Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Archive for the tag “Władca Pierścieni”

Fear No Darkness, Władca Pierścieni

Nareszcie udało mi się wyrwać z objęć Dragon Age: Origins, które niedawno zaczęłam (i skończyłam dwukrotnie) i przysiąść do napisania recenzji, która czeka na mnie już od kilku tygodni. Błąd mój, a w zasadzie to wina wyżej wspomnianej świetnej gry, że nie siadłam nad tym od razu, „na świeżo”, ale postaram się nie zapomnieć i nie pominąć niczego przy opisywaniu tego naprawdę wybitnego opowiadania dziejącego się w świecie Władcy Pierścieni.

Fiki pisane na podstawie dobrych książek są zazwyczaj dość wdzięcznym materiałem do przeszukiwania – widać, że autorzy jakieś książki jednak czytają, więc minimalny poziom zazwyczaj jest zachowany. Gorzej jest, gdy coś zostało zekranizowane (albo w ogóle nigdy nie było książką, tylko np. komiksem czy grą), a do pisania fanfikcji zabiera się ktoś, kto wychodzi z założenia, że pisać każdy może, trochę lepiej lub bardzo gorzej :). W końcu wystarczy komputer i edytor tekstu, czego chcieć więcej. Bogu czy tam innym Przodkom dzięki, że niektórzy dostrzegają potrzebę szlifowania warsztatu i poznawania różnych technik pisarskich i są na tyle samoświadomi, by w otchłanie internetu wypuszczać twory dopracowane i przemyślane. Takim właśnie utworem jest ‚Fear No Darkness’.

Autorka jest Amerykanką o bardzo szeroko zakrojonych zainteresowaniach (studiowała politykę Bliskiego Wschodu, arabski, a uczy niemieckiego i matematyki), piszącą głównie opowiadania dotyczące Władcy Pierścieni, silnie oparte na książkach, którymi była zafascynowana jeszcze zanim pojawiła się ekranizacja. Jej gigantyczna wiedza z tego właśnie uniwersum jest doskonale widoczna w jej fanfikcji – swobodnie operuje tam nawiązaniami do „Silmarillionu”, „Niedokończonych opowieści”, listów Tolkiena itp., barwnie i ciekawie przedstawia szeroki wachlarz postaci od pierwszoplanowych po takie, które kojarzą głównie zapaleni miłośnicy uniwersum, nie waha się też przed stosowaniem od czasu do czasu języków stworzonych przez Tolkiena. Pod wieloma rozdziałami są też szerokie odpowiedzi na różne pytania dotyczące kanoniczności i szczegółów fabularnych świadczące o tym, że autorka doskonale wie, o czym pisze i nie boi się dyskusji z podobnymi jej fanami. Od razu więc widać, że na niezgodność z kanonem nie można narzekać.

Fabuła ma miejsce pięć lat po zniszczeniu Pierścienia. Rocznica ta skusiła panujących w Rivendell Elladana i Elrohira, synów Elronda, aby wyprawić ucztę uświetniającą dokonane czyny i zaprosić na nią wszystkich, którzy przyczynili się do pokonania Saurona i mogą przybyć. Do Rivendell zmierzają więc para królewska Arwena z Aragornem z Gondoru, Legolas, władca Ithilien, wraz z Gimlim, król Thranduil z Mirkwood, król Cereborn z Lothlorien, Peregrin Took, Meriadok Brandybuck oraz Samwise Gamgee z żoną i córeczką, hobbici z Shire. Większości z nich towarzyszą również umiarkowanej wielkości orszaki (w razie potrzeby stające się oddziałami), gdzie nie brakuje postaci drugoplanowanych. Niestety nie tylko oni dostrzegają wagę tej uroczystej daty. Pomimo tego, że Sauron został pokonany, niektórym z jego popleczników udało się przetrwać. Jeden z nich wciąż pozostaje wierny pamięci o swym władcy i, dowiadując się o uroczystościach w Rivendell, postanawia na swój ponury sposób uczcić wspomnienia o wydarzeniach sprzed pięciu lat.

Historia jest napisana w niemiernie zajmujący sposób. Choć główna linia fabularna nie jest zbyt zaskakująca – ot, zapowiadająca się radośnie uroczystość zostaje skalana przez powrót cieni sprzed lat, to opowiadanie czyta się z nieustającą ciekawością i przyjemnością. Autorka starannie przemyślała wszystkie aspekty swojej fabuły. Po pierwsze, wszystkie postaci są doskonale zaprojektowane; każda ma swoje ważne miejsce w wydarzeniach, każda ma swój dobrze wyważony „czas antenowy”, każda zachowuje się bardzo realistycznie, tzn. adekwatnie do swojego charakteru, przeszłości i dotykających ją przeżyć, również interakcje między nimi są różnorodne, tworząc wiele ciekawych wątków i dostarczając Czytelnikowi wszelkiego rodzaju emocji. Zwłaszcza przysłowiowe czapki z głów za postać Thranduila – rzadko spotyka się w fanfikach tak doskonale i prawdziwie pod względem mentalności stworzonego bohatera (a i w oryginalnej literaturze takie postaci pojawiają się tylko w dobrych książkach). Konkretniej rzecz ujmując zawsze będę wdzięczna za tworzenie postaci niejednoznacznych, i to nie w naszym typowym sensie „jestem zły, ale mam dobre motywacje” czy „jestem zły, ale ogólny efekt moich działań jest dobry”, ale w sensie kreacji osobników, którzy w jednych kwestiach potrafią posłużyć się swoją niemałą inteligencją i niejednokrotnie są również wzorem moralnym dla innych, za to w innych są zaślepieni i ewidentnie podążający błędną z moralnego punktu widzenia drogą prowadzącą ich do opłakanych w skutkach decyzji. Niemało jest takich ludzi w naszym codziennym życiu, niemniej zawsze mam wrażenie, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Wszyscy wiemy przecież, że kto jest za PiS musi być matołem nienawidzącym gejów i kobiet, a kto jest za PO ten nie jest patriotą, służy Merkel i chciałby, żeby wytłuc wszystkie nienarodzone dzieci, prawda? Albo przecież jasnym jest, że rasista zawsze jest do cna zły, podobnie jak i homofobowie (albo w drugą stronę – ateiści czy aborcjoniści). A jak ktoś walczy prawa zwierząt/człowieka, to jest dobry z gruntu… Tymczasem ja sama znam homofobów, którzy zamknęliby gejów w psychiatrykach, ale którzy równocześnie pierwsi na ulicy pobiegną komuś pomóc i udzielają się w instytucjach charytatywnych kosztem swojego prywatnego czasu pomagając niepełnosprawnym staruszkom, które zostały pozostawione przez swoje rodziny. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Znam ludzi twardo walczących o prawa człowieka, oddający ostatnie pieniądze na kampanie społeczne, narażający czasem swoje zdrowie na manifestacjach, ale którzy równocześnie w codziennym życiu daliby swoim znajomym zdechnąć z głodu albo wyżywają się na swoich dzieciach. Czy ci ludzie są źli czy dobrzy? Ok, dość mojej dygresji, w każdym razie chcę tylko powiedzieć, że mało jest ludzi, którzy mają jednolite ścieżki moralne, za to mnóstwo takich, o których nijak nie da się powiedzieć ani że są „źli” ani że są „dobrzy”. Dlatego cenię Thunderę za jej Thranduila, bo on doskonale obrazuje zawikłania indywidualnej moralności i emocjonalności.

Wracając do zalet fabuły – jest ciekawie, po prostu ciekawie. Główny wątek jest poprowadzony w sposób bardzo realistyczny, co znaczy, że można się wszystkiego spodziewać, ponieważ Thundera doskonale zdaje sobie sprawę z uroków walk na miecze i strzały, trucizn, czarnej magii i wiążącego się z tym faktu śmiertelności organizmów żywych. Innymi słowy, mimo że mamy tu naszą tradycyjną walkę dobra ze złem, to nie mamy żadnej pewności co do tego, kto zwycięży i ile jakich będzie strat po której stronie. Obserwując powagę, z jaką Thundera podchodzi do realizmu, możemy być pewni tylko tego, że zwyciężą po prostu lepsi (co nie znaczy, że przeżyją wszyscy). Podoba mi się także to, że po obu stronach są wątpliwości, niepewności, lepsze i gorsze decyzje – zwłaszcza miło to zobaczyć w postaci głównego antagonisty, który nie jest typowym zadufanym w sobie geniuszem zła, który najpierw ma wzbudzić podziw Czytelnika swoją niezmierną inteligencją, a później dać się pokonać Dobremu Herosowi wcale nie mądrzejszemu odeń. Tutaj złoczyńca jest bardzo inteligentny owszem, ale też ma swoje wahania, jest świadomy swych szans i ryzyk, które podejmuje – uczciwie przedstawiona jest i jedna i druga strona barykady, dzięki czemu nie będzie wrażenia naiwności pisarskiej, gdy któraś ze stron przeważy nie mając uprzednio sensownej przewagi tego czy innego rodzaju.

Nie brakuje świetnie prowadzonego, błyskotliwego i równocześnie naturalnego humoru. Mimo że z upływem rozdziałów robi się coraz bardziej przygnębiająco narrator od czasu do czasu rozjaśni nam trochę twarz swoim sarkazmem i uratuje od ciągłego napięcia postaciami, które w sposób rozmyślny (lub nie) potrafią je rozładować.

Styl jak zawsze trudno mi oceniać, jako że anglistką nie jestem, widzę jednak wyraźnie, że autorka zdecydowanie ma bogate słownictwo, stylizowane trochę na archaiczne (aczkolwiek bez przesady, wszystko jest zrozumiałe), choć oczywiście poziom Tolkiena to (jeszcze) nie jest. Czyta się w każdym razie niezmiernie przyjemnie zarówno jej opisy, jak i dialogi. Nie brakuje szczegółów doskonale obrazujących wszystkie sceny, ale nie są one przytłaczające (przynajmniej dla mnie, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na to, że jestem bardzo odporna na duże ilości szczegółów i opisów ;) ).

Wśród komentatorów pojawiają się zarzuty zbytniego zagęszczenia rozważań postaci. Bohaterów rzeczywiście jest sporo i każdemu z nich Thundera daje trochę miejsca na opisanie swych przeżyć i zastanowienie się nad przeszłością i przyszłością. Nie wątpię, że zwolenników wartkiej akcji jej to nie przysporzy i przyznam, że jeśli do nich należycie, to być może nie przebrniecie przez „Fear No Darkness”. Ja osobiście czytałam to wszystko z przyjemnością, gdyż każda z postaci została tak przedstawiona i umiejscowiona w akcji, że po prostu ciekawiło mnie to, jak sobie radzi z tym, co się dzieje, co ją ukształtowało i co ją popchnie do jakich decyzji. Niemniej prawdą jest, że jest tego bardzo dużo.

I to chyba wszystko. Jest tylko jedna jeszcze wada. Za to GIGANTYCZNA. Opowiadanie jest nieukończone i nie będzie ukończone. Szczerze powiem, że serce mi pęka z tego powodu, gdyż naprawdę trudno się pogodzić z tym, że nie poznamy zakończenia. Nie kryję mojego oburzenia faktem, że autorka żyje, pisała jeszcze długo po urwaniu „Fear No Darkness” i uważam, że zostawienie nas w ten sposób spowoduje, że jej następne wcielenie wyląduje zapewne gdzieś w Afryce, bo to woła o pomstę do nieba ;). Niemniej i tak warto przeczytać.

Całość ma 30 rozdziałów i jest to 30 rozdziałów czystej przyjemności. Poza tym Thundera ma również mnóstwo innych opowiadań z Władcy; co prawda ja ich nie znam, ale podejrzewam, że muszą być co najmniej dobre. Tak więc wszystkim fanom szczerze polecam!

Pokrótce:

Ogólna ocena: 5,5/6

Postaci: 6/6

Humor: 5/6

Akcja: 5,5/6

Styl: 6/6

Kanoniczność: 6/6

Język: angielski

Fandom: Władca Pierścieni

Adres: https://www.fanfiction.net/s/615044/1/Fear-No-Darkness

http://www.storiesofarda.com/chapterlistview.asp?SID=456

Reklamy

Post Navigation

Twój czas

Twój blog o zegarkach

Moja Strefa

Dobrze spędzony czas.

Trzy Cyki

Czyli co warto przeczytać

Dosiakowe Królestwo

Czyli co warto przeczytać

Recenzentka

Czyli co warto przeczytać

Open Beta

Czyli co warto przeczytać

読書と映画

Czyli co warto przeczytać

Artysta nie posiada ciała.

Czyli co warto przeczytać

tokfm.pl/Najważniejsze informacje

Czyli co warto przeczytać

Półeczka z książkami

Czyli co warto przeczytać

Maltreting.pl

Czyli co warto przeczytać

ZORROBLOG

Czyli co warto przeczytać

RYBIEUDKA blog

Czyli co warto przeczytać

Pogderanki wachmistrzowe

Czyli co warto przeczytać

Dobra fanfikcja

Czyli co warto przeczytać

Dorota smakuje

Czyli co warto przeczytać

Kulinarne Rzuty Wolne

Czyli co warto przeczytać

KuchniaBreni

Czyli co warto przeczytać

Stary zeszyt z przepisami

Czyli co warto przeczytać

Eksplozja smaku

Czyli co warto przeczytać

Przysmaki Karolki

Czyli co warto przeczytać

Magia w kuchni

Czyli co warto przeczytać

Wędlinki bez świnki

Blog o produktach bez wieprzowiny