbrew temu, co mógłby sugerować temat historii, nie brakuje tu i humoru (nie jest może jakoś wybitnie nowatorski, nie zostaje szczególnie w pamięci, ot, zwykłe zabawne sytuacje z życia rodzinnego, niemniej dobrze napisane) i bardziej pozytywnych momentów. Nie jesteśmy przytłoczeni smutkiem i poczuciem beznadziei.

Co do wad – widać czasami w konstrukcji części sytuacji, że jednak jest to troszkę grające na emocjach dobre czytadło. Zresztą już samo główne założenie: mamy sobie uwielbianą przez wielu, skonfliktowaną, mroczną rodzinkę. Każdy po cichu chce ich widzieć zjednoczonych (zajrzyjcie na pinteresty czy inne tumblry, jeśli nie wierzycie). Więc cóż lepszego napisać niż historię o tym, jak nasz ulubiony Robin zapada na ciężką chorobę, która staje się pretekstem do pogodzenia wszystkich? Bardziej typowego lepu na czytelnika nie można wymyślić (chyba ;) ). I momentami widać wyraźnie, że autorka w sposób zdecydowanie świadomy chce grac na emocjach – tu wstawi jakąś nie do końca pasującą, ale oczekiwaną przez wszystkich dramatyczną kłótnię, tam wstawi nie do końca pasujące bardzo poważne i poruszające kazanie, tam jakąś wzruszającą akcję. Żeby była jasność, wszystko to jest napisane dobrze, ale jednak wprawne oko dostrzega podbarwianie pewnych rzeczy na siłę, ku dostarczaniu silniejszej dawki emocji i wzruszeń. Przez to miałam od czasu do czasu wrażenie, że trochę cierpi realizm postaci i cokolwiek mi to zgrzytało. Niemniej nie na tyle, by całkiem zniechęcić do lektury. Zwłaszcza że jest i sporo całkiem równych momentów.

Trudno wypowiadać mi się o kanoniczności, jako że fanką Batmana jestem gorącą, ale niestety dość powierzchowną – zakochana byłam w Batmanie dawniej, za czasów wcale dobrego serialu animowanego na Cartoon Network i starych filmów; komiksów natomiast nie czytałam (co teraz nadrabiam). Zatem nie jestem pewna, jak kreacja postaci się ma do tych ostatnich. Inni czytelnicy nie mieli prawie żadnych zarzutów. Ja sama miałam wrażenie, że Bruce jest zbyt mocno ogołocony z umiejętności interpersonalnych (co, jak wspomniałam wyżej, służy autorce do tworzenia emocjonalnych konfliktów); Damian też jest trochę niekonsekwentnie napisany – aczkolwiek przyznaję, że to bardzo trudna postać do realistycznego wykreowania; jedna scena z Timem też wydawała mi się nie do końca pasująca do całokształtu i trochę na siłę wrzucona dla wyższych, fabularnych celów. Byc może też, że właśnie takie te postaci są, tylko ja je zbyt słabo znam z kanonu. Zdecydowaną większość czasu jednak jest bardzo dobrze. Dick i Jason są idealni, no i Alfred…

Styl jest raczej przezroczysty. Autorka jest Niemką rumuńskiego pochodzenia, ale bardzo dobrze radzi sobie z angielskim (ponoć ma też świetne bety), choć wciąż nie jest to poziom, by styl zwracał na siebie uwagę bardziej wybitnymi opisami czy ciekawymi sformułowaniami. Nie odrzuca też jednak prostotą czy topornością.

Zasadniczo więc bardzo polecam. Mimo że opowiadanie trochę momentami szepcze do nas „Jestem takim bardziej ambitnym czytadłem” i „Chodź, pobawimy się Twoimi emocjami, jak w dobrej telenoweli”, to jednak jest na tyle dobre i wciągające, że warto się z nim zapoznać. Zwłaszcza i przede wszystkim, jeśli się lubi nietoperkową rodzinkę.

Nadmienię też, że powstał sequel (oraz, eee, interquel?) tego opowiadania – „Faultlines”. Tego już niestety z czystym sumieniem każdemu polecić nie mogę. Bynajmniej nie twierdzę, że kolejna historia o Nietoperzach jest zła. Zdecydowanie jednak przesunęły się w niej odważniczki emocjonalne. Trudno mi cokolwiek w sumie pisać bez zdradzania zakończenia „Lifelines”, ale mogę powiedzieć tyle, że fabuła w „Faultlines” została mocno nakierowana na problemy psychiczne jednego z bohaterów (związane właśnie z wcześniejszą historią i jej zakończeniem), dobrze zresztą medycznie i psychiatrycznie uzasadnione (choć trochę zbyt późno, przez co jesteśmy mocno zirytowani jego zachowaniem). Atmosfera jest zdecydowanie cięższa, odbiór głównej postaci z powodu jej problemów dość utrudniony i brakuje tu jakiegoś zbalansowania. A może po prostu opisywanie zaburzeń mentalnych w taki sposób, by czytelnika przytrzymać przy historii, to już po prostu zbyt wysoka poprzeczka dla początkującego pisarza. A może po prostu przeskok w odbiorze jest zbyt duży w stosunku do „Lifelines”. Powiem jedynie, że o ile doceniam próbę zmierzenia się z kwestiami zdrowotnymi innego typu niż rak i pewne problemy nawet są mi dość bliskie, o tyle po prostu ciężko mi się to czytało (dla porównania recenzowany przeze mnie wcześniej „Growing pains, orange bitters„, choć też podejmuje bardzo trudne kwestie psychoseksualne, to radzi sobie z nimi zdecydowanie lepiej, jeżeli chodzi o porwanie czytelnika). Zatem nie zniechęcam, ale też nie zachęcam.

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6

Humor: 5/6

Akcja: 6/6

Styl: 4/6

Kanoniczność: 5/6?

Język: angielski

Fandom: Batman

Adres: https://www.fanfiction.net/s/8309854/1/Lifelines

Czytadło z Fullmetal Alchemist #02

Znowu nieBatman. I znowu czytadło z FMA. Opowiadanie wciąż nieskończone, ale wciągające dość, choć, ponownie, nie wnoszące niczego niesamowicie nowatorskiego poza mierzeniem się Edwarda z urokami wojny… parę błędów rzeczowych, Mustang jakiś taki chyba nie w stu procentach kanoniczny, ale poza tym nie można się do niczego przyczepić i chce się czytać. Całość koncentruje się na Edwardzie, z dość częstymi interakcjami z Mustangiem i Hawkeye. Język angielski.

https://www.fanfiction.net/s/5447742/1/Loyal-Dogs

Czytadło z Fullmetal Alchemist #01

Tak, wiem, że miał być Batman. Będzie. Ale czytam jeszcze sequel do Batmanowej historii (a raczej troszkę męczę), więc cierpliwości. Międzyczasie przemknęło mi przed wizjerkiem czytadełko z Fullmetal Alchemist, a że przy czytadłach się nie wysilam specjalnie (w sensie recenzji), to i wrzucam od razu:

https://www.fanfiction.net/s/11941313/1/The-Violin

Czytadełko w sumie nic nie wnosi unikalnego czy poważnego czy nowego, ale jest przyjemnie napisane, postaci bardzo zgodne z kanonem i dość wciąga. Nieskończone jeszcze, więc kto wie, może i się rozwinie bardziej wybitnie (choć w sumie wątpię). Niemniej miło się czyta, jak ktoś ma zapotrzebowanie na trochę więcej Edwarda Elrica oraz ekipy Roya. Język angielski

Pytanko techniczne – Lubimy Czytac oraz życzenia!

Dzisiaj offtop trochę (choc w sumie nie do końca) – o, ludzie dobrzy, którzy macie blogi na wordpressie i konta na Lubimy Czytać, tudzież znacie takich ludzi! Czy możecie mi zdradzić, jak zmusić do posłuszeństwa wtyczkę LC? Bo mnie ona nie słucha, pewnie dlatego, że mam taki dziecinny głosik, i stanowczo odmawia posłuszeństwa :(. Poza tym, gdyby ktoś chciał mnie dodać do znajomych z LC, to jestem pod swym imieniem i nazwiskiem (Joanna Niedziałek) i na zdjątku mam mugiwarę, tzn. słomiany kapelusz.

I drugi offtop – jakby czasem tak się stanęło, a stanąc się czasem może, znając mnie, że nie uda mi się wrzucić posta żadnego przed Bożym Narodzeniem, to już teraz, z góry, życzę Wam Wszystkim:

  • krótkich kolejek do mięsnego
  • albo długich kolejek do mięsnego, jeśli chcecie spotkać mnie osobiście w moim żywiole
  • udanych prezentów (dla tych, co obchodzą prezentowanie choinkowe)
  • braku dziwnych spojrzeń od znajomych, jeśli nie praktykujecie prezentowania
  • spokojnych dni wolnych, jeśli w ogóle nie praktykujecie tego typu świętów
  • niezależnie od wiary, przekonań, wieku, doświadczeń dotychczasowych ze świętami, orientacji seksualnej, politycznej i w terenie, koloru skóry, szminki i kapci życzę przede wszystkim naprodukowania miłych wspomnień w tym okresie
  • i tam wygranej w Totka, to wiadomo
  • …a no i więcej wspaniałych postów ode mnie, zwłaszcza takich o kontrolowanej długości i jakości :)

 

PS.: Niedługo…. nananananananana, Batmaaaaan! :D

Czytadła z Żółwi Ninja #01

Zaskakująco szybko znów ja. Słusznie domyślacie się, że coś w tym podejrzanego jest i istotnie, dziś nie będzie porządnej pełnoprawnej recenzji. Wynika to z faktu, że ostatnimi czasy zaczynają mi coraz bardziej naprzykrzać się fanfiki, które nie są na tyle świetne, abym mogła je uczciwie zachwalać, ale i tak wsysają jak chipsy czy inne tam śmieciowe żarcie, do którego koneserzy dobrych restauracji się przecież na swoim blogu nie przyznają ;). Z drugiej strony trochę żal faktu, że miałyby przepaść całkiem w bezkresach internetu, gdy jednak jakąś tam przyjemną rozrywkę dostarczają, zwłaszcza że, cóż, dobre czytadło też trzeba umieć napisać. I czasem też miło przeczytać, oczywiście nie przyznając się do nikogo.

Tak więc, streszczając się (czego, jak zauważyliście, nie lubię), mówię wszem i wobec, że od tej pory będę też Wam nieoficjalnie podrzucać czytadła i czytadełka. Nie będą one porządnie recenzowane, bo znęcać się nie lubię, a i niesmacznie bym się czuła jadąc po czymś, co czytałam łapczywie do późnej nocy ;). Ot, po prostu, co jakiś czas wrzucę posta oznaczonego jako #czytadła, gdzie będą linki i bardzo krótki opis. Nie będą też one w swoich właściwych kategoriach, żeby nie robić bałaganu między ambitnymi fikami, tylko będą wszystkie hurtem w „Czytadłach” właśnie. I tak, psze bardzo mie tu nie oceniac po nich, chipsy też czasem cza wszamać ;).

Tak więc na dziś dwa czytadełka, na które natknęłam się szukając dobrych fików z Żółwi Ninja:

Adventures in Turtle Sitting – ot, miły, ciepły obraz rodzinki żółwiowej w alternatywnym wszechświecie, w którym April spotyka Splintera, gdy żółwie są jeszcze małe i sporo mu pomaga w ich wychowywaniu. Typowa historia na ukojenie nerwów o kochającej się rodzince. Język angielski

April’s Diary – komedia nastoletnia :). Inaczej się tego nie da nazwać. Żółwie są nastolatkami i pakują się w różne problemy związane z byciem nastolatkami. Jest wesoło i szalenie, czasem mądrze, czasem głupiutko. Humor miejscami cudowny, miejscami tragiczny, fabuła wartka jak potoki w Tatrach, zwroty akcji niebywałe i bardzo bywałe, bardzo dużo gadania o seksie (samego seksu niet), bywa gorzej, bywa lepiej, ogólnie bawi i wciąga o wiele bardziej niż na to zasługuje ;). Język angielski

Pamiętajcie, że to czytadła, więc nie spodziewajcie się cudów i proszę mnie nie obwiniać, jak nie przypadnie do gustu ;).

Do zobaczenia w kolejnym wpisie, który będzie już niedługo (le shock!). Jak tylko zdecyduję się, czy Lifelines z Batmana umieścić w czytadłach (trochę jest zbyt dobre) czy w normalnym wpisie (trochę jest zbyt słabe). Czyli biorąc pod uwagę, że codziennie zmieniam decyzję, to owo „niedługo” może być przedmiotem dyskusji. I bardzo bym chciała, żeby moje życie składało się z takich właśnie problemów :). Jeśli ktoś Lifelines zna, proszę o kontakt w celu dysputy merytorycznej! :D

Growing Pains and Orange Bitters, Wojownicze Żółwie Ninja

Proszę Państwa, niniejszym stała się rzecz niesamowita! Mamy drugi wpis w tym samym kwartale! Celebrując tę okazję, która niewykluczone, że już się nie powtórzy, otworzę chyba szampana z dawien dawna czekającego na jakiś Wyjątkowy Moment, heh. Nie bez wpływu na ten radosny rozwój wydarzeń był mniej radosny rozwój wydarzeń, jakim jest zerwanie z osobnikiem płci przeciwnej i chwilowy brak dodatkowej pracy. Niemniej nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (przynajmniej w tym wypadku), więc mam zaszczyt przedstawić kolejną dobrą fanfikcję.

Opowiadanie, do którego część z Was zachęcam w niniejszym wpisie, jest dość wyjątkowe pod paroma względami. Wzgląd pierwszy to fandom, którego ono dotyczy, czyli… Wojownicze Żółwie Ninja. Spora część z Was zastanawia się pewnie, czy strona zmienia profil na „fanfikcja dla młodszej młodzieży”, tudzież czy rozstanie z mężczyzną nie stało się zbyt dużą traumą rzutującą na mój gust czytelniczy. Prawdą jest jednak, że zawsze chciałam, by ten blog obejmował jak najwięcej różnych (wszech)światów, nie koncentrując się tylko na tych najbardziej popularnych i oczywistych typu Harry Potter czy inne tam Final Fantasy. Z tego też powodu zaglądam na najróżniejsze działy stron z fanfikcją, byle były mi w miarę znane.

A Żółwie Ninja, ku mojemu zaskoczeniu, cieszą się całkiem przyzwoitą popularnością, więc czemu by się nie zapoznać z tym, co fascynuje młodzież (sama zresztą w dawnym dzieciństwie chętnie je oglądałam). Przyznam jednak szczerze, że nie nastawiałam się na zbyt wyrafinowaną prozę, jako że i odbiorcy tego fandomu kojarzą mi się raczej z młodymi chłopakami, po których spodziewałam się opowiadań pełnych wybuchów, prostych dowcipów i jeszcze prostszej fabuły. Liczyłam więc, że jeśli już coś z tego uniwersum tu trafi, to będzie to może jakaś bardzo udana parodia (w praktyce musiałam przebrnąć przez mnóstwo tzw. angstu /zwanego również Młodzieżowym Bólem Rzyci-znaczy Życia/ oraz gorzej niż tragicznego kazirodczego porno (!!)*, okraszonego, Bogu dzięki, paroma przemiłymi, rodzinnymi opowiadaniami, które się cudownie czytało, ale które w sumie, obiektywnie patrząc, były słodkimi ale jednak średnimi fabularnie czytadłami). A tu nagle zaskoczenie. I tu dochodzimy do meritum (wreszcie), jakim jest drugi wzgląd, który czyni to opowiadanie wyjątkowym.

Oddam może głos niezbyt szczęśliwemu opisowi fanfika: „Michelangelo experiences some new feelings towards his brother, and they’re not exactly welcome. But the further you suppress something, the more it takes out of you, and it’s only a matter of time before you just let it out.” Tak, jest to jedna z tych zapowiedzi, po których przeczytaniu uciekamy jak najdalej stąd, jak najdalej stą~d. Będąc twarda jednak jak zawsze dałam szansę jednemu rozdziałowi. I wyjątkowo miałam rację. Fanfik, tak jak wskazuje zapowiedź, podejmuje temat kazirodczych odczuć względem własnego rodzeństwa. Jest to rzecz niestety dość popularna w opowiadaniach młodych dziewczynek, którym znudziły się konwencjonalne gejowskie romanse i potrzebują większej stymulacji wyobraźni. W 99 przypadkach na 100 opowiadania takie są mniej lub bardziej tragiczne. Serendipity jednak najwyraźniej, podobnie jak i zresztą ja po przeczytaniu któregoś z kolei bohomazu słownego, odczuła potrzebę pokazania światu, co tak naprawdę stałoby się, gdyby przeciętny normalny człowiek – ok, w tym wypadku akurat zmutowany dwunożny żółw – zaczął pożądać własnego brata. Jak mogą się domyślić ludzie obdarzeni minimum zdrowego rozsądku – nic dobrego.

Po pierwsze w opowiadaniu nie ma ani grama porno. Nie ma grama seksu. Nie ma grama żadnej „złej” fizyczności. Cała fabuła koncentruje się na odczuciach Michelangelo, który odkrywa w sobie niezbyt, nomen omen, pożądane odczucia, i nie wie, jak ma sobie z nimi poradzić oraz na tym, jak jego problemy wpływają na funkcjonowanie całej żółwiej rodziny (a wpływają nienajlepiej). Jest to jedno z opowiadań, gdzie najważniejsze są w miarę realistyczne opisy psychiki, przemyśleń, odczuć i zachowań głównego bohatera, więc jeśli odstręczają Was tego typu rzeczy i szukacie bardziej wartkiej akcji, to możecie się zniechęcić. Ja osobiście uwielbiam tego typu konwencję. Co nie znaczy, że poza samym światem wewnętrznym Michelangelo nie pojawia się nic ciekawego – obserwujemy życie całej piątki mutantów (z pojawiającymi się gościnnie przyjaciółmi), ich dowcipy, treningi, akcje, w których biorą udział. Jest nawet nieśmiertelna dla wszystkich tworów przygodowych scena z uciekaniem z budynku w takt tykania podłożonej tam bomby (swoją drogą jeden ze słabszych momentów, przez parę ważnych niedociągnięć fabularnych). Niemniej jednak najważniejsze jest to, co dzieje się z głównym bohaterem.

I tu przechodzimy do pierwszej gigantycznej zalety tego opowiadania – doskonałego, moim skromnym zdaniem, opisu pogłębiającej się depresji. Na początku opowiadania mamy typowego wesołego Mikey’iego, z dowcipnymi przycinkami, lekko sarkastycznie i wesoło odbierającego otaczający go swiat, a także własne problemy. Z biegiem czasu jednak narastający w nim problem zaczyna go coraz bardziej przerażać, budzić coraz większą niechęć do siebie, strach przed kontaktem z własną rodziną, strach przed erotycznymi snami, które uniemożliwiają mu spokojny wypoczynek. Problemy ze snem wpływają na zaburzenia emocjonalne. Niechęć do samego siebie powoduje narastającą depresję. Wszystko to razem przyczynia się do jego samoizolacji w kręgu własnej rodziny, do konfliktów, do typowej dla depresji całkowitej utraty zainteresowania czymkolwiek, utraty apetytu, problemu z ćwiczeniami i walką (co ostatecznie może narazić pozostałych członków rodziny na śmierć w trakcie którejś z akcji)… Wszystko to są oczywiste oczywistości dla czytelników, którym problem depresji jest znany. Niemniej jednak często mam wrażenie, że takich osób jest wciąż stosunkowo mało, cieszę się więc, że tego typu problem został podjęty w stosunkowo popularnej wśród młodszych czytelników formie fanfika. Na świat patrzymy oczami Michelangelo i tu również trzeba przyznać autorce, że doskonale oddała, jak zaburzone jest widzenie rzeczywistości u osoby z depresją, insomnią i niedożywieniem. Gdy sytuacja głównego bohatera się znacznie pogarsza, pojawia się coraz więcej momentów, gdy Michelangelo reaguje przesadnie nerwowo czy wręcz agresywnie, gdy zachowuje się nielogicznie, myśli sprzecznie z tym, co przed chwilą sam stwierdzał, staje się powtarzalny w negatywnych emocjach. Może to drażnić, ale tylko jeśli zapomina się, w jakim stanie psychofizycznym jest nieszczęśny żółw. Gdy jednak się o tym nie zapomina, tym lepsze wrażenie robi opowiadanie, pozwalając rónież zrozumieć, jak ciężko jest nieraz żyć z tak chorą osobą.

I tu dotykamy kolejnej zalety: świetnie opisana jest rodzina – próbujący pomóc, ale kompletnie nie wiedzący, jak to zrobić, nie rozumiejący wybuchów Mikey’iego, nie rozumiejący jego problemów z koncentracją, jego izolacji (Mikey oczywiście nie zwierza się, w czym tkwi problem; kto zresztą powiedziałby coś takiego komukolwiek?). Każdy próbuje podejść do niego na swój sposób – ktoś próbuje go namówić na uzewnętrznienie się, ktoś inny rozerwać, ktoś inny prawi kazania o narkotykach czy złym wpływie gier komputerowych… wszystko to znowu jest dobrze znane ludziom z depresją. I smutne jest, jak wszelkie wysiłki spełgają na niczym, a na szczęśliwą niegdyś grupkę pada cień ciężko w sumie chorego członka rodziny. Dobrze oddane są też reakcje jedynej osoby, która w końcu poznaje prawdę – najpierw naturalne niestety, odruchowe obrzydzenie, później nieporadne próby rozwiązania problemu, naznaczone kompletnym brakiem pojęcia, jak w ogóle zachowywać się w takiej bardzo nietypowej sytuacji i co może tak naprawdę pomóc.

Styl jest bardzo dobry. Opowiadanie od razu kupiło mnie właśnie sposobem narracji – nie jest zbyt barokowa, jak to czasem bywa, gdy ktoś próbuje na siłę pokazywać swoje umiejętności; nie jest też zbyt prosta, za to doskonale przekazuje wszelkie sceny i emocje. Celuje w krótkich acz niezmiernie trafnych opisach, które w kilku prostych słowach natychmiast dają nam pojęcie o całym obrazie i – przez pierwszą część opowiadania – jest przesycona świetnym poczuciem humoru. Mówiąc szczerze, odniosłam wrażenie, że ideałem autorki jest styl Pratchetta i, choc sporo od niego odbiega, to i tak jest bardzo dobrze.

Opowiadanie nie jest pozbawione wad, coby nie było zbyt cudownie. Jest trochę scen, które jak najbardziej są potrzebne fabule, ale zostały napisane mało przekonująco w szczegółach – jak na przykład scena rozmowy April z Michelangelo – gdzie zastanawiamy się, czemu Mikey prowadzi całą tę rozmowę tak kompletnie bez sensu ;), choć można było mu dać bardzo sensowną motywację, czy na przykład scena snu, która miała na celu pokazać krytyczny stosunek autorki do bzdurnych romansideł, ale została ewidentnie napisana w pośpiechu i na odczepnego, odstając od reszty poziomem i zamiast rozbawienia budzi niesmak.

Co do kanoniczności, tu nic nie powiem, bo przyznam szczerze, nie pamiętam aż tak dokładnie Żółwi, niemniej inni czytelnicy twierdzą, że jak najbardziej została zachowana. Ja osobiście mam silne wrażenie, że charakter Raphaela w jednej scenie był mocno zepsuty przez autorkę (ale już w pozostałych było dobrze).

Podsumowując, nie jest to może opowiadanie, które polecę każdemu. Niemniej jednak jest bardzo ciekawe, bo powiedzmy sobie szczerze – czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek, że mógłby zaistnieć dobrze napisany, poważny utwór dotykający problemów seksualnych i depresji o Żółwiach Ninja? No właśnie. Tak więc polecam, jeśli chcecie zobaczyć, czego to nie ma na internecie ciekawego ;). Albo jeśli chcecie zobaczyć dobry opis depresji. Albo po prostu lubicie dobry niekwiecisty dowcipny styl. Albo Żółwie Ninja dla dorosłych.

A ja od siebie dodam, że skoro oczekując po Żółwiach Ninja wesołej parodii, trafiłam na coś takiego, to teraz przeglądając opowiadania o Batmanie spodziewam się natrafienia na dobrze napisany wesoły pozytywny romans z gromadką dzieci i herbatką przy kominku. I uśmiechniętym (uwaga, spoiler!) Brucem. Bo widać wszystko da się zrobić :).

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 5/6

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 5,5/6

Język: angielski

Fandom: Wojownicze Żółwie Ninja

Adres: https://www.fanfiction.net/s/3750308/1/Growing-Pains-and-Orange-Bitters

*które na dodatek cieszyło się dużą popularnością. Mój mózg nie wiedział, czy ma płakać bardziej nad tym, co czyta** czy nad świadomością, że komuś się to podoba

**Bogu dzięki, przeczytałam tylko jeden rozdział… a i tak trauma na całe życie gwarantowana…

Post Navigation

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Subiektywnie o finansach - Maciej Samcik

Prześwietlam produkty finansowe, informuję o nowościach w świecie pieniędzy, daję porady dotyczące rodzinnego portfela

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny