Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the tag “fanfikcja”

Czytadło z Herkulesa #01

A dziś wrzucam kolejne czytadełko – tym razem z dawno już chyba zapomnianego uniwersum serialu „Herkules”. Ktoś poza mną pamięta przygody sympatycznego siłacza (jakoś tak mniej kontrowersyjnego niż w oryginalnym micie ;) ) i jego pomocnika Jolaosa? Na pewno ktoś z Was się znajdzie w tym gronie. A jeśli jeszcze ma ochotę na krótkie czytadełko z gatunku takich, w których niewiele się dzieje, a ważna jest atmosfera (w tym wypadku przyjaźni między dwoma bohaterami), to można sobie przypomnieć ów serial poniższym fanfikiem:

https://www.fanfiction.net/s/1004468/1/Norse-by-Norsewest-Revisited

Jak mówię, niewiele tam się dzieje, ale jest coś w atmosferze, co przykuwa uwagę i mimo wszystko pozostaje w pamięci. Albo może to tylko ja :). Tak czy siak w te zimowe lutowe wieczory, wśród zgiełku i hałasu beznadziejnych narracji fanfikowych, lepszy rydz niż nic :).

Reklamy

Czytadełko ze Star Wars #01

Dziś kolejna „sezonówka”, jak to mawiają w moim miejscu pracy, czyli kolejny wpis okolicznościowy, razem tym związany z jakże lubianym i niekontrowersyjnym świętem świętego Walentego :). Stwierdziłam, że może takie sezonowe wpisy bardziej mnie zmuszą do regularnych publikacji moich wystukań na klawiaturze dotyczących fanfikcji. Choć, wiadomo, jeśli nie znajdę niczego przyzwoitego na necie, to cudów nie wymyślę.

Na szczęście jednak udało się coś znaleźć na tę okazję, choć jest to czytadełko bardziej niż nie wiadomo jak ambitny i poważny fanfik. Ma swoje potknięcia i słabości, niemniej jest na tyle dobrze i ciekawie napisane, że można poczytać i przymknąć na nie oko, przynajmniej jeśli ma się ochotę na przyjemny i dość lekki romans.

Akcja toczy się w alternatywnym uniwersum Star Wars wokół popularnej w fikcji pary – czyli Darth Vadera i Padme Amidali. Odejście od oryginału – o ile dobrze się orientuję, a orientuję się umiarkowanie, bo filmy oglądałam dość dawno i akurat mnie nie utopiły w miłości do tej serii – polega na fakcie, że Anakin zostaje Lordem Vaderem znacznie wcześniej, zanim poznaje Padme, i oboje spotykają się, gdy Palpatine jest już imperatorem dążącym do wytępienia rebeliantów. Palpatine doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że senator Amidala należy do buntowników i obmyśla wcale niegłupi plan osadzenia Padme pod bezpośrednią opieką swego jakże czułego i pełnego empatii Dziedzica Tronu, który ma doprowadzić ją do osłabienia psychicznego i, prędzej czy później, potknięcia, którym udowodni swoją przynależność do rebelii, a z drugiej strony zamiesza trochę w szeregach przeciwnika, który może zacząć podejrzewać Amidalę o załamanie się, współpracę i dekonspirację jej przyjaciół. Jak się wszyscy domyślają, plan ma skutki oczywiste natury stosunkowo romantycznej.

Mimo że są słabe momenty, typowe zwroty akcji czy pewne (na szczęście niezbyt wielkie) naiwności, jak to w czytadłach romansowych, generalny poziom jest całkiem niezły i czyta się dobrze. Padme nie razi głupotą (choć są momenty czasem, gdy podejmuje dość nieuzasadnione decyzje), choć niestety nieraz spędza cały rozdział na rozważaniach, które można streścić w jednym akapicie ;)), Vader jest sobą, a nawet wręcz mroczniejszy i groźniejszy niż w oryginale, jest wciągająco, są sceny seksu, na Walentynki jak najbardziej fanowie i fanki Star Warsów mogą poczytać.

Język angielski i linka tutaj:

https://www.fanfiction.net/s/9621350/1/Eros-Turannos

Zastrzegam, że przeczytałam dopiero kilkanaście rozdziałów (z sześćdziesięciu!), więc nie ręczę za to, co dzieje się później, aczkolwiek mam nadzieję, że poziom fanfikcjowania tego fanfika nie spada w dalszych rozdziałach. Popularnością też się cieszy ogromną, więc nie jestem sama w dość pozytywnej ocenie tego opowiadanka, aczkolwiek wiecie dobrze, jak to z tą popularnością bywa (przeczytałam już kilka opowiadań romansowych ze Star Warsów o znacznie większej popularności, co wcale im nie przeszkodziło w byciu bardzo kiepskimi ;) ).

 

EDIT

Niestety, okazało się z czasem, że poziom powoli, ale stabilnie się obniża i coraz więcej czasu zajmują rozważania iście z kiepskiego romansu, a coraz mniej ciekawe, w miarę realistyczne rozdziały. No cóż. A zapowiadało się przyzwoicie… :(. Ja dałam sobie spokój w połowie, jeśli ktoś doczyta dalej i stwierdzi, że jednak warto, niech da znać :).

Świąteczny post 2017

Witam znowu serdecznie czy inne tam dzień dobry bardzo, jeśli kogoś „witam” razi niezmiernie (choć w tym kontekście wydaje mi się poprawne, ponieważ to Wy zawitaliście w te progi, by czytać poniższe wypociny). Poniżej będzie spóźniony odrobinę post świąteczny (aczkolwiek Święta się niby jeszcze nie skończyły, więc powiedzmy, że zdążyłam dobiec na przystanek w ostatniej chwili), więc Czytelników, którzy czują obrzydzenie czy naruszenie ich uczuć religijnych tą tematyką uprasza się o wpadnięcie tu na Nowy Rok, ewentualnie zostawienie sugestii dotyczących innych Świąt, które powinny zostać nadmienione na blogu, by nie było, że katolicka i pseudokatolicka, a także byłokatolicka, a teraz już tylko tradycyjna większość dyskryminuje kogoś ;).

Tak więc primo: udanej resztki Świąt Wam życzę, czy to w duchu religijnym czy w duchu przyjemnej tradycji, z dala od kłótni, za to bardzo blisko przyjemnego wypoczynku, co byście poszli do swych zadań codziennych zregenerowani, a nie wykończeni (tak, wiem, łatwo mi, singlowi bezdzietnemu, z bardzo małą rodziną, mówić ;) ). Pozdrawiam również uczniów i innych studentów, co do żadnych zadań póki co nie wracają (kiedyś i Wam się dobre skończy :P ).

Secundo, poza ogólnymi życzeniami stwierdziłam, że w duchu świątecznym złożę również imienne życzenia szczególnie zaprzyjaźnionym (czy przynajmniej tak przeze mnie postrzeganym ;) ) blogom, czyli:

Artysta nie posiada ciała , którego to bloga Autorka jest na tyle miła, by skrobnąć czasem jakiś komentarz, a który to blog jest świetnie napisanym blogiem o wszystkim i o niczym, z dużą ilością bardzo praktycznych porad życiowych (zwłaszcza przepisy polecam!)

Pogderanki wachmistrzowe – niezmiernie ciekawy blog o historii Polski (zwłaszcza polskiej wojskowości), napisany staropolskim językiem przez człowieka o ogromnej wiedzy z tej dziedziny, który nie tylko z niezmierną życzliwością zawsze odpisuje na liczne komentarze na swoim blogu, ale i nawet wpadł tutaj napisać mi życzenia :)

Węglowy szowinista – tym razem niezmiernie ciekawy blog o nauce, pełen zarówno interesujących ciekawostek, tekstów obalających mity, świeżych newsów za świata odkryć, jak i recenzji wartych uwagi książek. Wspieram go na Patronite niewielką kwotą, co i Wam polecam, bo naprawdę warto!

Tertio, z okazji tej pięknej od miesiąca siedziałam w fikach z motywami świątecznymi, żeby klimatycznie coś tu wrzucić odpowiedniego, ale oczywiście szukajcie, a i tak guzik znajdziecie, innymi słowy nic na poziomie niestety nie przeczytałam. Nawet nic nie było na absolutnym antypoziomie, co można by jako dowcip wrzucić. Tak więc logiczny i smętny wniosek z tego, że nic nowego dla Was nie mam i zwalam winę na kiepski poziom morza wypocin netowych :(.

Quarto, ponieważ nic nowego nie znalazłam, to pozostaje mi tylko przypomnieć co ciekawego z motywami świątecznymi już się było pojawiło w długiej i ubogiej historii tego bloga:

Dla każdego gwiazda – trzecia część znanego cyklu Slytheriniada, traktująca w ogólności o interakcji pewnej sierotki ślizgońskiej i internetowej wersji Snape’a (tzn. Snape’a w takiej wersji, w jakiej przedstawia go internet, to jest klimatycznego, inteligentnego, sarkastycznego, dobrego człowieka, czyli nie do końca jak w oryginale… ;) ), a w szczególności w tym opowiadaniu o Świętach tejże sierotki w Hogwarcie. Przyznaję, że lukru świątecznego, słodkokwaśnego jest tu dość dużo, co nie każdemu przypadnie do gustu, ale przyjemnej świątecznej atmosfery też sporo i humoru niezłego

Ad Astra Per Aspera – niedawno wspominane przeze mnie bardzo przytulne, cieplutkie i pogodne romansidełko ze Spockiem i Kirkiem w roli głównej. I atmosferą i faktem, że w jednym rozdziale prym wiodą Święta u Kirka w domu bardzo pasuje do czytania z czekoladą gorącą przy choince (chyba że jest to ultrakatolicka choinka zakazująca czytania homoseksualnych romansów :( )

Quinto: postwigilijny offtop. Jeśli nie będzie się Wam chciało robić uszków w przyszłym roku, to gorąco polecam pierożki z grzybami z Bacówki. PRZEPYSZNE. Również polecam morszczuka w cieście, którego kupiłam w Stokrotce (aczkolwiek chyba jestem jedyną osobą na świecie, której się nie chciało samodzielnie usmażyć ryby na Wigilię :D. Na niewielkie usprawiedliwienie dodam, że Wigilię spędzałam sama i jeszcze byłam w pracy prawie do 15ej ;) ). Offtop nie jest sponsorowany przez Bacówkę ani Stokrotkę (a w sumie szkoda, bo kasa się przydałaby po świętach ;) )

No to tyle na dziś. Dalej będę szukać dobrych fików, ale sami widzicie, jak ciężko z tym… Na pociechę, niedługo będzie tradycyjny noworoczny offtop :).

The Arrangement, Dragon Age

 

Wyjątkowo szybko (jak na mnie ;) ) kolejny wpis i tym razem pełnoprawna recenzja, czyli wreszcie coś świetnego! Znowu jest to opowiadanie oparte na Dragon Age, choć tym razem konkretnie na Dragon Age Origins – grze, którą po raz wtóry gorąco polecam każdemu, kto lubi dobrą historię. Tym razem mamy bardzo dobrze napisany romans historyczny, wykreowany w alternatywnym wszechświecie Dragon Age.

Autorka pozwoliła sobie w nim na dwie zasadnicze zmiany w stosunku do oryginału – po pierwsze, pewną roszadę personalną w rodzinie Couslandów: w jej wersji historii miejscami w rodzinie Couslandów zostają zamienieni główna bohaterka DAO, która jest tu najstarszym dzieckiem oraz Fergus Cousland, młodszy brat, który w Ostagarze zostaje jednym ze Strażników. Drugą zmianą jest fakt, że bohaterka, Ellie Cousland, na kilka lat przed właściwą akcją Origins, jeszcze za życia Marika, zostaje żoną Loghaina Mac Tira na mocy zaaranżowanego małżeństwa będącego efektem negocjacji różnych zainteresowanych równowagą sił i pewnymi konkretnymi skutkami politycznymi stron na dworze. Osoby, które zrażają się wszelkimi zmianami wprowadzanymi do kanonu, mimo wszystko gorąco zachęcam do czytania (jeśli oczywiście lubią romanse), bo opowiadanie jest napisane bardzo ciekawie i dojrzale.

Jest to w pewnym sensie typowy romans – ale jeśli od razu myślicie o jakimś mdłym, pseudoromantycznym, pełnym seksu, mało inteligentnym tworze, to nie o to mi chodzi ;). Jest typowy w sensie spełniania wymogów gatunkowych – więc nie oczekujcie tu fabuły przygodowej czy tragicznej ;). Historia jest więc, zgodnie z ramami rodzajowymi, nakierunkowana na parę głównych bohaterów – w tym wypadku jest to Ellie Cousland i Loghain Mac Tir – na ich emocjach związanych z zaaranżowanym małżeństwem, wzajemnych odczuciach, interakcjach, miłości i konfliktach. Jest tu więc dużo przemyśleń i opisów przeżyć. Po drugie, jak przystało na romans historyczny, jest naprawdę sporo intryg dworskich i zwrotów akcji typowych dla romansów. Po trzecie jest trochę scen seksu.

Wszystko to jest jednak napisane bardzo realistycznie, bez niepotrzebnego zadęcia romantycznego czy dramatycznego. Ellie zostaje żoną mężczyzny bodajże dwa razy od niej starszego, posiadającego niezbyt dobrą opinię o jego talentach w roli ojca i męża, z drugiej strony jednak bardzo wpływowego i będącego żyjącym bohaterem kraju, któremu niejedna kobieta z chęcią padłaby w ramiona, choćby tylko z uwagi na jego sławę. Jej kreacja jest jednak perfekcyjna – nie jest ani biedną sierotką, którą obojętni rodzice rzucają w ramiona obcego mężczyzny i która przerażona nie wie, czego oczekiwać po tym nieszczęściu i zapłakuje się po kątach. Nie jest też typową dla kiepskich romansów dziewczyną, która od razu zakochuje się w swoim niezwykłym mężu, tonie w jego oczach, szeptach, ramionach, falach rozkoszy i własnych zachwytach ;). Jest dziewczyną (mentalnie w sumie już bardziej kobietą niż dziewczyną) praktyczną, rozsądną i życzliwą. Na związek z mężczyzną, którego osobiście nie zna, a plotki się roznoszą na jego temat różne, zgadza się dla dobra swojego, swojej rodziny i państwa. Nie robi z tego dramatu, nie traktuje swego męża jak wroga czy obcego; widzi w swojej sytuacji pozytywy, ale bez naiwnego idealizowania; ma zamiar wspierać męża, nawet jeśli związek nie będzie idealny, ale równocześnie nie tracić swojej samodzielności i czerpać korzyści z sytuacji. Zwłaszcza zachwycona byłam sceną nocy poślubnej, gdy Loghain zdecydowanie nie bardzo wie, jak ma zachować się względem dwa razy młodszej od siebie dziewczyny, która na pewno nie wyszła za niego z miłości, a tymczasem to Ellie siląc się na opanowanie zrozumiałych nerwów, spokojnie proponuje mu swobodę w podjęciu decyzji, wprost mówiąc, że nie ma zamiaru ani mu się narzucać ani też obrażać, jeśli w ich związku z różnych powodów nie będzie pożycia. Jej argumenty i podejście do sytuacji są nad wyraz dojrzałe. Powiem szczerze, że mało spotkałam tak sensownie napisanych kobiecych postaci, jak Ellie Cousland. Zdecydowanie jedna z bohaterek, z których warto brać wzór :). Również i Loghain jest dobrze napisany – nie zakochuje się od razu w młodej i ładnej żonie, ma swoje wątpliwości i zastrzeżenia co do tego, jak bardzo udany będzie ten związek, w tym także potencjalnie z jego winy. Ma swoje zasady, oczekiwania, priorytety. Ogólnie bardzo realistyczna wizja związku dwojga dobrych, rozsądnych, szanujących się nawzajem ludzi.

Sceny seksu – wiadomo, że nieodłączny element każdego romansu :) – są ewidentnie napisane przez dojrzałą osobę, która przeczytała wystarczająco dużo romansów, by wiedzieć, jak nie pisać ;). Zatem ani nie jest to obsceniczne porno ani dziwaczne pseudopoetyckie opisy ani nieporadna walka kogoś, kto wstydzi się pisać o seksie. Zbliżenia są przedstawione klarownym, ciepłym, bezpretensjonalnym językiem, niezbyt rozwlekle, nie zajmują połowy opowiadania, czyta się je przyjemnie. Można na upartego zarzucić im, że biorąc pod uwagę przejścia, pozycję, wiek i problemy Loghaina, dziwne trochę, że zawsze współżycie jest udane, niemniej jakoś nie raziło mnie to wcale w tym opowiadaniu (a zwykle przecież czepiam się zbyt wyidealizowanych obrazków).

Język całego opowiadania jest na bardzo dobrym poziomie (oczywiście z mojego nieanglistycznego punktu widzenia), nie widziałam tam żadnych błędów, nie straszą barokowe konstrukcje, nie zniechęca zbytnia prostota.

Fabularnie jest wciągająco, pomimo tego, że za pewną wadę można uznać dość stereotypowe momentami zwroty akcji i intrygi. Pod tym względem (przewidywalności) opowiadanie trochę słabuje – pojawia się jakże zużyty motyw wpływowej osoby zakochanej na zawsze w Ellie, która to persona powoduje szereg nieprzyjemnych wydarzeń; również i główny „zły” żadnym zaskoczeniem nie jest, dość ewidentne są jego intrygi i manipulacje. Jest to wada, która może odstręczyć tych, którzy w romansach szukają przede wszystkim nowatorskich intryg i zaskoczeń. Tu tego nie ma, niemniej i tak chce się czytać do końca, bo jednak nie wszystko jest w stu procentach do przewidzenia, zwłaszcza że autorka stara się pisać realistycznie, a jej Ellie nie jest postacią, która żyje tylko swoim mężem i która potrafi pójść własną drogą, choćby przeciw niemu.

Dla niektórych fanów Dragon Age pewnym minusem może też być interpretacja Cailana i Loghaina w tym opowiadaniu. Co do Cailana, to nie chcę się tu wdawać w przesadne szczegóły, by nie zdradzać akcji, ale na pierwszy rzut oka wydaje się on być kompletnie niekanoniczny, jednak gdy zastanowimy się mocno nad źródłem naszych informacji o Cailanie w Dragon Age Origins, uczciwie będziemy musieli przyznać, że wszystkie informacje są fragmentaryczne i część z nich może być kłamstwami postaci, z którymi rozmawiamy. Choć subiektywnie nie odpowiada mi zupełnie wizja Cailana stworzona przez Addai, to przyznam, że obiektywnie ma prawo do swojej interpretacji. Trochę bardziej niekanoniczny jest Loghain – a konkretnie to Addai go dość mocno wybiela z podjętych przezeń w DAO decyzji, co niestety mocno zubaża tę postać do typowego tragicznego bohatera, a nie antybohatera, którym powinien być i którego kreacja była mistrzowska w DAO. Innych wad w tym opowiadaniu nie uświadczyłam (no, dobra, jest jeden ewidentny dla mnie błąd logiczny w fabule, ale do przeżycia ;) ).

Tak więc podsumowując gorąco polecam, jeśli chcecie sensownie napisany romans, może z dość banalnymi intrygami, ale ze świetną główną bohaterką, wciągający i bardzo pozytywny (mimo realizmu) w wydźwięku. Miłego czytania! :)

Fik jest w języku angielskim, ma 37 rozdziałów i możecie go znaleźć pod tym linkiem:

https://www.fanfiction.net/s/6337394/1/The-Arrangement

Fear No Darkness, Władca Pierścieni

Nareszcie udało mi się wyrwać z objęć Dragon Age: Origins, które niedawno zaczęłam (i skończyłam dwukrotnie) i przysiąść do napisania recenzji, która czeka na mnie już od kilku tygodni. Błąd mój, a w zasadzie to wina wyżej wspomnianej świetnej gry, że nie siadłam nad tym od razu, „na świeżo”, ale postaram się nie zapomnieć i nie pominąć niczego przy opisywaniu tego naprawdę wybitnego opowiadania dziejącego się w świecie Władcy Pierścieni.

Fiki pisane na podstawie dobrych książek są zazwyczaj dość wdzięcznym materiałem do przeszukiwania – widać, że autorzy jakieś książki jednak czytają, więc minimalny poziom zazwyczaj jest zachowany. Gorzej jest, gdy coś zostało zekranizowane (albo w ogóle nigdy nie było książką, tylko np. komiksem czy grą), a do pisania fanfikcji zabiera się ktoś, kto wychodzi z założenia, że pisać każdy może, trochę lepiej lub bardzo gorzej :). W końcu wystarczy komputer i edytor tekstu, czego chcieć więcej. Bogu czy tam innym Przodkom dzięki, że niektórzy dostrzegają potrzebę szlifowania warsztatu i poznawania różnych technik pisarskich i są na tyle samoświadomi, by w otchłanie internetu wypuszczać twory dopracowane i przemyślane. Takim właśnie utworem jest ‚Fear No Darkness’.

Autorka jest Amerykanką o bardzo szeroko zakrojonych zainteresowaniach (studiowała politykę Bliskiego Wschodu, arabski, a uczy niemieckiego i matematyki), piszącą głównie opowiadania dotyczące Władcy Pierścieni, silnie oparte na książkach, którymi była zafascynowana jeszcze zanim pojawiła się ekranizacja. Jej gigantyczna wiedza z tego właśnie uniwersum jest doskonale widoczna w jej fanfikcji – swobodnie operuje tam nawiązaniami do „Silmarillionu”, „Niedokończonych opowieści”, listów Tolkiena itp., barwnie i ciekawie przedstawia szeroki wachlarz postaci od pierwszoplanowych po takie, które kojarzą głównie zapaleni miłośnicy uniwersum, nie waha się też przed stosowaniem od czasu do czasu języków stworzonych przez Tolkiena. Pod wieloma rozdziałami są też szerokie odpowiedzi na różne pytania dotyczące kanoniczności i szczegółów fabularnych świadczące o tym, że autorka doskonale wie, o czym pisze i nie boi się dyskusji z podobnymi jej fanami. Od razu więc widać, że na niezgodność z kanonem nie można narzekać.

Fabuła ma miejsce pięć lat po zniszczeniu Pierścienia. Rocznica ta skusiła panujących w Rivendell Elladana i Elrohira, synów Elronda, aby wyprawić ucztę uświetniającą dokonane czyny i zaprosić na nią wszystkich, którzy przyczynili się do pokonania Saurona i mogą przybyć. Do Rivendell zmierzają więc para królewska Arwena z Aragornem z Gondoru, Legolas, władca Ithilien, wraz z Gimlim, król Thranduil z Mirkwood, król Cereborn z Lothlorien, Peregrin Took, Meriadok Brandybuck oraz Samwise Gamgee z żoną i córeczką, hobbici z Shire. Większości z nich towarzyszą również umiarkowanej wielkości orszaki (w razie potrzeby stające się oddziałami), gdzie nie brakuje postaci drugoplanowanych. Niestety nie tylko oni dostrzegają wagę tej uroczystej daty. Pomimo tego, że Sauron został pokonany, niektórym z jego popleczników udało się przetrwać. Jeden z nich wciąż pozostaje wierny pamięci o swym władcy i, dowiadując się o uroczystościach w Rivendell, postanawia na swój ponury sposób uczcić wspomnienia o wydarzeniach sprzed pięciu lat.

Historia jest napisana w niemiernie zajmujący sposób. Choć główna linia fabularna nie jest zbyt zaskakująca – ot, zapowiadająca się radośnie uroczystość zostaje skalana przez powrót cieni sprzed lat, to opowiadanie czyta się z nieustającą ciekawością i przyjemnością. Autorka starannie przemyślała wszystkie aspekty swojej fabuły. Po pierwsze, wszystkie postaci są doskonale zaprojektowane; każda ma swoje ważne miejsce w wydarzeniach, każda ma swój dobrze wyważony „czas antenowy”, każda zachowuje się bardzo realistycznie, tzn. adekwatnie do swojego charakteru, przeszłości i dotykających ją przeżyć, również interakcje między nimi są różnorodne, tworząc wiele ciekawych wątków i dostarczając Czytelnikowi wszelkiego rodzaju emocji. Zwłaszcza przysłowiowe czapki z głów za postać Thranduila – rzadko spotyka się w fanfikach tak doskonale i prawdziwie pod względem mentalności stworzonego bohatera (a i w oryginalnej literaturze takie postaci pojawiają się tylko w dobrych książkach). Konkretniej rzecz ujmując zawsze będę wdzięczna za tworzenie postaci niejednoznacznych, i to nie w naszym typowym sensie „jestem zły, ale mam dobre motywacje” czy „jestem zły, ale ogólny efekt moich działań jest dobry”, ale w sensie kreacji osobników, którzy w jednych kwestiach potrafią posłużyć się swoją niemałą inteligencją i niejednokrotnie są również wzorem moralnym dla innych, za to w innych są zaślepieni i ewidentnie podążający błędną z moralnego punktu widzenia drogą prowadzącą ich do opłakanych w skutkach decyzji. Niemało jest takich ludzi w naszym codziennym życiu, niemniej zawsze mam wrażenie, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Wszyscy wiemy przecież, że kto jest za PiS musi być matołem nienawidzącym gejów i kobiet, a kto jest za PO ten nie jest patriotą, służy Merkel i chciałby, żeby wytłuc wszystkie nienarodzone dzieci, prawda? Albo przecież jasnym jest, że rasista zawsze jest do cna zły, podobnie jak i homofobowie (albo w drugą stronę – ateiści czy aborcjoniści). A jak ktoś walczy prawa zwierząt/człowieka, to jest dobry z gruntu… Tymczasem ja sama znam homofobów, którzy zamknęliby gejów w psychiatrykach, ale którzy równocześnie pierwsi na ulicy pobiegną komuś pomóc i udzielają się w instytucjach charytatywnych kosztem swojego prywatnego czasu pomagając niepełnosprawnym staruszkom, które zostały pozostawione przez swoje rodziny. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Znam ludzi twardo walczących o prawa człowieka, oddający ostatnie pieniądze na kampanie społeczne, narażający czasem swoje zdrowie na manifestacjach, ale którzy równocześnie w codziennym życiu daliby swoim znajomym zdechnąć z głodu albo wyżywają się na swoich dzieciach. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Ok, dość mojej dygresji, w każdym razie chcę tylko powiedzieć, że mało jest ludzi, którzy mają jednolite ścieżki moralne, za to mnóstwo takich, o których nijak nie da się powiedzieć ani że są „źli” ani że są „dobrzy”. Dlatego cenię Thunderę za jej Thranduila, bo on doskonale obrazuje zawikłania indywidualnej moralności i emocjonalności.

Wracając do zalet fabuły – jest ciekawie, po prostu ciekawie. Główny wątek jest poprowadzony w sposób bardzo realistyczny, co znaczy, że można się wszystkiego spodziewać, ponieważ Thundera doskonale zdaje sobie sprawę z uroków walk na miecze i strzały, trucizn, czarnej magii i wiążącego się z tym faktu śmiertelności organizmów żywych. Innymi słowy, mimo że mamy tu naszą tradycyjną walkę dobra ze złem, to nie mamy żadnej pewności co do tego, kto zwycięży i ile jakich będzie strat po której stronie. Obserwując powagę, z jaką Thundera podchodzi do realizmu, możemy być pewni tylko tego, że zwyciężą po prostu lepsi (co nie znaczy, że przeżyją wszyscy). Podoba mi się także to, że po obu stronach są wątpliwości, niepewności, lepsze i gorsze decyzje – zwłaszcza miło to zobaczyć w postaci głównego antagonisty, który nie jest typowym zadufanym w sobie geniuszem zła, który najpierw ma wzbudzić podziw Czytelnika swoją niezmierną inteligencją, a później dać się pokonać Dobremu Herosowi wcale nie mądrzejszemu odeń. Tutaj złoczyńca jest bardzo inteligentny owszem, ale też ma swoje wahania, jest świadomy swych szans i ryzyk, które podejmuje – uczciwie przedstawiona jest i jedna i druga strona barykady, dzięki czemu nie będzie wrażenia naiwności pisarskiej, gdy któraś ze stron przeważy nie mając uprzednio sensownej przewagi tego czy innego rodzaju.

Nie brakuje świetnie prowadzonego, błyskotliwego i równocześnie naturalnego humoru. Mimo że z upływem rozdziałów robi się coraz bardziej przygnębiająco narrator od czasu do czasu rozjaśni nam trochę twarz swoim sarkazmem i uratuje od ciągłego napięcia postaciami, które w sposób rozmyślny (lub nie) potrafią je rozładować.

Styl jak zawsze trudno mi oceniać, jako że anglistką nie jestem, widzę jednak wyraźnie, że autorka zdecydowanie ma bogate słownictwo, stylizowane trochę na archaiczne (aczkolwiek bez przesady, wszystko jest zrozumiałe), choć oczywiście poziom Tolkiena to (jeszcze) nie jest. Czyta się w każdym razie niezmiernie przyjemnie zarówno jej opisy, jak i dialogi. Nie brakuje szczegółów doskonale obrazujących wszystkie sceny, ale nie są one przytłaczające (przynajmniej dla mnie, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na to, że jestem bardzo odporna na duże ilości szczegółów i opisów ;) ).

Wśród komentatorów pojawiają się zarzuty zbytniego zagęszczenia rozważań postaci. Bohaterów rzeczywiście jest sporo i każdemu z nich Thundera daje trochę miejsca na opisanie swych przeżyć i zastanowienie się nad przeszłością i przyszłością. Nie wątpię, że zwolenników wartkiej akcji jej to nie przysporzy i przyznam, że jeśli do nich należycie, to być może nie przebrniecie przez „Fear No Darkness”. Ja osobiście czytałam to wszystko z przyjemnością, gdyż każda z postaci została tak przedstawiona i umiejscowiona w akcji, że po prostu ciekawiło mnie to, jak sobie radzi z tym, co się dzieje, co ją ukształtowało i co ją popchnie do jakich decyzji. Niemniej prawdą jest, że jest tego bardzo dużo.

I to chyba wszystko. Jest tylko jedna jeszcze wada. Za to GIGANTYCZNA. Opowiadanie jest nieukończone i nie będzie ukończone. Szczerze powiem, że serce mi pęka z tego powodu, gdyż naprawdę trudno się pogodzić z tym, że nie poznamy zakończenia. Nie kryję mojego oburzenia faktem, że autorka żyje, pisała jeszcze długo po urwaniu „Fear No Darkness” i uważam, że zostawienie nas w ten sposób spowoduje, że jej następne wcielenie wyląduje zapewne gdzieś w Afryce, bo to woła o pomstę do nieba ;). Niemniej i tak warto przeczytać.

Całość ma 30 rozdziałów i jest to 30 rozdziałów czystej przyjemności. Poza tym Thundera ma również mnóstwo innych opowiadań z Władcy; co prawda ja ich nie znam, ale podejrzewam, że muszą być co najmniej dobre. Tak więc wszystkim fanom szczerze polecam!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5,5/6

Postaci: 6/6

Humor: 5/6

Akcja: 5,5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 6/6

Język: angielski

Fandom: Władca Pierścieni

Adres: https://www.fanfiction.net/s/615044/1/Fear-No-Darkness

http://www.storiesofarda.com/chapterlistview.asp?SID=456

Czytadło z Naruto #01

I znowu czytadło. Chciałabym, żeby w końcu pojawiła się jakaś pełnoprawna recenzja, ale póki co to bóstwa internetu mi nie sprzyjają i w najlepszym razie trafiam na jakieś w miarę przyjemne, ale nie wybitne utworki.

Tym razem trafił się nam fik z cieszącego się ogromną popularnością fandomu Naruto. Sama przeczytałam raptem kilkanaście tomów tego komiksu, wspominam mile je, ale nie mam pojęcia, co było później (ponoć im później, tym gorzej :( ). Opowiadanko jest trochę w AU (alternatywny wszechświat), jako że autorka też w pewnym momencie czytać przestała ;) i popisała, co tam uważała, że się stało następnie. A w jej wydaniu stało się to, że Naruto zostaje kapitanem jednej z drużyn ANBU, w skład której wchodzą Tenten i Iwashi.

Historia opowiadana jest z punktu widzenia Tenten i jest spokojna, pogodna i przyjemna w odbiorze. Wad nie brakuje – błędy gramatyczne od czasu do czasu (autorka to nie native), czasem błędy rzeczowe, problem z utrzymaniem stabilnego punktu widzenia i największa wada – jest nieukończone. Sam Naruto też trochę odbiega od swojego charakteru z mangi, co jest wyjaśnione jego dorosłością (i mi w sumie całkiem pasowało do niego). Mimo tych problemów spędzi się z tym opowiadaniem trochę przyjemnego czasu.

Język jest angielskim, a link poniżej:

https://www.fanfiction.net/s/1944746/1/Behind-a-Mask

Lifelines, Batman

Nadejszła wiekopomna chwila, że w końcu publikuję wpis o wspominanym już „Lifelines”, fanfiku z uniwersum Batmana (czy też, dokładniej rzecz ujmując, alternatywnego uniwersum DC), o którym tyle razy wspominałam. Wahałam się trochę przy tym opowiadaniu, co zazwyczaj źle wróży, ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam, że jednak skrzywdziłabym ten utwór wrzucając go do czytadeł. Ma swoje wady, ma jednak też bardzo poważne zalety i te ostatnie mimo wszystko przeważają. Mam nadzieję, że na Waszych prywatnych wagach też przeważą.

Ad rem przechodząc – fanfik skoncentrowany jest na komiksowej nietoperzej rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem Dicka, przez którego oczy widzimy fabułę przez sporą część opowiadania. Historia rozpoczyna się, gdy Dick mieszka już w Bludhaven walcząc ze złoczyńcami jako Nightwing, Jason jest w konflikcie z Brucem o kwestię zadawania śmierci, Barbara jest na wózku inwalidzkim, a Tim oraz Damian mieszkają w rezydencji Wayne’ów (żrąc się przy tym niemiłosiernie).

Bez grania na czas autorka ukazuje nam sedno opowiadania – Dick dowiaduje się, że zapadł na ostrą białaczkę mieloblastyczną. W wieku zaledwie 23 lat. Po latach walki ze złoczyńcami, conocnego narażania się na kule, trucizny i zasadzki, jego życiu zaczyna zagrażać nic innego jak rak. Dwa tygodnie później zmaga się już z chemioterapią i jej efektami. W typowy dlań sposób, koncentruje się on jednak na swojej rodzinie. Zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie on jest najsilniejszym spoiwem ją wiążącym i zaczyna czynić starania, by, w razie najgorszego, rodzina ta była silniej ze sobą związana niż ma to miejsce w chwili obecnej. I w zasadzie na tym opiera się cała historia. Mamy dwa główne wątki – pierwszy to opis postępującej choroby Dicka i jego nierównej walki z rakiem, drugi – ciekawe intrygi, które snuje, by zbliżyć swoją zwaśnioną i problematyczną rodzinę do siebie.

Historia ma sporo zalet. Po pierwsze, autorka jest ratownikiem medycznym i za punkt honoru postawiła sobie przedstawić chorobę Graysona i jego codzienne związane z nią przeżycia w sposób jak najbardziej realistyczny. Dla mnie jest to ogromny plus. Mam gigantyczny szacunek dla ludzi, którzy nie piszą z palca, tylko przeprowadzają odpowiednie badania zawczasu i widać, że Pekuxumi do nich należy. Jest to też duża wartość dodana historii – można sporo dowiedzieć się o życiu i „zwykłych” problemach ludzi zmagających się z rakiem. Jak dla mnie jedną z najlepszych scen w tej historii był moment, gdy w bloku Dicka zepsuła się winda i Nightwing, były Robin, wybitny akrobata „Fruwający Grayson”uświadamia sobie, że bez pomocy innych zwykłe przejście kilku pięter graniczy z cudem. Przerażająca mnie zależność od ludzi w ciężkiej chorobie pokazana jest jak na dłoni. Oczywiście nie mówię, że brakuje opowiadań i historii, które przedstawiają różnorakie zmagania się z rakiem – jak wiadomo, jest ich mnóstwo w księgarniach – więc może nie jest to nowatorskie, ale jest zrobione tak dobrze, jak tylko się da. I niezależnie od tego, że o raku słyszymy wszem i wobec, to jednak warto czasem sobie przypomnieć, co może czekać niestety każdego.

Druga zaleta – fabuła jest po prostu wciągająca i interesująco prowadzona. Chcemy dowiedzieć się, jak Dick będzie sobie radził z postępującą chorobą; chcemy doczytać, czy uda mu się przeżyć; z dużą satysfakcją śledzimy jego manipulacje rodziną i wiążące się z nimi mniej i bardziej zabawne bądź wzruszające sytuacje; z ciekawością też odkrywamy, że rodzinka też w manipulacjach nie pozostaje dłużna… Jest też i trochę akcji, nie wszystko dzieje się w samych szpitalach bądź wnętrzach domów. Ogólnie jest zatem ciekawie.

Trzecia zaleta historii – pod koniec opowiadania autorka fabularnie zadała niesamowicie poważne i dwuznaczne moralnie pytanie. I zrobiła to świetnie. Sam problem jest ważki, a jego przedstawienie doskonałe. Gdy doszłam do tego momentu wiedziałam, że nie mogę tego po prostu wrzucić do czytadeł. Za samo tak umiejętne podjęcie i skłonienie Czytelnika do myślenia w tak trudnym temacie i to za pomocą fanfika opowiadanie to zasługuje na uwagę.

Przechodząc od linii fabularnej do atmosfery – też jest umiejętnie zrównoważona. Wbrew temu, co mógłby sugerować temat historii, nie brakuje tu i humoru (nie jest może jakoś wybitnie nowatorski, nie zostaje szczególnie w pamięci, ot, zwykłe zabawne sytuacje z życia rodzinnego, niemniej dobrze napisane) i bardziej pozytywnych momentów. Nie jesteśmy przytłoczeni smutkiem i poczuciem beznadziei.

Co do wad – widać czasami w konstrukcji części sytuacji, że jednak jest to troszkę grające na emocjach dobre czytadło. Zresztą już samo główne założenie: mamy sobie uwielbianą przez wielu, skonfliktowaną, mroczną rodzinkę. Każdy po cichu chce ich widzieć zjednoczonych (zajrzyjcie na pinteresty czy inne tumblry, jeśli nie wierzycie). Więc cóż lepszego napisać niż historię o tym, jak nasz ulubiony Robin zapada na ciężką chorobę, która staje się pretekstem do pogodzenia wszystkich? Bardziej typowego lepu na czytelnika nie można wymyślić (chyba ;) ). I momentami widać wyraźnie, że autorka w sposób zdecydowanie świadomy chce grac na emocjach – tu wstawi jakąś nie do końca pasującą, ale oczekiwaną przez wszystkich dramatyczną kłótnię, tam wstawi nie do końca pasujące bardzo poważne i poruszające kazanie, tam jakąś wzruszającą akcję. Żeby była jasność, wszystko to jest napisane dobrze, ale jednak wprawne oko dostrzega podbarwianie pewnych rzeczy na siłę, ku dostarczaniu silniejszej dawki emocji i wzruszeń. Przez to miałam od czasu do czasu wrażenie, że trochę cierpi realizm postaci i cokolwiek mi to zgrzytało. Niemniej nie na tyle, by całkiem zniechęcić do lektury. Zwłaszcza że jest i sporo całkiem równych momentów.

Trudno wypowiadać mi się o kanoniczności, jako że fanką Batmana jestem gorącą, ale niestety dość powierzchowną – zakochana byłam w Batmanie dawniej, za czasów wcale dobrego serialu animowanego na Cartoon Network i starych filmów; komiksów natomiast nie czytałam (co teraz nadrabiam). Zatem nie jestem pewna, jak kreacja postaci się ma do tych ostatnich. Inni czytelnicy nie mieli prawie żadnych zarzutów. Ja sama miałam wrażenie, że Bruce jest zbyt mocno ogołocony z umiejętności interpersonalnych (co, jak wspomniałam wyżej, służy autorce do tworzenia emocjonalnych konfliktów); Damian też jest trochę niekonsekwentnie napisany – aczkolwiek przyznaję, że to bardzo trudna postać do realistycznego wykreowania; jedna scena z Timem też wydawała mi się nie do końca pasująca do całokształtu i trochę na siłę wrzucona dla wyższych, fabularnych celów. Byc może też, że właśnie takie te postaci są, tylko ja je zbyt słabo znam z kanonu. Zdecydowaną większość czasu jednak jest bardzo dobrze. Dick i Jason są idealni, no i Alfred…

Styl jest raczej przezroczysty. Autorka jest Niemką rumuńskiego pochodzenia, ale bardzo dobrze radzi sobie z angielskim (ponoć ma też świetne bety), choć wciąż nie jest to poziom, by styl zwracał na siebie uwagę bardziej wybitnymi opisami czy ciekawymi sformułowaniami. Nie odrzuca też jednak prostotą czy topornością.

Zasadniczo więc bardzo polecam. Mimo że opowiadanie trochę momentami szepcze do nas „Jestem takim bardziej ambitnym czytadłem” i „Chodź, pobawimy się Twoimi emocjami, jak w dobrej telenoweli”, to jednak jest na tyle dobre i wciągające, że warto się z nim zapoznać. Zwłaszcza i przede wszystkim, jeśli się lubi nietoperkową rodzinkę.

Nadmienię też, że powstał sequel (oraz, eee, interquel?) tego opowiadania – „Faultlines”. Tego już niestety z czystym sumieniem każdemu polecić nie mogę. Bynajmniej nie twierdzę, że kolejna historia o Nietoperzach jest zła. Zdecydowanie jednak przesunęły się w niej odważniczki emocjonalne. Trudno mi cokolwiek w sumie pisać bez zdradzania zakończenia „Lifelines”, ale mogę powiedzieć tyle, że fabuła w „Faultlines” została mocno nakierowana na problemy psychiczne jednego z bohaterów (związane właśnie z wcześniejszą historią i jej zakończeniem), dobrze zresztą medycznie i psychiatrycznie uzasadnione (choć trochę zbyt późno, przez co jesteśmy mocno zirytowani jego zachowaniem). Atmosfera jest zdecydowanie cięższa, odbiór głównej postaci z powodu jej problemów dość utrudniony i brakuje tu jakiegoś zbalansowania. A może po prostu opisywanie zaburzeń mentalnych w taki sposób, by czytelnika przytrzymać przy historii, to już po prostu zbyt wysoka poprzeczka dla początkującego pisarza. A może po prostu przeskok w odbiorze jest zbyt duży w stosunku do „Lifelines”. Powiem jedynie, że o ile doceniam próbę zmierzenia się z kwestiami zdrowotnymi innego typu niż rak i pewne problemy nawet są mi dość bliskie, o tyle po prostu ciężko mi się to czytało (dla porównania recenzowany przeze mnie wcześniej „Growing pains, orange bitters„, choć też podejmuje bardzo trudne kwestie psychoseksualne, to radzi sobie z nimi zdecydowanie lepiej, jeżeli chodzi o porwanie czytelnika). Zatem nie zniechęcam, ale też nie zachęcam.

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5/6

Postaci: 4,5/6

Humor: 5/6

Akcja: 6/6

Styl: 4/6

Kanoniczność: 5/6?

Język: angielski

Fandom: Batman

Adres: https://www.fanfiction.net/s/8309854/1/Lifelines

Czytadło z Fullmetal Alchemist #02

Znowu nieBatman. I znowu czytadło z FMA. Opowiadanie wciąż nieskończone, ale wciągające dość, choć, ponownie, nie wnoszące niczego niesamowicie nowatorskiego poza mierzeniem się Edwarda z urokami wojny… parę błędów rzeczowych, Mustang jakiś taki chyba nie w stu procentach kanoniczny, ale poza tym nie można się do niczego przyczepić i chce się czytać. Całość koncentruje się na Edwardzie, z dość częstymi interakcjami z Mustangiem i Hawkeye. Język angielski.

https://www.fanfiction.net/s/5447742/1/Loyal-Dogs

Czytadło z Fullmetal Alchemist #01

Tak, wiem, że miał być Batman. Będzie. Ale czytam jeszcze sequel do Batmanowej historii (a raczej troszkę męczę), więc cierpliwości. Międzyczasie przemknęło mi przed wizjerkiem czytadełko z Fullmetal Alchemist, a że przy czytadłach się nie wysilam specjalnie (w sensie recenzji), to i wrzucam od razu:

https://www.fanfiction.net/s/11941313/1/The-Violin

Czytadełko w sumie nic nie wnosi unikalnego czy poważnego czy nowego, ale jest przyjemnie napisane, postaci bardzo zgodne z kanonem i dość wciąga. Nieskończone jeszcze, więc kto wie, może i się rozwinie bardziej wybitnie (choć w sumie wątpię). Niemniej miło się czyta, jak ktoś ma zapotrzebowanie na trochę więcej Edwarda Elrica oraz ekipy Roya. Język angielski

Czytadła z Żółwi Ninja #01

Zaskakująco szybko znów ja. Słusznie domyślacie się, że coś w tym podejrzanego jest i istotnie, dziś nie będzie porządnej pełnoprawnej recenzji. Wynika to z faktu, że ostatnimi czasy zaczynają mi coraz bardziej naprzykrzać się fanfiki, które nie są na tyle świetne, abym mogła je uczciwie zachwalać, ale i tak wsysają jak chipsy czy inne tam śmieciowe żarcie, do którego koneserzy dobrych restauracji się przecież na swoim blogu nie przyznają ;). Z drugiej strony trochę żal faktu, że miałyby przepaść całkiem w bezkresach internetu, gdy jednak jakąś tam przyjemną rozrywkę dostarczają, zwłaszcza że, cóż, dobre czytadło też trzeba umieć napisać. I czasem też miło przeczytać, oczywiście nie przyznając się do nikogo.

Tak więc, streszczając się (czego, jak zauważyliście, nie lubię), mówię wszem i wobec, że od tej pory będę też Wam nieoficjalnie podrzucać czytadła i czytadełka. Nie będą one porządnie recenzowane, bo znęcać się nie lubię, a i niesmacznie bym się czuła jadąc po czymś, co czytałam łapczywie do późnej nocy ;). Ot, po prostu, co jakiś czas wrzucę posta oznaczonego jako #czytadła, gdzie będą linki i bardzo krótki opis. Nie będą też one w swoich właściwych kategoriach, żeby nie robić bałaganu między ambitnymi fikami, tylko będą wszystkie hurtem w „Czytadłach” właśnie. I tak, psze bardzo mie tu nie oceniac po nich, chipsy też czasem cza wszamać ;).

Tak więc na dziś dwa czytadełka, na które natknęłam się szukając dobrych fików z Żółwi Ninja:

Adventures in Turtle Sitting – ot, miły, ciepły obraz rodzinki żółwiowej w alternatywnym wszechświecie, w którym April spotyka Splintera, gdy żółwie są jeszcze małe i sporo mu pomaga w ich wychowywaniu. Typowa historia na ukojenie nerwów o kochającej się rodzince. Język angielski

April’s Diary – komedia nastoletnia :). Inaczej się tego nie da nazwać. Żółwie są nastolatkami i pakują się w różne problemy związane z byciem nastolatkami. Jest wesoło i szalenie, czasem mądrze, czasem głupiutko. Humor miejscami cudowny, miejscami tragiczny, fabuła wartka jak potoki w Tatrach, zwroty akcji niebywałe i bardzo bywałe, bardzo dużo gadania o seksie (samego seksu niet), bywa gorzej, bywa lepiej, ogólnie bawi i wciąga o wiele bardziej niż na to zasługuje ;). Język angielski

Pamiętajcie, że to czytadła, więc nie spodziewajcie się cudów i proszę mnie nie obwiniać, jak nie przypadnie do gustu ;).

Do zobaczenia w kolejnym wpisie, który będzie już niedługo (le shock!). Jak tylko zdecyduję się, czy Lifelines z Batmana umieścić w czytadłach (trochę jest zbyt dobre) czy w normalnym wpisie (trochę jest zbyt słabe). Czyli biorąc pod uwagę, że codziennie zmieniam decyzję, to owo „niedługo” może być przedmiotem dyskusji. I bardzo bym chciała, żeby moje życie składało się z takich właśnie problemów :). Jeśli ktoś Lifelines zna, proszę o kontakt w celu dysputy merytorycznej! :D

Post Navigation

Węglowy Szowinista

Czyli co warto przeczytać

Subiektywnie o finansach - Maciej Samcik

Prześwietlam produkty finansowe, informuję o nowościach w świecie pieniędzy, daję porady dotyczące rodzinnego portfela

Tasteaway

Czyli co warto przeczytać

猫に逢いに行こう

Czyli co warto przeczytać

Czytanki Anki

Czyli co warto przeczytać

AIIC Blog

Czyli co warto przeczytać

Księga Myśli

Cytaty, cytaty w formie graficznej, myśli, sentencje, aforyzmy, książki, ciekawostki. Daj się zainspirować.

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny