Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the tag “dobra fanfikcja”

Fear No Darkness, Thundera Tiger

Nareszcie udało mi się wyrwać z objęć Dragon Age: Origins, które niedawno zaczęłam (i skończyłam dwukrotnie) i przysiąść do napisania recenzji, która czeka na mnie już od kilku tygodni. Błąd mój, a w zasadzie to wina wyżej wspomnianej świetnej gry, że nie siadłam nad tym od razu, „na świeżo”, ale postaram się nie zapomnieć i nie pominąć niczego przy opisywaniu tego naprawdę wybitnego opowiadania dziejącego się w świecie Władcy Pierścieni.

Fiki pisane na podstawie dobrych książek są zazwyczaj dość wdzięcznym materiałem do przeszukiwania – widać, że autorzy jakieś książki jednak czytają, więc minimalny poziom zazwyczaj jest zachowany. Gorzej jest, gdy coś zostało zekranizowane (albo w ogóle nigdy nie było książką, tylko np. komiksem czy grą), a do pisania fanfikcji zabiera się ktoś, kto wychodzi z założenia, że pisać każdy może, trochę lepiej lub bardzo gorzej :). W końcu wystarczy komputer i edytor tekstu, czego chcieć więcej. Bogu czy tam innym Przodkom dzięki, że niektórzy dostrzegają potrzebę szlifowania warsztatu i poznawania różnych technik pisarskich i są na tyle samoświadomi, by w otchłanie internetu wypuszczać twory dopracowane i przemyślane. Takim właśnie utworem jest ‚Fear No Darkness’.

Autorka jest Amerykanką o bardzo szeroko zakrojonych zainteresowaniach (studiowała politykę Bliskiego Wschodu, arabski, a uczy niemieckiego i matematyki), piszącą głównie opowiadania dotyczące Władcy Pierścieni, silnie oparte na książkach, którymi była zafascynowana jeszcze zanim pojawiła się ekranizacja. Jej gigantyczna wiedza z tego właśnie uniwersum jest doskonale widoczna w jej fanfikcji – swobodnie operuje tam nawiązaniami do „Silmarillionu”, „Niedokończonych opowieści”, listów Tolkiena itp., barwnie i ciekawie przedstawia szeroki wachlarz postaci od pierwszoplanowych po takie, które kojarzą głównie zapaleni miłośnicy uniwersum, nie waha się też przed stosowaniem od czasu do czasu języków stworzonych przez Tolkiena. Pod wieloma rozdziałami są też szerokie odpowiedzi na różne pytania dotyczące kanoniczności i szczegółów fabularnych świadczące o tym, że autorka doskonale wie, o czym pisze i nie boi się dyskusji z podobnymi jej fanami. Od razu więc widać, że na niezgodność z kanonem nie można narzekać.

Fabuła ma miejsce pięć lat po zniszczeniu Pierścienia. Rocznica ta skusiła panujących w Rivendell Elladana i Elrohira, synów Elronda, aby wyprawić ucztę uświetniającą dokonane czyny i zaprosić na nią wszystkich, którzy przyczynili się do pokonania Saurona i mogą przybyć. Do Rivendell zmierzają więc para królewska Arwena z Aragornem z Gondoru, Legolas, władca Ithilien, wraz z Gimlim, król Thranduil z Mirkwood, król Cereborn z Lothlorien, Peregrin Took, Meriadok Brandybuck oraz Samwise Gamgee z żoną i córeczką, hobbici z Shire. Większości z nich towarzyszą również umiarkowanej wielkości orszaki (w razie potrzeby stające się oddziałami), gdzie nie brakuje postaci drugoplanowanych. Niestety nie tylko oni dostrzegają wagę tej uroczystej daty. Pomimo tego, że Sauron został pokonany, niektórym z jego popleczników udało się przetrwać. Jeden z nich wciąż pozostaje wierny pamięci o swym władcy i, dowiadując się o uroczystościach w Rivendell, postanawia na swój ponury sposób uczcić wspomnienia o wydarzeniach sprzed pięciu lat.

Historia jest napisana w niemiernie zajmujący sposób. Choć główna linia fabularna nie jest zbyt zaskakująca – ot, zapowiadająca się radośnie uroczystość zostaje skalana przez powrót cieni sprzed lat, to opowiadanie czyta się z nieustającą ciekawością i przyjemnością. Autorka starannie przemyślała wszystkie aspekty swojej fabuły. Po pierwsze, wszystkie postaci są doskonale zaprojektowane; każda ma swoje ważne miejsce w wydarzeniach, każda ma swój dobrze wyważony „czas antenowy”, każda zachowuje się bardzo realistycznie, tzn. adekwatnie do swojego charakteru, przeszłości i dotykających ją przeżyć, również interakcje między nimi są różnorodne, tworząc wiele ciekawych wątków i dostarczając Czytelnikowi wszelkiego rodzaju emocji. Zwłaszcza przysłowiowe czapki z głów za postać Thranduila – rzadko spotyka się w fanfikach tak doskonale i prawdziwie pod względem mentalności stworzonego bohatera (a i w oryginalnej literaturze takie postaci pojawiają się tylko w dobrych książkach). Konkretniej rzecz ujmując zawsze będę wdzięczna za tworzenie postaci niejednoznacznych, i to nie w naszym typowym sensie „jestem zły, ale mam dobre motywacje” czy „jestem zły, ale ogólny efekt moich działań jest dobry”, ale w sensie kreacji osobników, którzy w jednych kwestiach potrafią posłużyć się swoją niemałą inteligencją i niejednokrotnie są również wzorem moralnym dla innych, za to w innych są zaślepieni i ewidentnie podążający błędną z moralnego punktu widzenia drogą prowadzącą ich do opłakanych w skutkach decyzji. Niemało jest takich ludzi w naszym codziennym życiu, niemniej zawsze mam wrażenie, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Wszyscy wiemy przecież, że kto jest za PiS musi być matołem nienawidzącym gejów i kobiet, a kto jest za PO ten nie jest patriotą, służy Merkel i chciałby, żeby wytłuc wszystkie nienarodzone dzieci, prawda? Albo przecież jasnym jest, że rasista zawsze jest do cna zły, podobnie jak i homofobowie (albo w drugą stronę – ateiści czy aborcjoniści). A jak ktoś walczy prawa zwierząt/człowieka, to jest dobry z gruntu… Tymczasem ja sama znam homofobów, którzy zamknęliby gejów w psychiatrykach, ale którzy równocześnie pierwsi na ulicy pobiegną komuś pomóc i udzielają się w instytucjach charytatywnych kosztem swojego prywatnego czasu pomagając niepełnosprawnym staruszkom, które zostały pozostawione przez swoje rodziny. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Znam ludzi twardo walczących o prawa człowieka, oddający ostatnie pieniądze na kampanie społeczne, narażający czasem swoje zdrowie na manifestacjach, ale którzy równocześnie w codziennym życiu daliby swoim znajomym zdechnąć z głodu albo wyżywają się na swoich dzieciach. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Ok, dość mojej dygresji, w każdym razie chcę tylko powiedzieć, że mało jest ludzi, którzy mają jednolite ścieżki moralne, za to mnóstwo takich, o których nijak nie da się powiedzieć ani że są „źli” ani że są „dobrzy”. Dlatego cenię Thunderę za jej Thranduila, bo on doskonale obrazuje zawikłania indywidualnej moralności i emocjonalności.

Wracając do zalet fabuły – jest ciekawie, po prostu ciekawie. Główny wątek jest poprowadzony w sposób bardzo realistyczny, co znaczy, że można się wszystkiego spodziewać, ponieważ Thundera doskonale zdaje sobie sprawę z uroków walk na miecze i strzały, trucizn, czarnej magii i wiążącego się z tym faktu śmiertelności organizmów żywych. Innymi słowy, mimo że mamy tu naszą tradycyjną walkę dobra ze złem, to nie mamy żadnej pewności co do tego, kto zwycięży i ile jakich będzie strat po której stronie. Obserwując powagę, z jaką Thundera podchodzi do realizmu, możemy być pewni tylko tego, że zwyciężą po prostu lepsi (co nie znaczy, że przeżyją wszyscy). Podoba mi się także to, że po obu stronach są wątpliwości, niepewności, lepsze i gorsze decyzje – zwłaszcza miło to zobaczyć w postaci głównego antagonisty, który nie jest typowym zadufanym w sobie geniuszem zła, który najpierw ma wzbudzić podziw Czytelnika swoją niezmierną inteligencją, a później dać się pokonać Dobremu Herosowi wcale nie mądrzejszemu odeń. Tutaj złoczyńca jest bardzo inteligentny owszem, ale też ma swoje wahania, jest świadomy swych szans i ryzyk, które podejmuje – uczciwie przedstawiona jest i jedna i druga strona barykady, dzięki czemu nie będzie wrażenia naiwności pisarskiej, gdy któraś ze stron przeważy nie mając uprzednio sensownej przewagi tego czy innego rodzaju.

Nie brakuje świetnie prowadzonego, błyskotliwego i równocześnie naturalnego humoru. Mimo że z upływem rozdziałów robi się coraz bardziej przygnębiająco narrator od czasu do czasu rozjaśni nam trochę twarz swoim sarkazmem i uratuje od ciągłego napięcia postaciami, które w sposób rozmyślny (lub nie) potrafią je rozładować.

Styl jak zawsze trudno mi oceniać, jako że anglistką nie jestem, widzę jednak wyraźnie, że autorka zdecydowanie ma bogate słownictwo, stylizowane trochę na archaiczne (aczkolwiek bez przesady, wszystko jest zrozumiałe), choć oczywiście poziom Tolkiena to (jeszcze) nie jest. Czyta się w każdym razie niezmiernie przyjemnie zarówno jej opisy, jak i dialogi. Nie brakuje szczegółów doskonale obrazujących wszystkie sceny, ale nie są one przytłaczające (przynajmniej dla mnie, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na to, że jestem bardzo odporna na duże ilości szczegółów i opisów ;) ).

Wśród komentatorów pojawiają się zarzuty zbytniego zagęszczenia rozważań postaci. Bohaterów rzeczywiście jest sporo i każdemu z nich Thundera daje trochę miejsca na opisanie swych przeżyć i zastanowienie się nad przeszłością i przyszłością. Nie wątpię, że zwolenników wartkiej akcji jej to nie przysporzy i przyznam, że jeśli do nich należycie, to być może nie przebrniecie przez „Fear No Darkness”. Ja osobiście czytałam to wszystko z przyjemnością, gdyż każda z postaci została tak przedstawiona i umiejscowiona w akcji, że po prostu ciekawiło mnie to, jak sobie radzi z tym, co się dzieje, co ją ukształtowało i co ją popchnie do jakich decyzji. Niemniej prawdą jest, że jest tego bardzo dużo.

I to chyba wszystko. Jest tylko jedna jeszcze wada. Za to GIGANTYCZNA. Opowiadanie jest nieukończone i nie będzie ukończone. Szczerze powiem, że serce mi pęka z tego powodu, gdyż naprawdę trudno się pogodzić z tym, że nie poznamy zakończenia. Nie kryję mojego oburzenia faktem, że autorka żyje, pisała jeszcze długo po urwaniu „Fear No Darkness” i uważam, że zostawienie nas w ten sposób spowoduje, że jej następne wcielenie wyląduje zapewne gdzieś w Afryce, bo to woła o pomstę do nieba ;). Niemniej i tak warto przeczytać.

Całość ma 30 rozdziałów i jest to 30 rozdziałów czystej przyjemności. Poza tym Thundera ma również mnóstwo innych opowiadań z Władcy; co prawda ja ich nie znam, ale podejrzewam, że muszą być co najmniej dobre. Tak więc wszystkim fanom szczerze polecam!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5,5/6

Postaci: 6/6

Humor: 5/6

Akcja: 5,5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 6/6

Język: angielski

Fandom: Władca Pierścieni

Adres: https://www.fanfiction.net/s/615044/1/Fear-No-Darkness

http://www.storiesofarda.com/chapterlistview.asp?SID=456

Reklamy

Growing Pains and Orange Bitters, Serendipity

Proszę Państwa, niniejszym stała się rzecz niesamowita! Mamy drugi wpis w tym samym kwartale! Celebrując tę okazję, która niewykluczone, że już się nie powtórzy, otworzę chyba szampana z dawien dawna czekającego na jakiś Wyjątkowy Moment, heh. Nie bez wpływu na ten radosny rozwój wydarzeń był mniej radosny rozwój wydarzeń, jakim jest zerwanie z osobnikiem płci przeciwnej i chwilowy brak dodatkowej pracy. Niemniej nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (przynajmniej w tym wypadku), więc mam zaszczyt przedstawić kolejną dobrą fanfikcję.

Opowiadanie, do którego część z Was zachęcam w niniejszym wpisie, jest dość wyjątkowe pod paroma względami. Wzgląd pierwszy to fandom, którego ono dotyczy, czyli… Wojownicze Żółwie Ninja. Spora część z Was zastanawia się pewnie, czy strona zmienia profil na „fanfikcja dla młodszej młodzieży”, tudzież czy rozstanie z mężczyzną nie stało się zbyt dużą traumą rzutującą na mój gust czytelniczy. Prawdą jest jednak, że zawsze chciałam, by ten blog obejmował jak najwięcej różnych (wszech)światów, nie koncentrując się tylko na tych najbardziej popularnych i oczywistych typu Harry Potter czy inne tam Final Fantasy. Z tego też powodu zaglądam na najróżniejsze działy stron z fanfikcją, byle były mi w miarę znane.

A Żółwie Ninja, ku mojemu zaskoczeniu, cieszą się całkiem przyzwoitą popularnością, więc czemu by się nie zapoznać z tym, co fascynuje młodzież (sama zresztą w dawnym dzieciństwie chętnie je oglądałam). Przyznam jednak szczerze, że nie nastawiałam się na zbyt wyrafinowaną prozę, jako że i odbiorcy tego fandomu kojarzą mi się raczej z młodymi chłopakami, po których spodziewałam się opowiadań pełnych wybuchów, prostych dowcipów i jeszcze prostszej fabuły. Liczyłam więc, że jeśli już coś z tego uniwersum tu trafi, to będzie to może jakaś bardzo udana parodia (w praktyce musiałam przebrnąć przez mnóstwo tzw. angstu /zwanego również Młodzieżowym Bólem Rzyci-znaczy Życia/ oraz gorzej niż tragicznego kazirodczego porno (!!)*, okraszonego, Bogu dzięki, paroma przemiłymi, rodzinnymi opowiadaniami, które się cudownie czytało, ale które w sumie, obiektywnie patrząc, były słodkimi ale jednak średnimi fabularnie czytadłami). A tu nagle zaskoczenie. I tu dochodzimy do meritum (wreszcie), jakim jest drugi wzgląd, który czyni to opowiadanie wyjątkowym.

Oddam może głos niezbyt szczęśliwemu opisowi fanfika: „Michelangelo experiences some new feelings towards his brother, and they’re not exactly welcome. But the further you suppress something, the more it takes out of you, and it’s only a matter of time before you just let it out.” Tak, jest to jedna z tych zapowiedzi, po których przeczytaniu uciekamy jak najdalej stąd, jak najdalej stą~d. Będąc twarda jednak jak zawsze dałam szansę jednemu rozdziałowi. I wyjątkowo miałam rację. Fanfik, tak jak wskazuje zapowiedź, podejmuje temat kazirodczych odczuć względem własnego rodzeństwa. Jest to rzecz niestety dość popularna w opowiadaniach młodych dziewczynek, którym znudziły się konwencjonalne gejowskie romanse i potrzebują większej stymulacji wyobraźni. W 99 przypadkach na 100 opowiadania takie są mniej lub bardziej tragiczne. Serendipity jednak najwyraźniej, podobnie jak i zresztą ja po przeczytaniu któregoś z kolei bohomazu słownego, odczuła potrzebę pokazania światu, co tak naprawdę stałoby się, gdyby przeciętny normalny człowiek – ok, w tym wypadku akurat zmutowany dwunożny żółw – zaczął pożądać własnego brata. Jak mogą się domyślić ludzie obdarzeni minimum zdrowego rozsądku – nic dobrego.

Po pierwsze w opowiadaniu nie ma ani grama porno. Nie ma grama seksu. Nie ma grama żadnej „złej” fizyczności. Cała fabuła koncentruje się na odczuciach Michelangelo, który odkrywa w sobie niezbyt, nomen omen, pożądane odczucia, i nie wie, jak ma sobie z nimi poradzić oraz na tym, jak jego problemy wpływają na funkcjonowanie całej żółwiej rodziny (a wpływają nienajlepiej). Jest to jedno z opowiadań, gdzie najważniejsze są w miarę realistyczne opisy psychiki, przemyśleń, odczuć i zachowań głównego bohatera, więc jeśli odstręczają Was tego typu rzeczy i szukacie bardziej wartkiej akcji, to możecie się zniechęcić. Ja osobiście uwielbiam tego typu konwencję. Co nie znaczy, że poza samym światem wewnętrznym Michelangelo nie pojawia się nic ciekawego – obserwujemy życie całej piątki mutantów (z pojawiającymi się gościnnie przyjaciółmi), ich dowcipy, treningi, akcje, w których biorą udział. Jest nawet nieśmiertelna dla wszystkich tworów przygodowych scena z uciekaniem z budynku w takt tykania podłożonej tam bomby (swoją drogą jeden ze słabszych momentów, przez parę ważnych niedociągnięć fabularnych). Niemniej jednak najważniejsze jest to, co dzieje się z głównym bohaterem.

I tu przechodzimy do pierwszej gigantycznej zalety tego opowiadania – doskonałego, moim skromnym zdaniem, opisu pogłębiającej się depresji. Na początku opowiadania mamy typowego wesołego Mikey’iego, z dowcipnymi przycinkami, lekko sarkastycznie i wesoło odbierającego otaczający go swiat, a także własne problemy. Z biegiem czasu jednak narastający w nim problem zaczyna go coraz bardziej przerażać, budzić coraz większą niechęć do siebie, strach przed kontaktem z własną rodziną, strach przed erotycznymi snami, które uniemożliwiają mu spokojny wypoczynek. Problemy ze snem wpływają na zaburzenia emocjonalne. Niechęć do samego siebie powoduje narastającą depresję. Wszystko to razem przyczynia się do jego samoizolacji w kręgu własnej rodziny, do konfliktów, do typowej dla depresji całkowitej utraty zainteresowania czymkolwiek, utraty apetytu, problemu z ćwiczeniami i walką (co ostatecznie może narazić pozostałych członków rodziny na śmierć w trakcie którejś z akcji)… Wszystko to są oczywiste oczywistości dla czytelników, którym problem depresji jest znany. Niemniej jednak często mam wrażenie, że takich osób jest wciąż stosunkowo mało, cieszę się więc, że tego typu problem został podjęty w stosunkowo popularnej wśród młodszych czytelników formie fanfika. Na świat patrzymy oczami Michelangelo i tu również trzeba przyznać autorce, że doskonale oddała, jak zaburzone jest widzenie rzeczywistości u osoby z depresją, insomnią i niedożywieniem. Gdy sytuacja głównego bohatera się znacznie pogarsza, pojawia się coraz więcej momentów, gdy Michelangelo reaguje przesadnie nerwowo czy wręcz agresywnie, gdy zachowuje się nielogicznie, myśli sprzecznie z tym, co przed chwilą sam stwierdzał, staje się powtarzalny w negatywnych emocjach. Może to drażnić, ale tylko jeśli zapomina się, w jakim stanie psychofizycznym jest nieszczęśny żółw. Gdy jednak się o tym nie zapomina, tym lepsze wrażenie robi opowiadanie, pozwalając rónież zrozumieć, jak ciężko jest nieraz żyć z tak chorą osobą.

I tu dotykamy kolejnej zalety: świetnie opisana jest rodzina – próbujący pomóc, ale kompletnie nie wiedzący, jak to zrobić, nie rozumiejący wybuchów Mikey’iego, nie rozumiejący jego problemów z koncentracją, jego izolacji (Mikey oczywiście nie zwierza się, w czym tkwi problem; kto zresztą powiedziałby coś takiego komukolwiek?). Każdy próbuje podejść do niego na swój sposób – ktoś próbuje go namówić na uzewnętrznienie się, ktoś inny rozerwać, ktoś inny prawi kazania o narkotykach czy złym wpływie gier komputerowych… wszystko to znowu jest dobrze znane ludziom z depresją. I smutne jest, jak wszelkie wysiłki spełgają na niczym, a na szczęśliwą niegdyś grupkę pada cień ciężko w sumie chorego członka rodziny. Dobrze oddane są też reakcje jedynej osoby, która w końcu poznaje prawdę – najpierw naturalne niestety, odruchowe obrzydzenie, później nieporadne próby rozwiązania problemu, naznaczone kompletnym brakiem pojęcia, jak w ogóle zachowywać się w takiej bardzo nietypowej sytuacji i co może tak naprawdę pomóc.

Styl jest bardzo dobry. Opowiadanie od razu kupiło mnie właśnie sposobem narracji – nie jest zbyt barokowa, jak to czasem bywa, gdy ktoś próbuje na siłę pokazywać swoje umiejętności; nie jest też zbyt prosta, za to doskonale przekazuje wszelkie sceny i emocje. Celuje w krótkich acz niezmiernie trafnych opisach, które w kilku prostych słowach natychmiast dają nam pojęcie o całym obrazie i – przez pierwszą część opowiadania – jest przesycona świetnym poczuciem humoru. Mówiąc szczerze, odniosłam wrażenie, że ideałem autorki jest styl Pratchetta i, choc sporo od niego odbiega, to i tak jest bardzo dobrze.

Opowiadanie nie jest pozbawione wad, coby nie było zbyt cudownie. Jest trochę scen, które jak najbardziej są potrzebne fabule, ale zostały napisane mało przekonująco w szczegółach – jak na przykład scena rozmowy April z Michelangelo – gdzie zastanawiamy się, czemu Mikey prowadzi całą tę rozmowę tak kompletnie bez sensu ;), choć można było mu dać bardzo sensowną motywację, czy na przykład scena snu, która miała na celu pokazać krytyczny stosunek autorki do bzdurnych romansideł, ale została ewidentnie napisana w pośpiechu i na odczepnego, odstając od reszty poziomem i zamiast rozbawienia budzi niesmak.

Co do kanoniczności, tu nic nie powiem, bo przyznam szczerze, nie pamiętam aż tak dokładnie Żółwi, niemniej inni czytelnicy twierdzą, że jak najbardziej została zachowana. Ja osobiście mam silne wrażenie, że charakter Raphaela w jednej scenie był mocno zepsuty przez autorkę (ale już w pozostałych było dobrze).

Podsumowując, nie jest to może opowiadanie, które polecę każdemu. Niemniej jednak jest bardzo ciekawe, bo powiedzmy sobie szczerze – czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek, że mógłby zaistnieć dobrze napisany, poważny utwór dotykający problemów seksualnych i depresji o Żółwiach Ninja? No właśnie. Tak więc polecam, jeśli chcecie zobaczyć, czego to nie ma na internecie ciekawego ;). Albo jeśli chcecie zobaczyć dobry opis depresji. Albo po prostu lubicie dobry niekwiecisty dowcipny styl. Albo Żółwie Ninja dla dorosłych.

A ja od siebie dodam, że skoro oczekując po Żółwiach Ninja wesołej parodii, trafiłam na coś takiego, to teraz przeglądając opowiadania o Batmanie spodziewam się natrafienia na dobrze napisany wesoły pozytywny romans z gromadką dzieci i herbatką przy kominku. I uśmiechniętym (uwaga, spoiler!) Brucem. Bo widać wszystko da się zrobić :).

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 5/6

Humor: 6/6

Akcja: 4/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 5,5/6

Język: angielski

Fandom: Wojownicze Żółwie Ninja

Adres: https://www.fanfiction.net/s/3750308/1/Growing-Pains-and-Orange-Bitters

*które na dodatek cieszyło się dużą popularnością. Mój mózg nie wiedział, czy ma płakać bardziej nad tym, co czyta** czy nad świadomością, że komuś się to podoba

**Bogu dzięki, przeczytałam tylko jeden rozdział… a i tak trauma na całe życie gwarantowana…

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny