Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the tag “fanfiction”

Lifelines, Pekuxumi

Nadejszła wiekopomna chwila, że w końcu publikuję wpis o wspominanym już „Lifelines”, fanfiku z uniwersum Batmana (czy też, dokładniej rzecz ujmując, alternatywnego uniwersum DC), o którym tyle razy wspominałam. Wahałam się trochę przy tym opowiadaniu, co zazwyczaj źle wróży, ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam, że jednak skrzywdziłabym ten utwór wrzucając go do czytadeł. Ma swoje wady, ma jednak też bardzo poważne zalety i te ostatnie mimo wszystko przeważają. Mam nadzieję, że na Waszych prywatnych wagach też przeważą.

Ad rem przechodząc – fanfik skoncentrowany jest na komiksowej nietoperzej rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem Dicka, przez którego oczy widzimy fabułę przez sporą część opowiadania. Historia rozpoczyna się, gdy Dick mieszka już w Bludhaven walcząc ze złoczyńcami jako Nightwing, Jason jest w konflikcie z Brucem o kwestię zadawania śmierci, Barbara jest na wózku inwalidzkim, a Tim oraz Damian mieszkają w rezydencji Wayne’ów (żrąc się przy tym niemiłosiernie).

Bez grania na czas autorka ukazuje nam sedno opowiadania – Dick dowiaduje się, że zapadł na ostrą białaczkę mieloblastyczną. W wieku zaledwie 23 lat. Po latach walki ze złoczyńcami, conocnego narażania się na kule, trucizny i zasadzki, jego życiu zaczyna zagrażać nic innego jak rak. Dwa tygodnie później zmaga się już z chemioterapią i jej efektami. W typowy dlań sposób, koncentruje się on jednak na swojej rodzinie. Zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie on jest najsilniejszym spoiwem ją wiążącym i zaczyna czynić starania, by, w razie najgorszego, rodzina ta była silniej ze sobą związana niż ma to miejsce w chwili obecnej. I w zasadzie na tym opiera się cała historia. Mamy dwa główne wątki – pierwszy to opis postępującej choroby Dicka i jego nierównej walki z rakiem, drugi – ciekawe intrygi, które snuje, by zbliżyć swoją zwaśnioną i problematyczną rodzinę do siebie.

Historia ma sporo zalet. Po pierwsze, autorka jest ratownikiem medycznym i za punkt honoru postawiła sobie przedstawić chorobę Graysona i jego codzienne związane z nią przeżycia w sposób jak najbardziej realistyczny. Dla mnie jest to ogromny plus. Mam gigantyczny szacunek dla ludzi, którzy nie piszą z palca, tylko przeprowadzają odpowiednie badania zawczasu i widać, że Pekuxumi do nich należy. Jest to też duża wartość dodana historii – można sporo dowiedzieć się o życiu i „zwykłych” problemach ludzi zmagających się z rakiem. Jak dla mnie jedną z najlepszych scen w tej historii był moment, gdy w bloku Dicka zepsuła się winda i Nightwing, były Robin, wybitny akrobata „Fruwający Grayson”uświadamia sobie, że bez pomocy innych zwykłe przejście kilku pięter graniczy z cudem. Przerażająca mnie zależność od ludzi w ciężkiej chorobie pokazana jest jak na dłoni. Oczywiście nie mówię, że brakuje opowiadań i historii, które przedstawiają różnorakie zmagania się z rakiem – jak wiadomo, jest ich mnóstwo w księgarniach – więc może nie jest to nowatorskie, ale jest zrobione tak dobrze, jak tylko się da. I niezależnie od tego, że o raku słyszymy wszem i wobec, to jednak warto czasem sobie przypomnieć, co może czekać niestety każdego.

Druga zaleta – fabuła jest po prostu wciągająca i interesująco prowadzona. Chcemy dowiedzieć się, jak Dick będzie sobie radził z postępującą chorobą; chcemy doczytać, czy uda mu się przeżyć; z dużą satysfakcją śledzimy jego manipulacje rodziną i wiążące się z nimi mniej i bardziej zabawne bądź wzruszające sytuacje; z ciekawością też odkrywamy, że rodzinka też w manipulacjach nie pozostaje dłużna… Jest też i trochę akcji, nie wszystko dzieje się w samych szpitalach bądź wnętrzach domów. Ogólnie jest zatem ciekawie.

Trzecia zaleta historii – pod koniec opowiadania autorka fabularnie zadała niesamowicie poważne i dwuznaczne moralnie pytanie. I zrobiła to świetnie. Sam problem jest ważki, a jego przedstawienie doskonałe. Gdy doszłam do tego momentu wiedziałam, że nie mogę tego po prostu wrzucić do czytadeł. Za samo tak umiejętne podjęcie i skłonienie Czytelnika do myślenia w tak trudnym temacie i to za pomocą fanfika opowiadanie to zasługuje na uwagę.

Przechodząc od linii fabularnej do atmosfery – też jest umiejętnie zrównoważona. Wbrew temu, co mógłby sugerować temat historii, nie brakuje tu i humoru (nie jest może jakoś wybitnie nowatorski, nie zostaje szczególnie w pamięci, ot, zwykłe zabawne sytuacje z życia rodzinnego, niemniej dobrze napisane) i bardziej pozytywnych momentów. Nie jesteśmy przytłoczeni smutkiem i poczuciem beznadziei.

Co do wad – widać czasami w konstrukcji części sytuacji, że jednak jest to troszkę grające na emocjach dobre czytadło. Zresztą już samo główne założenie: mamy sobie uwielbianą przez wielu, skonfliktowaną, mroczną rodzinkę. Każdy po cichu chce ich widzieć zjednoczonych (zajrzyjcie na pinteresty czy inne tumblry, jeśli nie wierzycie). Więc cóż lepszego napisać niż historię o tym, jak nasz ulubiony Robin zapada na ciężką chorobę, która staje się pretekstem do pogodzenia wszystkich? Bardziej typowego lepu na czytelnika nie można wymyślić (chyba ;) ). I momentami widać wyraźnie, że autorka w sposób zdecydowanie świadomy chce grac na emocjach – tu wstawi jakąś nie do końca pasującą, ale oczekiwaną przez wszystkich dramatyczną kłótnię, tam wstawi nie do końca pasujące bardzo poważne i poruszające kazanie, tam jakąś wzruszającą akcję. Żeby była jasność, wszystko to jest napisane dobrze, ale jednak wprawne oko dostrzega podbarwianie pewnych rzeczy na siłę, ku dostarczaniu silniejszej dawki emocji i wzruszeń. Przez to miałam od czasu do czasu wrażenie, że trochę cierpi realizm postaci i cokolwiek mi to zgrzytało. Niemniej nie na tyle, by całkiem zniechęcić do lektury. Zwłaszcza że jest i sporo całkiem równych momentów.

Trudno wypowiadać mi się o kanoniczności, jako że fanką Batmana jestem gorącą, ale niestety dość powierzchowną – zakochana byłam w Batmanie dawniej, za czasów wcale dobrego serialu animowanego na Cartoon Network i starych filmów; komiksów natomiast nie czytałam (co teraz nadrabiam). Zatem nie jestem pewna, jak kreacja postaci się ma do tych ostatnich. Inni czytelnicy nie mieli prawie żadnych zarzutów. Ja sama miałam wrażenie, że Bruce jest zbyt mocno ogołocony z umiejętności interpersonalnych (co, jak wspomniałam wyżej, służy autorce do tworzenia emocjonalnych konfliktów); Damian też jest trochę niekonsekwentnie napisany – aczkolwiek przyznaję, że to bardzo trudna postać do realistycznego wykreowania; jedna scena z Timem też wydawała mi się nie do końca pasująca do całokształtu i trochę na siłę wrzucona dla wyższych, fabularnych celów. Byc może też, że właśnie takie te postaci są, tylko ja je zbyt słabo znam z kanonu. Zdecydowaną większość czasu jednak jest bardzo dobrze. Dick i Jason są idealni, no i Alfred…

Styl jest raczej przezroczysty. Autorka jest Niemką rumuńskiego pochodzenia, ale bardzo dobrze radzi sobie z angielskim (ponoć ma też świetne bety), choć wciąż nie jest to poziom, by styl zwracał na siebie uwagę bardziej wybitnymi opisami czy ciekawymi sformułowaniami. Nie odrzuca też jednak prostotą czy topornością.

Zasadniczo więc bardzo polecam. Mimo że opowiadanie trochę momentami szepcze do nas „Jestem takim bardziej ambitnym czytadłem” i „Chodź, pobawimy się Twoimi emocjami, jak w dobrej telenoweli”, to jednak jest na tyle dobre i wciągające, że warto się z nim zapoznać. Zwłaszcza i przede wszystkim, jeśli się lubi nietoperkową rodzinkę.

Nadmienię też, że powstał sequel (oraz, eee, interquel?) tego opowiadania – „Faultlines”. Tego już niestety z czystym sumieniem każdemu polecić nie mogę. Bynajmniej nie twierdzę, że kolejna historia o Nietoperzach jest zła. Zdecydowanie jednak przesunęły się w niej odważniczki emocjonalne. Trudno mi cokolwiek w sumie pisać bez zdradzania zakończenia „Lifelines”, ale mogę powiedzieć tyle, że fabuła w „Faultlines” została mocno nakierowana na problemy psychiczne jednego z bohaterów (związane właśnie z wcześniejszą historią i jej zakończeniem), dobrze zresztą medycznie i psychiatrycznie uzasadnione (choć trochę zbyt późno, przez co jesteśmy mocno zirytowani jego zachowaniem). Atmosfera jest zdecydowanie cięższa, odbiór głównej postaci z powodu jej problemów dość utrudniony i brakuje tu jakiegoś zbalansowania. A może po prostu opisywanie zaburzeń mentalnych w taki sposób, by czytelnika przytrzymać przy historii, to już po prostu zbyt wysoka poprzeczka dla początkującego pisarza. A może po prostu przeskok w odbiorze jest zbyt duży w stosunku do „Lifelines”. Powiem jedynie, że o ile doceniam próbę zmierzenia się z kwestiami zdrowotnymi innego typu niż rak i pewne problemy nawet są mi dość bliskie, o tyle po prostu ciężko mi się to czytało (dla porównania recenzowany przeze mnie wcześniej „Growing pains, orange bitters„, choć też podejmuje bardzo trudne kwestie psychoseksualne, to radzi sobie z nimi zdecydowanie lepiej, jeżeli chodzi o porwanie czytelnika). Zatem nie zniechęcam, ale też nie zachęcam.

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6

Humor: 5/6

Akcja: 6/6

Styl: 4/6

Kanoniczność: 5/6?

Język: angielski

Fandom: Batman

Adres: https://www.fanfiction.net/s/8309854/1/Lifelines

Reklamy

Growing Pains and Orange Bitters, Serendipity

Proszę Państwa, niniejszym stała się rzecz niesamowita! Mamy drugi wpis w tym samym kwartale! Celebrując tę okazję, która niewykluczone, że już się nie powtórzy, otworzę chyba szampana z dawien dawna czekającego na jakiś Wyjątkowy Moment, heh. Nie bez wpływu na ten radosny rozwój wydarzeń był mniej radosny rozwój wydarzeń, jakim jest zerwanie z osobnikiem płci przeciwnej i chwilowy brak dodatkowej pracy. Niemniej nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (przynajmniej w tym wypadku), więc mam zaszczyt przedstawić kolejną dobrą fanfikcję.

Opowiadanie, do którego część z Was zachęcam w niniejszym wpisie, jest dość wyjątkowe pod paroma względami. Wzgląd pierwszy to fandom, którego ono dotyczy, czyli… Wojownicze Żółwie Ninja. Spora część z Was zastanawia się pewnie, czy strona zmienia profil na „fanfikcja dla młodszej młodzieży”, tudzież czy rozstanie z mężczyzną nie stało się zbyt dużą traumą rzutującą na mój gust czytelniczy. Prawdą jest jednak, że zawsze chciałam, by ten blog obejmował jak najwięcej różnych (wszech)światów, nie koncentrując się tylko na tych najbardziej popularnych i oczywistych typu Harry Potter czy inne tam Final Fantasy. Z tego też powodu zaglądam na najróżniejsze działy stron z fanfikcją, byle były mi w miarę znane.

A Żółwie Ninja, ku mojemu zaskoczeniu, cieszą się całkiem przyzwoitą popularnością, więc czemu by się nie zapoznać z tym, co fascynuje młodzież (sama zresztą w dawnym dzieciństwie chętnie je oglądałam). Przyznam jednak szczerze, że nie nastawiałam się na zbyt wyrafinowaną prozę, jako że i odbiorcy tego fandomu kojarzą mi się raczej z młodymi chłopakami, po których spodziewałam się opowiadań pełnych wybuchów, prostych dowcipów i jeszcze prostszej fabuły. Liczyłam więc, że jeśli już coś z tego uniwersum tu trafi, to będzie to może jakaś bardzo udana parodia (w praktyce musiałam przebrnąć przez mnóstwo tzw. angstu /zwanego również Młodzieżowym Bólem Rzyci-znaczy Życia/ oraz gorzej niż tragicznego kazirodczego porno (!!)*, okraszonego, Bogu dzięki, paroma przemiłymi, rodzinnymi opowiadaniami, które się cudownie czytało, ale które w sumie, obiektywnie patrząc, były słodkimi ale jednak średnimi fabularnie czytadłami). A tu nagle zaskoczenie. I tu dochodzimy do meritum (wreszcie), jakim jest drugi wzgląd, który czyni to opowiadanie wyjątkowym.

Oddam może głos niezbyt szczęśliwemu opisowi fanfika: „Michelangelo experiences some new feelings towards his brother, and they’re not exactly welcome. But the further you suppress something, the more it takes out of you, and it’s only a matter of time before you just let it out.” Tak, jest to jedna z tych zapowiedzi, po których przeczytaniu uciekamy jak najdalej stąd, jak najdalej stą~d. Będąc twarda jednak jak zawsze dałam szansę jednemu rozdziałowi. I wyjątkowo miałam rację. Fanfik, tak jak wskazuje zapowiedź, podejmuje temat kazirodczych odczuć względem własnego rodzeństwa. Jest to rzecz niestety dość popularna w opowiadaniach młodych dziewczynek, którym znudziły się konwencjonalne gejowskie romanse i potrzebują większej stymulacji wyobraźni. W 99 przypadkach na 100 opowiadania takie są mniej lub bardziej tragiczne. Serendipity jednak najwyraźniej, podobnie jak i zresztą ja po przeczytaniu któregoś z kolei bohomazu słownego, odczuła potrzebę pokazania światu, co tak naprawdę stałoby się, gdyby przeciętny normalny człowiek – ok, w tym wypadku akurat zmutowany dwunożny żółw – zaczął pożądać własnego brata. Jak mogą się domyślić ludzie obdarzeni minimum zdrowego rozsądku – nic dobrego.

Po pierwsze w opowiadaniu nie ma ani grama porno. Nie ma grama seksu. Nie ma grama żadnej „złej” fizyczności. Cała fabuła koncentruje się na odczuciach Michelangelo, który odkrywa w sobie niezbyt, nomen omen, pożądane odczucia, i nie wie, jak ma sobie z nimi poradzić oraz na tym, jak jego problemy wpływają na funkcjonowanie całej żółwiej rodziny (a wpływają nienajlepiej). Jest to jedno z opowiadań, gdzie najważniejsze są w miarę realistyczne opisy psychiki, przemyśleń, odczuć i zachowań głównego bohatera, więc jeśli odstręczają Was tego typu rzeczy i szukacie bardziej wartkiej akcji, to możecie się zniechęcić. Ja osobiście uwielbiam tego typu konwencję. Co nie znaczy, że poza samym światem wewnętrznym Michelangelo nie pojawia się nic ciekawego – obserwujemy życie całej piątki mutantów (z pojawiającymi się gościnnie przyjaciółmi), ich dowcipy, treningi, akcje, w których biorą udział. Jest nawet nieśmiertelna dla wszystkich tworów przygodowych scena z uciekaniem z budynku w takt tykania podłożonej tam bomby (swoją drogą jeden ze słabszych momentów, przez parę ważnych niedociągnięć fabularnych). Niemniej jednak najważniejsze jest to, co dzieje się z głównym bohaterem.

I tu przechodzimy do pierwszej gigantycznej zalety tego opowiadania – doskonałego, moim skromnym zdaniem, opisu pogłębiającej się depresji. Na początku opowiadania mamy typowego wesołego Mikey’iego, z dowcipnymi przycinkami, lekko sarkastycznie i wesoło odbierającego otaczający go swiat, a także własne problemy. Z biegiem czasu jednak narastający w nim problem zaczyna go coraz bardziej przerażać, budzić coraz większą niechęć do siebie, strach przed kontaktem z własną rodziną, strach przed erotycznymi snami, które uniemożliwiają mu spokojny wypoczynek. Problemy ze snem wpływają na zaburzenia emocjonalne. Niechęć do samego siebie powoduje narastającą depresję. Wszystko to razem przyczynia się do jego samoizolacji w kręgu własnej rodziny, do konfliktów, do typowej dla depresji całkowitej utraty zainteresowania czymkolwiek, utraty apetytu, problemu z ćwiczeniami i walką (co ostatecznie może narazić pozostałych członków rodziny na śmierć w trakcie którejś z akcji)… Wszystko to są oczywiste oczywistości dla czytelników, którym problem depresji jest znany. Niemniej jednak często mam wrażenie, że takich osób jest wciąż stosunkowo mało, cieszę się więc, że tego typu problem został podjęty w stosunkowo popularnej wśród młodszych czytelników formie fanfika. Na świat patrzymy oczami Michelangelo i tu również trzeba przyznać autorce, że doskonale oddała, jak zaburzone jest widzenie rzeczywistości u osoby z depresją, insomnią i niedożywieniem. Gdy sytuacja głównego bohatera się znacznie pogarsza, pojawia się coraz więcej momentów, gdy Michelangelo reaguje przesadnie nerwowo czy wręcz agresywnie, gdy zachowuje się nielogicznie, myśli sprzecznie z tym, co przed chwilą sam stwierdzał, staje się powtarzalny w negatywnych emocjach. Może to drażnić, ale tylko jeśli zapomina się, w jakim stanie psychofizycznym jest nieszczęśny żółw. Gdy jednak się o tym nie zapomina, tym lepsze wrażenie robi opowiadanie, pozwalając rónież zrozumieć, jak ciężko jest nieraz żyć z tak chorą osobą.

I tu dotykamy kolejnej zalety: świetnie opisana jest rodzina – próbujący pomóc, ale kompletnie nie wiedzący, jak to zrobić, nie rozumiejący wybuchów Mikey’iego, nie rozumiejący jego problemów z koncentracją, jego izolacji (Mikey oczywiście nie zwierza się, w czym tkwi problem; kto zresztą powiedziałby coś takiego komukolwiek?). Każdy próbuje podejść do niego na swój sposób – ktoś próbuje go namówić na uzewnętrznienie się, ktoś inny rozerwać, ktoś inny prawi kazania o narkotykach czy złym wpływie gier komputerowych… wszystko to znowu jest dobrze znane ludziom z depresją. I smutne jest, jak wszelkie wysiłki spełgają na niczym, a na szczęśliwą niegdyś grupkę pada cień ciężko w sumie chorego członka rodziny. Dobrze oddane są też reakcje jedynej osoby, która w końcu poznaje prawdę – najpierw naturalne niestety, odruchowe obrzydzenie, później nieporadne próby rozwiązania problemu, naznaczone kompletnym brakiem pojęcia, jak w ogóle zachowywać się w takiej bardzo nietypowej sytuacji i co może tak naprawdę pomóc.

Styl jest bardzo dobry. Opowiadanie od razu kupiło mnie właśnie sposobem narracji – nie jest zbyt barokowa, jak to czasem bywa, gdy ktoś próbuje na siłę pokazywać swoje umiejętności; nie jest też zbyt prosta, za to doskonale przekazuje wszelkie sceny i emocje. Celuje w krótkich acz niezmiernie trafnych opisach, które w kilku prostych słowach natychmiast dają nam pojęcie o całym obrazie i – przez pierwszą część opowiadania – jest przesycona świetnym poczuciem humoru. Mówiąc szczerze, odniosłam wrażenie, że ideałem autorki jest styl Pratchetta i, choc sporo od niego odbiega, to i tak jest bardzo dobrze.

Opowiadanie nie jest pozbawione wad, coby nie było zbyt cudownie. Jest trochę scen, które jak najbardziej są potrzebne fabule, ale zostały napisane mało przekonująco w szczegółach – jak na przykład scena rozmowy April z Michelangelo – gdzie zastanawiamy się, czemu Mikey prowadzi całą tę rozmowę tak kompletnie bez sensu ;), choć można było mu dać bardzo sensowną motywację, czy na przykład scena snu, która miała na celu pokazać krytyczny stosunek autorki do bzdurnych romansideł, ale została ewidentnie napisana w pośpiechu i na odczepnego, odstając od reszty poziomem i zamiast rozbawienia budzi niesmak.

Co do kanoniczności, tu nic nie powiem, bo przyznam szczerze, nie pamiętam aż tak dokładnie Żółwi, niemniej inni czytelnicy twierdzą, że jak najbardziej została zachowana. Ja osobiście mam silne wrażenie, że charakter Raphaela w jednej scenie był mocno zepsuty przez autorkę (ale już w pozostałych było dobrze).

Podsumowując, nie jest to może opowiadanie, które polecę każdemu. Niemniej jednak jest bardzo ciekawe, bo powiedzmy sobie szczerze – czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek, że mógłby zaistnieć dobrze napisany, poważny utwór dotykający problemów seksualnych i depresji o Żółwiach Ninja? No właśnie. Tak więc polecam, jeśli chcecie zobaczyć, czego to nie ma na internecie ciekawego ;). Albo jeśli chcecie zobaczyć dobry opis depresji. Albo po prostu lubicie dobry niekwiecisty dowcipny styl. Albo Żółwie Ninja dla dorosłych.

A ja od siebie dodam, że skoro oczekując po Żółwiach Ninja wesołej parodii, trafiłam na coś takiego, to teraz przeglądając opowiadania o Batmanie spodziewam się natrafienia na dobrze napisany wesoły pozytywny romans z gromadką dzieci i herbatką przy kominku. I uśmiechniętym (uwaga, spoiler!) Brucem. Bo widać wszystko da się zrobić :).

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 5/6

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 5,5/6

Język: angielski

Fandom: Wojownicze Żółwie Ninja

Adres: https://www.fanfiction.net/s/3750308/1/Growing-Pains-and-Orange-Bitters

*które na dodatek cieszyło się dużą popularnością. Mój mózg nie wiedział, czy ma płakać bardziej nad tym, co czyta** czy nad świadomością, że komuś się to podoba

**Bogu dzięki, przeczytałam tylko jeden rozdział… a i tak trauma na całe życie gwarantowana…

The Road Less Traveled, verityburns

Dziś zaczniemy od paru słów od prowadzącego, jako że pasowałoby się usprawiedliwić może. Nieliczni czytelnicy mojego bloga pewnie żyją w przekonaniu, że nastąpiła śmierć tegoż tudzież mojej osoby. Spieszę więc radośnie oznajmić, że póki co świat ten cieszy się nadal mą nieocenioną obecnością. Blog rzeczywiście zastygł w milczeniu, co jednak nie wynika z mojego porzucenia jego idei, a raczej z problemów związanych właśnie z tą ideą. A ideą, żeby sobie popowtarzać to piękne, pełne samogłosek słówko, było recenzowanie najlepszych fanfików. A znalezienie takowych jest trudniejsze niż by się mogło zdawać. Przyznaję też uczciwie, że życie też ma swoje pomysły na mnie, w tym dwie prace, kilka hobby plus chwilowy związek. Tak więc, no, wiadomo. Niemniej jednak przedzieram się przez różne opowiadania szukając tych, których bym się nie wstydziła polecić każdemu i wybieram tylko te najlepsze. Bądźcie więc w kontakcie.
W dzisiejszym odcinku, ad rem przechodząc, zrobię coś, czego nigdy w planach robić nie miałam, a jakby mi tak kto powiedział, że to zrobię, to bym go zelżywie wyśmiała. Niemniej okazało się to silniejsze ode mnie, a i moje współczucie nad Waszą egzystencją pozbawioną poniżej opisanych radości odegrało tu niemałą rolę. Porzucając więc nadmiernie zawiły styl wynikający z późnej godziny i braku leków na rozum mówię krótko: dziś recenzuję kawałek fanfika. Bynajmniej nie dlatego, że nie chciało mi się go doczytać do końca alboliteż by ponabijać posty recenzując od dziś fiki po rozdziale.
Właściwą przyczyną jest fakt, że fanfik ów genialny jest przez pierwsze 6 rozdziałów. Śmiałam się, czytając je, jak dziki chomik (nie urażając szacownych i poważnych przedstawicieli tego gatunku, którym daleko do frywolności i beztroski) i pochłonęłam z zapałem godnym płatnej sprawy. Po 6 rozdziałach jednakże opowiadanie skręciło w odrobinę innym kierunku niż ten, na który liczyłam i niestety stało się zdecydowanie mniej fascynujące. Przeskok był wielki do tego stopnia, że bez odpowiedniej tzw. fazy nie byłabym (i w sumie nie byłam) w stanie przez nie przebrnąć. Wybitność pierwszych kilku rozdziałów jest jednak tak niezaprzeczalna, że po krótkiej walce stwierdziłam, że konieczne jest byście zapoznali się z nimi, gdyż vita jest zbyt breva, by przepuszczać dobrą okazję oplucia klawiatury. Tak więc przedstawiam Wam niniejszym recenzję kawałka fanfiku.
Opowiadanie nosi tytuł ‚The Road Less Traveled’, a stworzone zostało w języku angielskim przez verityburns, autorkę (autora?) specjalizującą się w opowiadaniach z fandomu Sherlocka. Na stronie Archive of Our Own uzyskało ono prawie 1800 kudosów, więc popularnością się cieszy, o czymkolwiek by to nie świadczyło. Istnieje nawet jego polskie tłumaczenie (aczkolwiek nie czytałam, jego jakości zatem nie znam). Akcja rozgrywa się w alternatywnym świecie Sherlocka BBC, lecz alternatywność ta nie jest zbyt wielka i polega głównie na tym, że zalicza się ono do tzw. johnlocków. Ci, którzy są w temacie w tym momencie bądź piszczą z radości bądź uciekają z krzykiem. W powstałym hałasie pozostałym objaśniam, że johnlockami nazywamy te opowiadania, które z żarliwością wielką wspierają przedstawianie panów Holmesa Sherlocka i Watsona Johna w postaci rozmiłowanej w sobie pary. Cóż, ja tego w serialu nie widzę ani, stety lub niestety, nie marzę o tym, niemniej każdy ma swoje fazy i fantazje, nikogo więc nie oceniam*. Opowiadania te jednakże często są mizernej jakości, czy to fabularnie czy językowo czy pod kątem przedstawienia postaci.
‚The Road Less Traveled’ szczęśliwie jest wyjątkiem od tej reguły. Przynajmniej w tej części, na której się skoncentrujemy. Fabuła, jak to nieraz bywa nawet przy bardzo dobrych fanfikcjach, jest w sumie dość schematyczna w streszczeniu – przychodzi Mycroft do dok… do Sherlocka i uderza w te słowa: „Sherlocku, ja, Brat Twój,  Ci mówię, że John Ci ubieży w podskokach w ramiona lubieżnej kobiety”. No, dobrze, może nie do końca tak powiedział, ale sens pierwszego, wprowadzającego rozdziału jest właśnie taki – Mycroft zwraca uwagę Sherlockowi, że uganianie się Johna za kobietami, mimo iż do tej pory bezproduktywne, w końcu pewnego dnia może zakończyć się sukcesem. A gdy zacznie się jego życie rodzinne, czas poświęcany słynnemu detektywowi  nieuchronnie się skróci, słowem skończy się szerlokowanie. Sherlock rozważył przestrogę i na mocy metody dedukcji i doskonałej swej znajomości ludzkiej psychiki doszedł do jakże trafnego, w swoim mniemaniu, wniosku, że skoro John generalnie preferuje przebywanie z nim (co ewidentnie widać po jego zachowaniach) i bardzo ceni jego wspaniałą osobowość i fascynujący sposób bycia, to jedynym zadowalającym wyjaśnieniem przyczyny, dla której w ogóle potrzebna mu jakaś kobieta jest brak seksu i ewentualnie ogólnej bliskości psychofizycznej. Dla genialnego aktora i manipulatora, jakim jest Sherlock, rozwiązanie problemu jest całkiem proste. Dajemy Johnowi to, czego mu brakuje, w efekcie John nie ma już żadnego powodu, by uganiać się za kobietami i w ogóle spędzać bez sensu czas z kimkolwiek innym niż Sherlock. Proste i logiczne, by nie rzec banalne…
Opowiadanie udanie wykorzystuje metodę zmian punktów widzenia. Co drugi rozdział obserwujemy snucie i wykonywanie genialnego planu oczami zadowolonego z siebie Sherlocka, a co drugi rozdział współczujemy biednemu skonfundowanemu do reszty, zakłopotanemu i momentami nawet chyba odrobinę przerażonemu heteroseksualnemu Johnowi, któremu najwyraźniej genialny współlokator zwariował. To znaczy współczujemy w tych momentach, gdy nie rzęzimy ze śmiechu, czyli w sumie rzadko. Po pierwszym rozdziale, który będąc rozdziałem wprowadzającym, nie reprezentuje sobą niczego szczególnego, choć zachęca do dalszej lektury, autor rozwija skrzydła w dziedzinie doskonałego poczucia humoru, lekkiego prowadzenia fabuły i dość wiernego przedstawiania sposobu myślenia i zachowania zarówno Johna, jak i Sherlocka. Krztusimy się ze śmiechu śledząc myśli detektywa, przekonanego o swej szerokiej (z internetu wziętej) wiedzy na temat sposobów uwodzenia mężczyzn pokroju Johna i obserwując jego kolejne starannie rozważone kroki. Płaczemy z radości poznając reakcje Johna na te jakże doskonałe kroki i przyglądając się jego rosnącemu przerażeniu będącemu odpowiedzią na niespotykane zjawisko będące ewidentnie zalecającym się doń Sherlockiem. Wiernie kibicujemy każdej rysie w planie i zastanawiamy się, kto pierwszy skończy za oknem – John z własnej nieprzymuszonej ochoty czy Sherlock z nieprzymuszonej ochoty Johna.
Język jest przyjemny, niezbyt zawiły, ale też nie przesadnie prosty; charaktery dobrze oddane, no może z wyjątkiem Mycrofta, który momentami odstaje trochę od swojego pierwowzoru, aczkolwiek tragedii nie ma. Zwroty akcji może nie są zbyt nowatorskie, ale też, dzięki dawce humoru, nie są rażące we wtórności, a wszystko rekompensują zachowania obu głównych bohaterów pełne zdecydowanie niezamierzonego przez żadnego z nich komizmu, choć wciąż pasujące do ich osobowości. Mimo iż cała historia z wymyśleniem takiego planu  przez Sherlocka może wydawać się z początku trochę naciągana, to jednak po chwili czytania dochodzimy do wniosku, że w sumie nie byłoby to tak dziwne dla tego dość egoistycznego i oderwanego od relacji międzyludzkich bohatera.
Zdecydowanie więc polecam. Czy się jest fanem johnlocków czy wrogiem, te kilka rozdziałów warte są poświęcenia części wieczoru, gdyż, jak powszechnie wiadomo, śmiech to zdrowie.

Czuję się jednakże zobowiązana do krótkiego przedstawienia reszty opowiadania, by wrogowie johnlocków nie zapuścili się zbyt daleko narażając się na nieuchronną traumę. Niestety po szóstym rozdziale zmienia się zdecydowanie atmosfera tej powiastki skręcając dość zaskakująco i gwałtownie w stronę typowego romansu. Oczywiście autor, który stworzył kilka tak dobrych pierwszych rozdziałów, nie spada nagle na łeb, na szyję na poziom ledwie klecącego zdania nowicjusza o zerowej znajomości sztuki pisarskiej, widać niemniej, że jest zbyt opanowany wizją czułej miłości obu bohaterów. Reszta opowiadania doskonale pasowałaby do osobnej powiastki, będącej stereotypowym johnlockiem, ale z przyzwoitym stylem i dość rozbudowaną, choć schematyczną narracją; w ogóle jednak nie pasuje do lekkiego i zabawnego początku. Do bardzo małych ilości topnieje dotychczasowy humor, zastąpiony romantycznymi uniesieniami, wzruszeniami i przemyśleniami. Wesoła akcja ustępuje romansowi z Dramatycznym Zwrotem w postaci Bolesnego Rozczarowania i Rozstania zakończonym, jakże by inaczej, Szczęśliwym Zakończeniem. Oczywiście nie może zabraknąć scen coraz śmielszych macanek, a w końcu i krótkich opisów seksu. Gdzieś międzyczasie pojawia się niewybaczalna scena Sherlocka chlipiącego w ramionach Mycrofta. Apage Satanas. Również sam fakt, że heteroseksualny ponoć John jednak znajduje przyjemność w byciu z Sherlockiem, mimo wyjaśnienia w tekście, zdecydowanie mnie nie przekonuje. Tak więc, powiem szczerze, że jeśli johnlock jest tym, czego aktualnie potrzebujecie do szczęścia, można czytać dalej. Nie jest tragicznie, a wiadomo, że jeśli ma się zapotrzebowanie na dany typ romansu w danym momencie, to przymyka się oko na różne rzeczy, bo w sumie nie o to w tym chodzi, tylko o to, by działo się, co ma się dziać. Troszkę jak z porno ;). Ale jeśli nie macie takiej potrzeby, to myślę, że nie ma najmniejszego powodu, by kontynuować czytanie. Przyznam sama, że przeczytałam dokładnie parę następnych rozdziałów, a następne już tylko przejrzałam, bo przeczytanie wnikliwe jednak było odrobinę ponad moje wątłe siły.
Ale te sześć rozdziałów przeczytajcie koniecznie! Albo sobie zapiszcie na dysku na czarną, wymagającą śmiechu, godzinę!.

Podsumowując: polecam sześć rozdziałów!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6 (za Mycrofta :( )

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 5/6

Kanoniczność: 5/6

Język: angielski (dostępne tłumaczenie)

Fandom: Sherlock (BBC)

Adres: http://archiveofourown.org/works/331205/chapters/534451

*Albowiem Pismo mówi: nie osądzajcie, a nie osądzą Waszych własnych opowiadań o Sengoku i Akainu tudzież Garpie

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny