Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the tag “romans”

Walentynkowe czytadła z Deus Ex HR

Jako że staram się ożywiać bloga (i mobilizować siebie) wpisami okolicznościowymi, to wpadną nam dziś trzy czytadełka z okazji jakże ochoczo ignorowanej przez wielu, czyli w najbardziej popularne w roku imieniny Walentego. Oczywiście zatem pasuje, żeby było tematycznie, prawda (czyt. romanse bedo)? Miło byłoby, gdyby były to romanse wybitne, dojrzałe, niepowszednie, ujmujące inteligencją bohaterów, umiejętnościami autora, więc ogólnie zasługujące na wznoszenie na piedestał fików wielce wartościowych, ale życie jak zwykle dostarczyło nam coś troszkę pośledniejszego, ale i tak przyjemnego.

Jeśli nie macie nic przeciwko romansom panów z panami, znaczy się ;).

Tak więc na Walentynki podrzucam Wam trzy fiki z gatunku jensardów, czyli utworków łączących w uroczą parę niejakiego Adama Jensena i Francisa Pritcharda z uniwersum Deus Ex. Każdy z nich różni się zdecydowanie atmosferą, więc każdy może wybrać coś dla siebie w ten wieczór – mam tu i coś słodkiego i coś angstowego i coś zadziornego.

Fik Before The Dawn jest przeznaczony dla tych, którzy chcieliby na Walentynki poczytać coś bardziej łagodnego, z pozytywnym wydźwiękiem sugerującym tzw. happy end dla naszego cokolwiek zmęczonego światem cyborga i zakochanego w nim sarkastycznego komputerowego geniusza. Adam wraca w nim zmęczony wydarzeniami w Human Revolution do swojego Detroit, a Pritchard usilnie próbuje nie wywiązać się ze złożonej samemu sobie obietnicy, że jeśli Adam przeżyje, to w końcu się ogarnie (Pritchard, nie Adam) i mu powie, co do niego czuje. Fik nie jest aż tak przesłodzony i naiwny, jakby fabuła mogła sugerować, Frank też w dalszym ciągu mimo wszystko pozostaje Frankiem ze swoim z lekka wrednym językiem, niemniej jest to typowa historia kojąca serducho.
Fik Late Night Hunting jest już zdecydowanie bardziej zadziorny i zbliżony do relacji, jaką mają bohaterowie na początku gry – zwłaszcza ze strony Franka widzimy bardziej niż wyraźnie znaną nam złośliwość i niechęć względem naszego nowego szefa ochrony i ich dyskusja na temat tego, że Adamowi tak umiarkowanie podoba się Frankowe grzebanie w jego osobistym komputerze, jest w tym fiku nawet lepsza od samego króciutkiego wątku romansowego. Niemniej kończy się tym, czym powinno w walentynkowym fiku, czyli rozładowującym napięcie (seksualne ;) ) pocałunkiem. Panowie nie tracą jednak nic ze swoich charakterków samcówchybaalfa i nawet po pocałunku widać, że obaj myślą, jak tu pokazać drugiemu, kto tu rządzi ;).

A jeśli ktoś uzna, że Walentynki to raczej okazja na jakąś bardziej przygnębiającą i pesymistyczną w wydźwięku historię o tym, że miłość miłością, ale nad wszystkimi wisi nieuchronny koniec ;), to dobrze nakreśla ów fakt dla tej pary fik Tar Pit, w którym autorka nie daje nam i biednemu Adamowi zapomnieć, że żyje bardzo niebezpiecznym życiem i że romanse raczej mogą zakończyć się u niego tragicznie. Mimo jednego słabszego momentu, który jest zdecydowanie przedramatyzowany i zbyt rozemocjonowany, jak na całość, fik jest na bardzo dobrym poziomie w swoim romansowym gatunku :).

Utwory zdecydowanie nie są wybitne, są jednak bardzo przyjemne w odbiorze i jeśli ktoś lubi tę konkretną parę lub gejowskie romanse i Deus Exa, to można zajrzeć.

PS. A jeśli ktoś bardzo chce czegoś zdecydowanie pieprznego z tych samych rejonów na Walentynki, to polecam również Breathing Space i How Not To Talk About It ;) – świetnie napisane (oczywiście w swoim gatunku ;) )

Reklamy

A Pirate’s Life, Piraci z Karaibów

Szaleństwo, proszę Państwa, trybuny szaleją! W końcu jakaś normalna recenzja czegoś naprawdę dobrego! No, dobrze, uczciwie rzecz przedstawiając dzisiejszy fanfik jest romansem przygodowym, więc nie każdy zaliczy ten gatunek do „czegoś naprawdę dobrego” i sama przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad wrzuceniem tego jednak do czytadeł, ale nie miałam serca. Opowieść jest napisana tak dobrze pod każdym względem (w ramach swojego gatunku), że nic tylko życzyć wszystkim autorom, nie tylko fanfikowym, ale i książkowym, żeby tak umiejętnie prowadzili narracje w ramach wybranych przez siebie gatunków, bo, jak każdy wie, nawet i w literaturze B są perły i g… ekhm, antyperły ;).

Dziś zatem mamy romans przygodowy (z naciskiem na przygodę bardziej niż romans) napisany w świecie Piratów z Karaibów. Tytuł to „A Pirate’s Life”, napisany przez Amerykankę o pseudonimie Elspeth1 i jak już można się po tytule domyślić niestety to kolejny fik w języku angielskim. Poza Piratami pisze ona również fiki z Harry’ego Pottera i marvelowskie.

Tyle notki oautorskiej. Co do samego opowiadanka – zarys fabuły jest następujący: Bogu ducha winny stateczek płynie sobie spokojnie do swego celu, jakim jest Port Royal. Niestety, jak to zwykle zdarza się Bogu ducha winnym stateczkom w opowieściach o piratach, zostaje on zaatakowany przez nikogo innego jak właśnie piratów. Nie obywa się bez śmiertelnego w skutkach rozlewu krwi, w efekcie czego kuzynka znanej nam Elizabeth Swann (teraz Turner) do Port Royal przybywa już bez biżuterii i żywego męża. Cierpienia jej nie łagodzi fakt, że jej kuzynka, u której się schroniła, ma w uszach jej własną, dopiero co ukradzioną przez piratów biżuterię… Jak to mawiają Anglicy czy inni Amerykanie „fabuła się zagęszcza” z udziałem wszystkich co ciekawszych bohaterów Piratów z Karaibów, czyli samej Elizabeth, Williama, Norringtona i oczywiście Jacka wraz z jego wierną drużyną korsarzy. Więcej nie zdradzę, choć szczerze powiedziawszy, nie ma w fabule nic wielce zaskakującego. Mimo wszystko jest to przygodowy romans w świecie Piratów z Karaibów, więc nie należy spodziewać się żadnych sad endów czy śmierci kluczowych bohaterów – wszystko idzie w zgodzie ze znanym nam z tego typu opowieści kluczem – intrygi, zasadzki, potyczki, wyciąganie z więzienia z udziałem unieprzytomnionych strażników, w końcu sugestia, że wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Mimo tego opowiastkę czyta się bardzo przyjemnie. Przede wszystkim wpływa na to bardzo umiejętne korzystanie ze zmiennego punktu widzenia – nie jest to typowa historia o piratach, którzy zawsze są tymi dobrymi, a nawet jeśli nie, to i tak bywa to przedstawione, by przymykało się oczy na różne rzeczy, bo to korsarze są Bohaterami Tej Historii. Nie, tutaj mamy nie tylko fragmenty ukazujące nam rzeczywistość z perspektywy Jacka, Annamarii czy Elizabeth, ale i z punktu widzenia Norringtona, dla którego to piraci są tymi złymi, a on tylko chroni zwykłych ludzi przed nimi czy z punktu widzenia kuzynki Elizabeth, której mąż został zabity przez Jacka i która ma święte prawo postrzegać go jako zabójcę i złodzieja. To mocno urozmaica historię i sprawia, że nie mamy wrażenia wielkiej wtórności.

Poza tym Elspeth pisze bardzo sprawnie, nie ma dłużyzn, zbyt kwiecistych fragmentów, nie ma naiwności (no poza jedną sceną z ratowaniem z więzienia, w której wszystko zdecydowanie było zbyt na rękę bohaterom ;) ), dialogi nie są sztywne ani sztuczne. Język jest przyjemny, bez błędów czy zbytniej prostoty.

Gigantyczną zaletą opowieści jest też fakt, że autorka ma bardzo dużą wiedzę na temat tego okresu historycznego, świetnie orientuje się w szczegółach takich jak technikalia dotyczące stosowanej wówczas broni czy nawet rodzaje ubieranych wówczas stroi. Nie są to tylko nic nie znaczące szczegóły – często mają dużą wagę np. przy walkach na morzu, podczas których nie ma mowy, żeby okręt taki jak Czarna Perła miał jakiekolwiek realne szanse zwycięstwa z dobrym okrętem brytyjskiej marynarki wojennej. Dzięki temu wiele fragmentów jest tak realistycznych, jak to tylko możliwe w ramach tego gatunku. Poza jedną nadmienioną już sceną nie ma sytuacji, w których kogoś ratuje się na zasadzie deus ex machina czy sznurka, zapałki i scyzoryka w połączeniu z cudownym pomysłem i nadludzkimi zdolnościami. Sensowny poziom realizmu widać nie tylko w opisie wydarzeń i możliwości, ale i w opisach postaci, gdzie każdy jest „bohaterem ze swojej perspektywy” i każdy zachowuje się naturalnie i zgodnie ze swoim światopoglądem, charakterem i tendencjami.

Humor też jest niezły – może nie prześmiejemy się przez całą historię, ale na pewno co jakiś czas uśmiechniemy się pod nosem.

Romansu sensu stricte za wiele nie ma, więc tu nie ma co się nastawiać. Jak najbardziej jest mnóstwo osób w sobie zakochanych, z wzajemnością lub bez; emocje owe też są głównym czynnikiem napędzającym wiele zachowań i prowadzącym do określonego zakończenia, niemniej scen seksu tu nie uwidzimy, aczkolwiek jest parę sugestii i trochę pocałunków.

I to chyba tyle. Z pewnością jest to literatura klasy B, ale ja, w świecie różnych tam „Zmierzchów” i innych Grayów, mogę tylko życzyć każdemu takiej literatury klasy B :).

Linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/1476156/1/A-Pirate-s-Life

A ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że opowiadanko ma tylko kilkadziesiąt favów, co w zestawieniu z faktem, że mnóstwo niesamowitego chłamu miewa po kilkaset napełnia pewnym smuteczkiem :(.

Czytadło Star Trek TOS #01

Znowu dziś czytadłowa zapchajdziura i to wybitnie zapchajdziurowa, bo skierowana do bardzo wąskiego grona odbiorców (co na szczęście nie znaczy, że nielicznego ;) ) – czyli do fanów matki wszystkich shipów zwanej również spirkiem (w przekładzie na normalny – dla zwolenników teorii, że Kirk i Spock się ku sobie mieli/mają). Tak więc sympatycy tego jakże miłego związku mają dziś ode mnie prezencik w postaci bardzo krótkiej i bardzo ciepłej, domowej scenki pomiędzy Spockiem a Kirkiem, w której w zasadzie niewiele się dzieje, ale która humor fanom wiadomych postaci i ich romantycznych interakcji powinna poprawić:

https://archiveofourown.org/works/5991589

Mam nadzieję, że w końcu kiedyś mi się uda coś znaleźć nie będącego czytadłem (westchnienie)…

Życzenia i czytadło ze Star Trek TOS #02

Tak, wiem, że nie wszyscy święta obchodzą, niemniej jednak sądzę, że wciąż jest to tak silna w naszym społeczeństwie tradycja, dla większości już świecka, dla części religijna, że obstawiam, iż dla wielu Czytelników tego bloga jest to ważny moment. Wszystkim Wam zatem, zarówno tym, którzy pójdą na pasterkę, jak i tym, którzy po prostu spędzą czas na jedzeniu i prezentowaniu; tym, którzy spędzą czas z rodziną, jak i tym, którzy spędzają ten czas w swoim własnym, doborowym towarzystwie (a także tym, którzy teraz świąt nie obchodzą, ale będą niedługo obchodzić jakieś ważne w swoich religiach i kultach uroczystości :) ) życzę bez zbędnego wymyślania i silenia się na oryginalność tego, co w życiu najważniejsze – czyli pieniędzy i zdrowia :). A poza tym również trafiania na dobre rzeczy w kolejnym roku – dobrych ludzi, dobre żarło, dobre książki, gry, komiksy, seriale, muzykę, wystawy, filmy… no i dobrych fików na moim blogu życzę :).

Szczególne życzenia dla Pani Histerycznej z bloga Artysta nie posiada ciała, coby nie brała ze mnie przykładu i częściej wrzucała wpisy, zwłaszcza te z poradami codziennymi, albowiem te wybitnymi są :D.

A wyjątkowo udało mi się w tym roku znaleźć jakieś nowe czytadło w tematyce praktycznie świątecznej. W zeszłym roku, mimo starań, nic z tego nie wyszło, w tym roku niestety porządnego fika też nie ma, ale cieplutkie, zimowe (to nie oksymoron :) ) czytadełko wpadło:

https://archiveofourown.org/works/2787737

Czytadełko niestety tylko dla ludziów, którzy nie mają nic przeciwko homoseksualnym romansom panów (i to jeszcze na dodatek różnych gatunków :)), ale nic się tam strasznego nie dzieje, poza wspólną kąpielą Kirka i Spocka, jest dużo śniegu, ciepła kominka, gorącej wody i miłości ;). Przyjemna, rozgrzewająca, pozytywna scenka romansowa w sam raz na wieczór bożonarodzeniowy. Jako takich świąt tam nie ma, ale jest zima i jest wolne, więc też ujdzie jako tematyczne :), a niektórzy, co świąt nie lubią, pewnie nawet będą bardziej zadowoleni, że nie ma żadnych choinek ;)

Tak więc, wszystkiego dobrego, moi mili :)

Czytadło z „Charliego i fabryki czekolady” #01

Żyję, żyję, wbrew pozorom. Nawet czasem można mnie napotkać w jakichś komentarzach na innych blogach. Szkoda, że częściej nie można mnie napotkać na własnym… no cóż, jakoś życie mnie nie wynagradza ostatnio dobrymi fikami. Wszystko, co mi w łapki wpada jest mizernej jakości, niestety.

Tak więc znowu nie będzie naprawdę dobrego fanfika i porządnej jego recenzji, tylko ponownie czytadełko, żeby nie było, że blog już tak całkiem opustoszały i straszy pajęczynami i innymi tam upiorami przeszłości. Czytadełko jest z „Charliego i fabryki czekolady”, który to utwór większość z Was pewnie zna z filmu, a niektórzy też i z książki wydanej już ponad 50 lat temu.

Czytadełko jest bardzo przyjemnie napisane, autor ma rzadki talent do tworzenia sugestywnych opisów i niezwykłej, magicznej atmosfery (idealnie pasującej do tematu) i niezmiernie miło się w nim zanurza… do momentu, gdy dochodzimy do głównego tematu czytadełka czyli romansu między Charliem a Wonką. Tak że ten, nie dość że pedofilią pachnie mocno (mimo że Charlie jest tu już dorosły), to niestety umiejętności pisarskie też mocno zawiodły na bardzo grząskim gruncie opisu sceny łóżkowej. Na pociechę mogę dodać, że nie on pierwszy i nie ostatni na tym się poślizgnął i malowniczo wy… odniósł porażkę, bo umiejętność sensownego opisywania seksu łatwą nie jest. Co nie zmienia faktu, że czytadło to obyłoby się doskonale bez tego.

Podsumowując polecam przeczytać do sceny ze sztucznym śniegiem, super się czyta,  a że scena ta jest pod koniec opowiadania, więc w sumie jego zdecydowana większość jest warta uwagi. Resztę sobie odpuśćcie, chyba że rozwijacie swój talent pisarski za pomocą podglądania, jak się pewnych rzeczy nie pisze i jak warto wiedzieć, kiedy skończyć.

Linka poniżej, język angielski:

https://www.fanfiction.net/s/2234800/1/Abracadabra

A, i żeby nie było, pedofilii też nie popieram, ale jeśli się nie doczyta do końca, to można nawet nie zauważyć, o co chodzi i nacieszyć się samym klimatem, który opowiastka ma :).

Star Trek 2009 Czytadełko #05

Mta, nie ukrywajmy, znowu trochę zapchajdziura – króciutkie czytadełko o charakterze humorystycznoromantycznym (z naciskiem na to drugie). W sumie przyjemne, jeśli lubi się Star Treka i romansidła. Linka:

https://www.fanfiction.net/s/5084949/1/Three-People-Captain-Kirk-Did-Not-Sleep-With

I postaram się poprawić w końcu i wrzucić coś z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że jeśli w końcu uda mi się znaleźć lepszą pracę, w związku z czym nie będę już sobie zajmować głowy dokwalifikowaniem się i znalezieniem lepszej pracy, to będę czytać więcej i wrzucać więcej :).

Czytadełko ze Star Wars #01

Dziś kolejna „sezonówka”, jak to mawiają w moim miejscu pracy, czyli kolejny wpis okolicznościowy, razem tym związany z jakże lubianym i niekontrowersyjnym świętem świętego Walentego :). Stwierdziłam, że może takie sezonowe wpisy bardziej mnie zmuszą do regularnych publikacji moich wystukań na klawiaturze dotyczących fanfikcji. Choć, wiadomo, jeśli nie znajdę niczego przyzwoitego na necie, to cudów nie wymyślę.

Na szczęście jednak udało się coś znaleźć na tę okazję, choć jest to czytadełko bardziej niż nie wiadomo jak ambitny i poważny fanfik. Ma swoje potknięcia i słabości, niemniej jest na tyle dobrze i ciekawie napisane, że można poczytać i przymknąć na nie oko, przynajmniej jeśli ma się ochotę na przyjemny i dość lekki romans.

Akcja toczy się w alternatywnym uniwersum Star Wars wokół popularnej w fikcji pary – czyli Darth Vadera i Padme Amidali. Odejście od oryginału – o ile dobrze się orientuję, a orientuję się umiarkowanie, bo filmy oglądałam dość dawno i akurat mnie nie utopiły w miłości do tej serii – polega na fakcie, że Anakin zostaje Lordem Vaderem znacznie wcześniej, zanim poznaje Padme, i oboje spotykają się, gdy Palpatine jest już imperatorem dążącym do wytępienia rebeliantów. Palpatine doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że senator Amidala należy do buntowników i obmyśla wcale niegłupi plan osadzenia Padme pod bezpośrednią opieką swego jakże czułego i pełnego empatii Dziedzica Tronu, który ma doprowadzić ją do osłabienia psychicznego i, prędzej czy później, potknięcia, którym udowodni swoją przynależność do rebelii, a z drugiej strony zamiesza trochę w szeregach przeciwnika, który może zacząć podejrzewać Amidalę o załamanie się, współpracę i dekonspirację jej przyjaciół. Jak się wszyscy domyślają, plan ma skutki oczywiste natury stosunkowo romantycznej.

Mimo że są słabe momenty, typowe zwroty akcji czy pewne (na szczęście niezbyt wielkie) naiwności, jak to w czytadłach romansowych, generalny poziom jest całkiem niezły i czyta się dobrze. Padme nie razi głupotą (choć są momenty czasem, gdy podejmuje dość nieuzasadnione decyzje), choć niestety nieraz spędza cały rozdział na rozważaniach, które można streścić w jednym akapicie ;)), Vader jest sobą, a nawet wręcz mroczniejszy i groźniejszy niż w oryginale, jest wciągająco, są sceny seksu, na Walentynki jak najbardziej fanowie i fanki Star Warsów mogą poczytać.

Język angielski i linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/9621350/1/Eros-Turannos

Zastrzegam, że przeczytałam dopiero kilkanaście rozdziałów (z sześćdziesięciu!), więc nie ręczę za to, co dzieje się później, aczkolwiek mam nadzieję, że poziom fanfikcjowania tego fanfika nie spada w dalszych rozdziałach. Popularnością też się cieszy ogromną, więc nie jestem sama w dość pozytywnej ocenie tego opowiadanka, aczkolwiek wiecie dobrze, jak to z tą popularnością bywa (przeczytałam już kilka opowiadań romansowych ze Star Warsów o znacznie większej popularności, co wcale im nie przeszkodziło w byciu bardzo kiepskimi ;) ).

 

EDIT

Niestety, okazało się z czasem, że poziom powoli, ale stabilnie się obniża i coraz więcej czasu zajmują rozważania iście z kiepskiego romansu, a coraz mniej ciekawe, w miarę realistyczne rozdziały. No cóż. A zapowiadało się przyzwoicie… :(. Ja dałam sobie spokój w połowie, jeśli ktoś doczyta dalej i stwierdzi, że jednak warto, niech da znać :).

Czytadło ze Star Treka 2009 #03

Znów nie było mnie tu dwa miesiące. Stwierdzam ów fakt z najwyższym zażenowaniem dodatkowo zakrapianym wyraźnym nieukontentowaniem z moich osiągnięć w dziedzinie blogowania. I nawet nie bardzo jest to czym usprawiedliwić… Cóż, przynajmniej wciąż nie jest to smętny poziom pisania raz na kwartał. Niemniej pamiętam o Was i brnę sobie powoli przez różne kwiatki wyrosłe na żyznej glebie fantazji początkujących pisarzy.

Póki co, to nie mam nadal niczego wybitnego, więc będziemy musieli poprzestać na kolejnym czytadle (w dodatku kolejnym ze Star Treka), które zatrzymało mnie na tyle, by chciało mi się czytać do końca. Czytadełko jest na podstawie serialu z 2009 roku, a jego akcja zaczyna się w Akademii, po wesołej działalności Nerona.

Pierwsze rozdziały opisują podnoszenie się Akademii po ciosie, jakim była utrata dużej części kadry profesorskiej, w czym czynny udział bierze James T. Kirk; następne zabierają nas na kilka pierwszych misji Enterprise pod nowym dowództwem wyżej wspomnianego młodego kapitana. Całość obserwujemy oczami Spocka i w teorii jest to kolejny spirk (czyli romans między owym Wolkanem a jego dowódcą). Czemu w teorii? Bo w praktyce przez dobre trzy czwarte historii nie dzieje się tam zupełnie nic romansowego, no może poza bardzo rzadkimi pojedynczymi myślami Spocka, zresztą iście wolkańsko powściągliwymi. Romans rozkręca się dopiero w kilku ostatnich rozdziałach, a i tu obywa się bez żadnych scen seksu. Tak więc mimo iż zamierzeniem autorki była opowieść o miłości pomiędzy oboma panami, to w praktyce wyszła jej typowa przygodowa opowiastka, wykorzystująca wszystkie dobrze znane nam chwyty z seriali przygodowych – ataki w niespodziewanych momentach (najczęściej tych cichych i pogodnych, żeby był większy szok i smutek ;) ), chytre intrygi arcywrogów Kirka, pełne akcji misje, dramatyczne sceny umierania-ale-jednak-nie-do-końca kluczowych charakterów itp itd. Jest też trochę przyzwoitego, a w kilku momentach nawet i bardzo dobrego humoru, jest trochę przesadnie rozdramatyzowanych (w akcji, nie zachowaniach bohaterów) czy zakrawających na podniosłość scen, trochę nieśmiertelnego kiczu w momentach okołośmiertelnych i co prawda nie jest to zdecydowanie nic wybitnego, ale w swojej kategorii czytadełka przygodowego jest napisane mocno wciągająco i nie razi jakąś koszmarną naiwnością. Ludzie liczący na dobry romans raczej się zawiodą, aczkolwiek jego zaletą jest to, że jego największą wadą jest, że prawie go nie ma ;) (autorka chyba podświadomie wyczuwała swoje ciągoty do Wielkiego Romantycznego Kiczu, więc ograniczała się, jak mogła, zatem efekt jest całkiem do przeżycia).

Tak więc można przeczytać, jeśli jest się fanem Kirka bądź Spocka bądź Star Treka w ogólności i chciałoby się z czymś tam nowym zapoznać z tego fandomu czy po prostu rozerwać się nad typowo przygodowym, pełnym akcji czytadełkiem.

Język jest angielski, rozdziałów 25 i linka poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/5344838/1/Atlas

Swoją drogą, fanfik ten cieszy się NIESAMOWITĄ wręcz popularnością na FFnet, mając prawie pięć tysięcy uwielbień, co jak na ten portal jest liczbą ogromną. W sumie to dziwi mnie to, bo aż TAK wybitny nie jest. Ale z drugiej strony przynajmniej nie jest tragiczny (a jak wiadomo, takie „50 twarzy Greya” też się cieszy ogromną popularnością… tak więc gustów ludzi biez wodki nie razbieriosz).

PS Już całkowitym offtopem, jeśli chcecie słodki niekanoniczny komiks spirkowy, to bardzo prosię:

neetols.tumblr.com/post/160880083698/prequel-a-prequel-to-whatever-this-is-pre

(link sobie skopiujcie, bo jak wstawiam działający, to mi całą stronkę wkleja)

Czytadła ze Star Treka #02

Nie było mnie tu znów prawie dwa miesiące. Uczciwie mówię jednak, że nie obijałam się, ino szczęście mi nie bardzo sprzyja w odnajdywaniu dobrej fanfikcji. Przez ile blubrów się przedarłam przez ten czas, nawet nie pytajcie. Póki co niestety nie mam na oku niczego wybitnego, ale przynajmniej ostatnio parę przyjemnych czytadełek się trafiło – dobre i to.

Czytadełka dzisiejsze oba są ze Star Treka; jedno z The Original Series, drugie z 2009 (choć to drugie na dobrą sprawę mogłoby równie dobrze być z TOS, na moje oko). Oba są spirkami, czyli promują ideę romantycznego związku między Jamesem T. Kirkiem a S’chn T’gai Spockiem, więc jeśli to nie Wasza bajka, to nie polecam. Jeśli jednak popieracie ten pomysł lub przynajmniej Was on ani ziębi ani parzy, byleby jakiś romans był, to czemu nie spróbować.

Czytadełko jedno to „Ad Astra Per Aspera” autorstwa lahmrh, gdzie pod tym jakże wiele dramatu i angstu sugerującym tytułem kryje się cieplutkie, pogodne opowiadanko o tym, jak to pewien studiujący w Akademii Gwiezdnej Floty ludzkowolkański mieszaniec zaprzyjaźnia się i zakochuje w pewnym człowieku kształcącym się na kapitana okrętu. Typowa łagodna, wręcz kojąca serce historyjka idealna na Boże Narodzenie (które się w niej zresztą pojawia) czy po prostu na jakiś chłodny, ciemny wieczór, gdy człowiek ma ochotę na ciepły kocyk, gorącą czekoladę, mruczącego kota i coś przyjemnego i odprężającego do poczytania. Nie ma tu żadnych dramatów, nie ma zbyt wiele akcji, ot, po prostu obserwowanie interakcji Jamesa i Spocka od ich poznania się po pierwsze pocałunki (plus epilog już na Enterprise). Czyta się bardzo przyjemnie – nie ma żadnych zgrzytów ani językowych ani fabularnych. Coś tam pewnie można by się przyczepić do kanoniczności postaci, zwłaszcza Spocka (choć tak po prawdzie to ja o Star Treku wiem malutko, ledwie go pamiętam z dzieciństwa i teraz nadrabiam fanfikcją, na którą natrafiam i wyrwanymi z kontekstu scenami ze Spockiem na youtube ;) ), ale z drugiej strony trzeba brać poprawkę na to, że Spock jest tu znacznie młodszy, więc i jego charakter i zachowania mogły być odrobinę inne w czasach akademickich niż w czasach, gdy jest już uznanym Pierwszym Oficerem otoczonym zaprzyjaźnioną załogą.

Tak czy siak polecam, jeśli na taki przyjemny, cieplutki romansik macie ochotę. Całość po angielsku, raptem pięć rozdziałów plus epilog, pod linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/9830423/1/Ad-Astra-Per-Aspera

 

Drugie czytadełko, a w zasadzie to strzęp czytadełka, bo autorka napisała raptem dwa rozdziały i olała nas radośnie, to również romansidło, ale tym razem komiczne. Zarys fabuły dość odstręczający – Jim próbuje uwieść Spocka z dość mizernym skutkiem, więc idzie kapitan do lekarza i pyta, co ma zrobić, żeby starania zwieńczone zostały sukcesem. Po pierwszym sukcesie, jakim jest nie zostanie wyrzuconym za drzwi przez McCoya, następują kolejne, w efekcie nowo wprowadzonej strategii manipulacji Spockiem (zaimplementowanej z wydatną pomocą Sulu) . Fabuła zdecydowanie nienowatorska i nieambitna, ale przezabawnie prowadzona – zwłaszcza kluczowe dla tego typu historyjek interakcje różnych postaci są warte zapoznania się z :).

Tak więc dla niezbyt może wyrafinowanego, ale też nie zbytnio prostego czy ordynarnego humoru, polecam :). Rozdziały są tylko dwa, jak wspomniałam, więc wiele czasu nie zmarnujecie. Język angielski i linka poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/6043891/1/Hard-To-Get

Do poczytania znowu, za milion lat, gdy uda mi się coś normalnego odgrzebać w netach :).

The Arrangement, Dragon Age

 

Wyjątkowo szybko (jak na mnie ;) ) kolejny wpis i tym razem pełnoprawna recenzja, czyli wreszcie coś świetnego! Znowu jest to opowiadanie oparte na Dragon Age, choć tym razem konkretnie na Dragon Age Origins – grze, którą po raz wtóry gorąco polecam każdemu, kto lubi dobrą historię. Tym razem mamy bardzo dobrze napisany romans historyczny, wykreowany w alternatywnym wszechświecie Dragon Age.

Autorka pozwoliła sobie w nim na dwie zasadnicze zmiany w stosunku do oryginału – po pierwsze, pewną roszadę personalną w rodzinie Couslandów: w jej wersji historii miejscami w rodzinie Couslandów zostają zamienieni główna bohaterka DAO, która jest tu najstarszym dzieckiem oraz Fergus Cousland, młodszy brat, który w Ostagarze zostaje jednym ze Strażników. Drugą zmianą jest fakt, że bohaterka, Ellie Cousland, na kilka lat przed właściwą akcją Origins, jeszcze za życia Marika, zostaje żoną Loghaina Mac Tira na mocy zaaranżowanego małżeństwa będącego efektem negocjacji różnych zainteresowanych równowagą sił i pewnymi konkretnymi skutkami politycznymi stron na dworze. Osoby, które zrażają się wszelkimi zmianami wprowadzanymi do kanonu, mimo wszystko gorąco zachęcam do czytania (jeśli oczywiście lubią romanse), bo opowiadanie jest napisane bardzo ciekawie i dojrzale.

Jest to w pewnym sensie typowy romans – ale jeśli od razu myślicie o jakimś mdłym, pseudoromantycznym, pełnym seksu, mało inteligentnym tworze, to nie o to mi chodzi ;). Jest typowy w sensie spełniania wymogów gatunkowych – więc nie oczekujcie tu fabuły przygodowej czy tragicznej ;). Historia jest więc, zgodnie z ramami rodzajowymi, nakierunkowana na parę głównych bohaterów – w tym wypadku jest to Ellie Cousland i Loghain Mac Tir – na ich emocjach związanych z zaaranżowanym małżeństwem, wzajemnych odczuciach, interakcjach, miłości i konfliktach. Jest tu więc dużo przemyśleń i opisów przeżyć. Po drugie, jak przystało na romans historyczny, jest naprawdę sporo intryg dworskich i zwrotów akcji typowych dla romansów. Po trzecie jest trochę scen seksu.

Wszystko to jest jednak napisane bardzo realistycznie, bez niepotrzebnego zadęcia romantycznego czy dramatycznego. Ellie zostaje żoną mężczyzny bodajże dwa razy od niej starszego, posiadającego niezbyt dobrą opinię o jego talentach w roli ojca i męża, z drugiej strony jednak bardzo wpływowego i będącego żyjącym bohaterem kraju, któremu niejedna kobieta z chęcią padłaby w ramiona, choćby tylko z uwagi na jego sławę. Jej kreacja jest jednak perfekcyjna – nie jest ani biedną sierotką, którą obojętni rodzice rzucają w ramiona obcego mężczyzny i która przerażona nie wie, czego oczekiwać po tym nieszczęściu i zapłakuje się po kątach. Nie jest też typową dla kiepskich romansów dziewczyną, która od razu zakochuje się w swoim niezwykłym mężu, tonie w jego oczach, szeptach, ramionach, falach rozkoszy i własnych zachwytach ;). Jest dziewczyną (mentalnie w sumie już bardziej kobietą niż dziewczyną) praktyczną, rozsądną i życzliwą. Na związek z mężczyzną, którego osobiście nie zna, a plotki się roznoszą na jego temat różne, zgadza się dla dobra swojego, swojej rodziny i państwa. Nie robi z tego dramatu, nie traktuje swego męża jak wroga czy obcego; widzi w swojej sytuacji pozytywy, ale bez naiwnego idealizowania; ma zamiar wspierać męża, nawet jeśli związek nie będzie idealny, ale równocześnie nie tracić swojej samodzielności i czerpać korzyści z sytuacji. Zwłaszcza zachwycona byłam sceną nocy poślubnej, gdy Loghain zdecydowanie nie bardzo wie, jak ma zachować się względem dwa razy młodszej od siebie dziewczyny, która na pewno nie wyszła za niego z miłości, a tymczasem to Ellie siląc się na opanowanie zrozumiałych nerwów, spokojnie proponuje mu swobodę w podjęciu decyzji, wprost mówiąc, że nie ma zamiaru ani mu się narzucać ani też obrażać, jeśli w ich związku z różnych powodów nie będzie pożycia. Jej argumenty i podejście do sytuacji są nad wyraz dojrzałe. Powiem szczerze, że mało spotkałam tak sensownie napisanych kobiecych postaci, jak Ellie Cousland. Zdecydowanie jedna z bohaterek, z których warto brać wzór :). Również i Loghain jest dobrze napisany – nie zakochuje się od razu w młodej i ładnej żonie, ma swoje wątpliwości i zastrzeżenia co do tego, jak bardzo udany będzie ten związek, w tym także potencjalnie z jego winy. Ma swoje zasady, oczekiwania, priorytety. Ogólnie bardzo realistyczna wizja związku dwojga dobrych, rozsądnych, szanujących się nawzajem ludzi.

Sceny seksu – wiadomo, że nieodłączny element każdego romansu :) – są ewidentnie napisane przez dojrzałą osobę, która przeczytała wystarczająco dużo romansów, by wiedzieć, jak nie pisać ;). Zatem ani nie jest to obsceniczne porno ani dziwaczne pseudopoetyckie opisy ani nieporadna walka kogoś, kto wstydzi się pisać o seksie. Zbliżenia są przedstawione klarownym, ciepłym, bezpretensjonalnym językiem, niezbyt rozwlekle, nie zajmują połowy opowiadania, czyta się je przyjemnie. Można na upartego zarzucić im, że biorąc pod uwagę przejścia, pozycję, wiek i problemy Loghaina, dziwne trochę, że zawsze współżycie jest udane, niemniej jakoś nie raziło mnie to wcale w tym opowiadaniu (a zwykle przecież czepiam się zbyt wyidealizowanych obrazków).

Język całego opowiadania jest na bardzo dobrym poziomie (oczywiście z mojego nieanglistycznego punktu widzenia), nie widziałam tam żadnych błędów, nie straszą barokowe konstrukcje, nie zniechęca zbytnia prostota.

Fabularnie jest wciągająco, pomimo tego, że za pewną wadę można uznać dość stereotypowe momentami zwroty akcji i intrygi. Pod tym względem (przewidywalności) opowiadanie trochę słabuje – pojawia się jakże zużyty motyw wpływowej osoby zakochanej na zawsze w Ellie, która to persona powoduje szereg nieprzyjemnych wydarzeń; również i główny „zły” żadnym zaskoczeniem nie jest, dość ewidentne są jego intrygi i manipulacje. Jest to wada, która może odstręczyć tych, którzy w romansach szukają przede wszystkim nowatorskich intryg i zaskoczeń. Tu tego nie ma, niemniej i tak chce się czytać do końca, bo jednak nie wszystko jest w stu procentach do przewidzenia, zwłaszcza że autorka stara się pisać realistycznie, a jej Ellie nie jest postacią, która żyje tylko swoim mężem i która potrafi pójść własną drogą, choćby przeciw niemu.

Dla niektórych fanów Dragon Age pewnym minusem może też być interpretacja Cailana i Loghaina w tym opowiadaniu. Co do Cailana, to nie chcę się tu wdawać w przesadne szczegóły, by nie zdradzać akcji, ale na pierwszy rzut oka wydaje się on być kompletnie niekanoniczny, jednak gdy zastanowimy się mocno nad źródłem naszych informacji o Cailanie w Dragon Age Origins, uczciwie będziemy musieli przyznać, że wszystkie informacje są fragmentaryczne i część z nich może być kłamstwami postaci, z którymi rozmawiamy. Choć subiektywnie nie odpowiada mi zupełnie wizja Cailana stworzona przez Addai, to przyznam, że obiektywnie ma prawo do swojej interpretacji. Trochę bardziej niekanoniczny jest Loghain – a konkretnie to Addai go dość mocno wybiela z podjętych przezeń w DAO decyzji, co niestety mocno zubaża tę postać do typowego tragicznego bohatera, a nie antybohatera, którym powinien być i którego kreacja była mistrzowska w DAO. Innych wad w tym opowiadaniu nie uświadczyłam (no, dobra, jest jeden ewidentny dla mnie błąd logiczny w fabule, ale do przeżycia ;) ).

Tak więc podsumowując gorąco polecam, jeśli chcecie sensownie napisany romans, może z dość banalnymi intrygami, ale ze świetną główną bohaterką, wciągający i bardzo pozytywny (mimo realizmu) w wydźwięku. Miłego czytania! :)

Fik jest w języku angielskim, ma 37 rozdziałów i możecie go znaleźć pod tym linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/6337394/1/The-Arrangement

Post Navigation

Czasopismo Lege Artis

Prawie wszystko, co chcieliście wiedzieć o prawie -- i nie tylko

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Subiektywnie o finansach - Maciej Samcik

Prześwietlam produkty finansowe, informuję o nowościach w świecie pieniędzy, daję porady dotyczące rodzinnego portfela

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać