Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the category “Prima Aprilis”

Blue, Turtle Babe

Wreszcie mamy coś wspaniałego! Niebywałego wręcz! Udało mi się dokopać do fanfikcji, która pozostanie w Waszych wspomnieniach na zawsze, po przeczytaniu której już nigdy nie będziecie tacy jak wcześniej! Te zapewnienia brzmią może trochę na wyrost, ale wierzcie mi – to opowiadanie jest wyjątkowe, choć przyznam, że niezmiernie mocne w swym głębokim przesłaniu.

„Blue” to kolejny na tym blogu fik z fandomu Wojowniczych Żółwi Ninja. Ciekawe, że ma on kilka elementów wspólnych z poprzednio tu opisywanym „Growing Pains, Orange Bitters” – oba są kierowane raczej do młodzieży (zdecydowanie nie dla dzieci), oba dotykają tematu zakazanych relacji seksualnych oraz problemów psychicznych. Aż dziw, że to akurat Żółwie Ninja pobudzają wschodzących pisarzy do pisania o takich ważkich sprawach. Co zdecydowanie różni oba fiki, to jednak podejmowany problem i jego stopień powiązania z życiem codziennym. O ile Serendipity opisuje depresję – chorobę, która może bezpośrednio lub pośrednio dotknąć każdego z nas, a więc porusza nas tematem jednocześnie odległym i bardzo bliskim, przedstawionym bardzo autentycznie, o tyle Turtle Babe raczej kieruje swoje kroki w stronę eksperymentów z materią fabularną, próbując, jakże nowocześnie, przełamać pisarskie tabu i zachwycić nas sytuacjami, które w pierwszym odruchu powinny budzić całą paletę negatywnych odczuć od zażenowania przez oburzenie i niedowierzanie po odruchy żołądkowe typu poimprezowego. A po tym można przecież poznać wybitnego pisarza, że o rzeczach, które powinny budzić niechęć i niesmak potrafi pisać w sposób wyjątkowy. I to właśnie czyni Turtle Babe.

Jaką zatem historię nam przedstawiono? Opowiadanie zaczyna się z punktu widzenia Leonarda, który wraz ze swoim bratem Raphaelem dostaje się w ręce Złoczyńcy Bishopa zafascynowanego ewolucją i anatomią wojowniczych żółwi, co nie może się skończyć najlepiej. Bishop planuje przeprowadzić eksperymenty na mutantach, jest jednak na tyle inteligentny, by zdawać sobie sprawę z tego, że badania na słabo znanym gatunku niekoniecznie zawsze kończą się najlepiej dla badanych, więc warto byłoby zadbać o większą (niż cztery) ilość dostępnych egzemplarzy w razie fiaska i ku większej swobodzie twórczej. Nic prostszego zatem dla genialnego szalonego naukowca niż wstrzyknąć obu żółwiom odpowiednio działające narkotyki, które pobudzą ich hormony w przewidziany przez naukowca sposób i poddać jednego z żółwi kilku, czy tam kilkunastu, no, może kilkudziesięciu prostym modyfikacjom, dzięki którym będzie można oba żółwie sparzyć i uzyskać potomstwo, co genialny naukowiec, będąc genialnym, dokonuje szybko i bez większych problemów. Można tu zarzucić autorce pewne pójście na skróty, bo przecież przeprowadzenie tak zaawansowanych operacji nawet na znanym gatunku wydawałoby się raczej trudnym, czasochłonnym i obfitym w skutki uboczne procesem, a co dopiero na drogocennym przedstawicielu rzadkiego zmutowanego gatunku, którego fizjologię się ledwie zna, Turtle Babe jednak nie daje się wywieść na grząskie manowce zbytecznego zagłębiania się w niepotrzebne w gruncie rzeczy dla istoty przekazu badania i nie zanudza nas wywodami uwiarygodniającymi zaistniałą sytuację. Krótko mówiąc, nie o to chodzi przecież.

A chodzi o to, by czytelnikiem wstrząsnąć, by czytelnika poruszyć, by czytelnika skłonić do zadumy nad mniej typowymi problemami, które przecież jednak teoretycznie mogłyby się gdzieś komuś przytrafić. W taki właśnie prosty, lecz genialny w swej prostocie sposób Turtle Babe wprowadza nas w zakazaną tematykę gwałtu kazirodczego i dziecka uzyskanego tą drogą oraz trudnego problemu stresu pourazowego. Już na samym początku opowiadania z niezwykłą plastycznością i dramaturgią opisuje tortury psychiczne i fizyczne, jakie przechodzi nieszczęsny Leonardo za sprawą własnego, choć nieświadomego tego, co robi, brata, sprawiając lekki szok czytelnikowi (zupełnie jak na najlepszej wystawie sztuki współczesnej). Dodatkowym wyzwaniem dla nas i naszego tradycyjnego postrzegania świata staje się fakt, że – w efekcie działania owych złowieszczych wstrzykniętych narkotyków – Leo najwyraźniej walczy ze sobą, by nie odczuwać przyjemności z brutalnego gwałtu, co mu zresztą średnio wychodzi (dobrze, że autorka zadbała o to, by nas poinformować, że wiele krwi się nie polało, gdyż Bishop troskliwie nie pożałował lubrykantu dla biednego Leo, w końcu szkoda byłoby uszkodzić drogocenny materiał badawczy). Później dochodzi zaskoczenie, gdy dowiadujemy się o ciąży Leonarda (autorka słusznie nie zadręczała nas szczegółami przemian anatomicznych, które musiał dokonać Bishop – byłoby to niepotrzebne rozwodnienie tematu).

Na szczęście obaj bracia szybko zostają uratowani z opresji i wracają na łono rodziny. Początkowy wstrząs szybko łagodzi budzące się w nas współczucie i zrozumienie dla niezmiernie tragicznej sytuacji, w jakiej jest Leonardo i jego rodzina. Z jednej strony musi on walczyć z zespołem stresu pourazowego związanym z własnym bratem, co poważnie wpływa na ich stosunki; z drugiej strony musi podjąć decyzję o ewentualnej aborcji – ważki problem moralny i dyskusje z nim związany jest tu ledwie nadmieniony, ale autorka słusznie nie tworzy rozległej rozprawki z pro- i kontrargumentami, zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy je przecież doskonale znamy. Pozostaje również sam Raph, który nie pamięta, co zrobił, ale zdaje sobie sprawę, że w jakiś sposób skrzywdził Leonarda i nie wie, jak sobie z tym poradzić. Również i reszta rodziny musi stanąć na wysokości zadania, by w tym jakże trudnym dla Leo (i zupełnie niespodziewanym dla nich) okresie być dla niego odpowiednim wsparciem.

Język jest prosty, doskonale nadający się do oddania dramaturgii, bez przesadnych stylizacji i opisów. Zmienne punkty widzenia są doskonale operowane, choć styl poszczególnych postaci nie jest zbyt zróżnicowany, w zasadzie polega na tym, że Raphael wrzuca cały czas dwa te same potoczne słówka, ale może to i lepiej, gdyż dzięki temu tacy nienatywni czytelnicy jak ja nie poczują się zagubieni (to wyjaśniałoby również brak opisów, cieszy mnie taka troska o Czytelnika).

Ogólnie polecam! Opowiadanie to ma ponad 200 tzw. Favów (a więc więcej niż „Growing Pains, Bitter Orange”!), więc nie jestem odosobniona w mej pochlebnej ocenie!

 

PS. Oczywiście Prima Aprilis. Ale co jest smutne, to fakt, że jedynym elementem tego żartu na 1 kwietnia jest moja pochlebna recenzja, gdyż zarówno istnienie tego fika, jak i fakt, że ma ponad 200 lajków (więcej niż świetne Growing Pains) jest przerażającą prawdą. Ja byłam w stanie przeczytać tylko jeden rozdział i mój mózg się utopił we własnej krwi i słońce tego dnia zaszło na czarno i noc pochłonęła ziemię i myślałam, że już nigdy nie otworzę żadnego fika więcej w życiu mym. Ale jeśli chcecie przeczytać coś naprawdę naprawdę złego, to zaprawdę powiadam Wam gorszego fika moje oczy nie widziały. I jak przeczytacie, to zrozumiecie, przez jakie piekła ja muszę przechodzić, żeby znaleźć Wam coś na dobrym poziomie ;). A na pociechę dodam, że właśnie czytam wybitnego (tym razem serio) fika z Władcy Pierścieni, więc w końcu coś się tutaj pojawi na naprawdę wysokim poziomie.

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny